Dziesiątki tysięcy Polaków walczą w sądach z bankami o unieważnienie kredytów we frankach, a kolejne tysiące dochodzą odszkodowań po wypadkach drogowych. W sporach tych coraz częściej pośredniczą wyspecjalizowane firmy, które obiecują łatwe zwycięstwa bez opłat wstępnych lub z minimalnymi opłatami typu 500-1000 zł – w zamian za pokaźną prowizję z wygranej sprawy. Takie model przyciągnął m.in. pana Jana, ofiarę wypadku samochodowego, który podpisał umowę z kancelarią odszkodowawczą jeszcze na szpitalnym łóżku. Finał? Firma wywalczyła dla niego 80 tys. zł zadośćuczynienia, ale na konto poszkodowanego trafiła z tego tylko połowa – resztę pochłonęły opłaty i prowizje. Podobnych historii są w Polsce tysiące, a rynek takich usług rósł dotąd bez większej kontroli państwa.
Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiada jednak koniec tego „dzikiego zachodu”. Trwają prace nad pakietem zmian prawnych, które mają ucywilizować działalność tzw. kancelarii frankowych i odszkodowawczych. Resort mówi o rewolucji w przepisach – w planach są nowe obowiązki dla firm, limity wynagrodzeń i zakaz najbardziej nieuczciwych praktyk. Czy te regulacje zdołają ukrócić nadużycia? Środowiska prawnicze są podzielone. Prawnicy biją na alarm, że może to być tylko pozorna zmiana – przepisy łatwo ominąć, a prawdziwe problemy leżą gdzie indziej.
Anatomia rynku usług prawniczych nowej generacji
Na pozór kancelarie frankowe (walczące z bankami w imieniu kredytobiorców) i kancelarie odszkodowawcze (uzyskujące odszkodowania od ubezpieczycieli) działają w różnych obszarach. W istocie łączy je jednak wspólny model biznesowy i podobna grupa docelowa. To segment nowego typu usług prawnych, który rozwinął się na granicy tradycyjnej adwokatury i swobody działalności gospodarczej. Oto jego cechy charakterystyczne:
- Masowość i wynagrodzenie „success fee” – Firmy te stawiają na skalę działania i model prowizyjny. Obsługują setki, a nawet tysiące klientów jednocześnie, często korzystając ze schematu „no win, no fee” – klient płaci główne wynagrodzenie dopiero w przypadku wygranej sprawy. Opłaty wstępne są niskie albo zerowe, co przyciąga osoby, których nie stać na opłacenie prawnika z góry. Cena za taką dostępność bywa jednak wysoka: prowizje potrafią sięgać kilkudziesięciu procent wygranej kwoty, przez co po zakończonym sporze klient oddaje firmie wielokrotność tego, co zapłaciłby normalnemu adwokatowi.
- Agresywny marketing i klient bez wiedzy prawniczej – Nowy typ kancelarii stawia na ofensywne pozyskiwanie klientów. Głośne reklamy w internecie i mediach społecznościowych, cold calling, a nawet fizyczni akwizytorzy docierający do poszkodowanych – to codzienność w tej branży. Przykładowo „łowcy odszkodowań”potrafią pojawić się w szpitalu tuż po wypadku, by nakłonić ofiarę lub jej rodzinę do podpisania umowy. Usługi kierowane są głównie do osób nieobeznanych z prawem i zdesperowanych swoją sytuacją. Hasła reklamowe w stylu „Banki żerują na naiwności – pomożemy ci odzyskać pieniądze” czy „Należy Ci się duże odszkodowanie – załatwimy to za Ciebie” obiecują wygraną bez wysiłku. W efekcie klienci często nie czytają drobnego druku i nie w pełni rozumieją, jaką część odzyskanych pieniędzy oddadzą później firmie.
- Brak regulacji i odpowiedzialności – Kluczowy problem to luka prawna. Takie firmy formalnie nie są kancelariami adwokackimi ani radcowskimi, więc nie podlegają kodeksowi etyki zawodowej ani nadzorowi samorządów prawniczych. Mogą legalnie robić rzeczy zakazane dla adwokatów – np. dowolnie się reklamować czy pozyskiwać klientów agresywnymi metodami. Co więcej, unikają odpowiedzialności za błędy. Umowy z klientami zawierają jako spółki (często z ograniczoną odpowiedzialnością, o minimalnym kapitale zakładowym). Jeśli współpracujący z taką spółką prawnik popełni rażący błąd i klient poniesie szkodę, dochodzić odszkodowania jest bardzo trudno. Pozew można kierować jedynie przeciwko spółce, która nierzadko nie ma żadnego majątku lub w razie problemów po prostu znika z rynku. Brakuje też branżowych standardów – umowy są pisane pod dyktando firm i często zabezpieczają głównie ich interes, a nie prawa klienta.
Efekt? Wykształcił się dwutorowy rynek usług prawnych. Z jednej strony licencjonowani adwokaci i radcowie prawni związani są kodeksem etyki, ograniczeniami reklamy i tradycyjnym modelem płatności (głównie wynagrodzenie za prowadzenie sprawy, wypłacane niezależnie od wyniku). Z drugiej – „pseudokancelarie”, działające na zasadach zwykłej firmy, bez licencji, za to z pełną swobodą kształtowania ofert. Ta dysproporcja daje nowym podmiotom ogromną przewagę w zdobywaniu klientów, ale odbywa się kosztem konsumentów – bo finalnie to oni ponoszą znacznie wyższe koszty usług i ryzyko wpadnięcia w pułapki nieuczciwych zapisów.
Rewolucja Ministerstwa – nowe obowiązki, limity i zakazy
Rządzący zapowiadają koniec wolnoamerykanki. Ministerstwo Sprawiedliwości szykuje kompleksową regulację, która ma objąć zarówno kancelarie odszkodowawcze, jak i firmy obsługujące frankowiczów. Choć projekt ustawy nie ujrzał jeszcze oficjalnie światła dziennego (prace trwają, a resort konsultuje się z ekspertami), z zarysów propozycji wyłania się prawdziwa rewolucja w przepisach. Oto najważniejsze planowane zmiany i ich konsekwencje:
- Obowiązkowe ubezpieczenie OC dla firm – Przedsiębiorstwa świadczące usługi dochodzenia roszczeń mają zostać objęte obowiązkiem wykupienia ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej. W praktyce oznacza to, że jeśli doradcy popełnią błąd lub zaniedbają sprawę, klient będzie mógł liczyć na odszkodowanie z polisy ubezpieczyciela. Dziś w podobnej sytuacji poszkodowany konsument często zostaje z niczym, bo spółka nie ma majątku lub unika odpowiedzialności. Dzięki obowiązkowemu OC ryzyko to ma być ograniczone – firmy będą musiały dysponować finansowym zabezpieczeniem na wypadek roszczeń klientów.
- Katalog zakazanych klauzul w umowach – Ustawa ma wypunktować niedozwolone postanowienia, których firmy odszkodowawcze i frankowe nie będą mogły stosować w umowach z klientami. Na czarnej liście znajdą się m.in.: klauzule nakładające na klienta dodatkowe opłaty poza ustaloną prowizją, zapisy o zwrocie kosztów prowadzenia sprawy czy wygórowane kary umowne za rezygnację ze współpracy. W zamierzeniu ma to ukrócić praktykę ukrytych opłat – obecnie zdarza się, że poza procentem od wygranej firma potrąca różne „koszty administracyjne” lub opłaty za ekspertów, o których klient nie wiedział zawierając umowę. Nowe przepisy mają też uniemożliwić przetrzymywanie pieniędzy należnych klientowi. Wypłata odszkodowania czy kwoty zasądzonej przez sąd ma trafiać bezpośrednio do poszkodowanego, zamiast na konto kancelarii. Jednym z rozważanych rozwiązań jest wprowadzenie tzw. modelu podzielonej płatności: np. ubezpieczyciel przekazywałby dwie transze – odszkodowanie prosto na konto klienta oraz prowizję na konto firmy. Dzięki temu znikną problemy z przeciąganiem wypłat czy upadłościami firm, po których klienci nie mogą odzyskać swoich pieniędzy.
- Limit prowizji “success fee” – Rewolucyjna zmiana czeka główny mechanizm wynagradzania tych firm. Planowane jest ustawowe ograniczenie prowizji od wygranych spraw. W kuluarach mówi się, że maksymalny pułap wynagrodzenia może wynieść 20% uzyskanej kwoty. Każda umowa przewidująca wyższą stawkę byłaby z mocy prawa nieważna w tej części, a nadpłacona nadwyżka podlegałaby zwrotowi klientowi. Koniec z 30% czy 40% prowizjami – firma weźmie co najwyżej co piątą złotówkę wygraną dla klienta. Dla przeciętnego konsumenta oznacza to, że w kieszeni zostanie mu znacznie więcej odzyskanych środków niż dotychczas. Dla porównania: dziś w skrajnych przypadkach poszkodowany dostaje tylko połowę wywalczonej kwoty, resztę pochłania wynagrodzenie kancelarii. Po zmianach ten proporcjonalny podział ma być o wiele korzystniejszy dla klienta.
- Większa przejrzystość i kontrola – Ministerstwo zapowiada również bardziej czytelne zasady dla konsumentów. Umowy mają być formułowane jasnym językiem i z góry wskazywać całkowity koszt usługi oraz maksymalną prowizję, jaką zapłaci klient. Konsument jeszcze przed podpisaniem kontraktu ma dokładnie wiedzieć, ile go to będzie finalnie kosztować – tak, by później nie było zaskoczenia „potrąceniem” większości odszkodowania w ramach prowizji. Niewykluczone jest także wprowadzenie obowiązku zawierania umów wyłącznie w formie pisemnej (co ma utrudnić firmom stosowanie wątpliwych praktyk przy akwizycji ustnej). Pojawiają się pomysły ustanowienia rejestru takich podmiotów lub nadzoru ze strony UOKiK, by egzekwować nowe przepisy w praktyce. Wszystko to ma przełożyć urzędowe zapisy na realną ochronę klientów: więcej pieniędzy pozostanie w ich rękach, umowy będą uczciwsze, a w razie sporu z firmą – łatwiej będzie dochodzić swoich praw.
Ministerstwo przekonuje, że taki zestaw zmian przywróci równowagę na rynku. Konsumenci nadal będą mogli korzystać z pomocy w dochodzeniu roszczeń bez płacenia z góry, ale skończyć ma się żerowanie na ich niewiedzy i trudnej sytuacji. Firmy prawnicze nowego typu staną się zaś bardziej profesjonalne i odpowiedzialne albo znikną z rynku. Resort podkreśla, że nie zamierza całkowicie zakazywać tego rodzaju działalności – chodzi o to, by stała się bezpieczniejsza i bardziej fair dla najsłabszych uczestników gry rynkowej.
Argumenty sceptyków: „to pudrowanie problemu”
Czy jednak planowana regulacja faktycznie rozwiąże problemy? Zdaniem części prawników to jedynie pudrowanie trupa – powierzchowne leczenie objawów zamiast uderzenia w sedno. W środowisku prawniczym od lat słychać głosy, że potrzebne są bardziej radykalne kroki, a proponowane półśrodki mogą nie zadziałać tak, jak zakłada ministerstwo.
Pierwsza oś krytyki dotyczy fundamentów rynku usług prawnych. W opinii wielu adwokatów prawdziwym źródłem patologii jest dopuszczenie do świadczenia pomocy prawnej przez podmioty niewykwalifikowane, nienadzorowane przez żaden samorząd. „Udawanie kancelarii” pozostanie problemem, dopóki państwo nie zakaże wprost prowadzenia takich usług przez firmy bez licencjonowanych prawników – argumentuje m.in. Naczelna Rada Adwokacka. Przypomnijmy: już w 2022 r. NRA przygotowała własny projekt ustawy, który zakładał, że pomoc prawna (w tym pośrednictwo w dochodzeniu roszczeń) będzie mogła być świadczona tylko przez adwokatów i radców prawnych. Taka zmiana definitywnie wymiecie z rynku dzisiejsze pseudokancelarie – ale jednocześnie odbierze konsumentom alternatywę wobec usług tradycyjnych prawników. Rządowy projekt idzie łagodniejszą drogą (regulacja zamiast zakazu działalności), co zdaniem sceptyków nie zlikwiduje wszystkich patologii. Firmy wciąż będą działać poza systemem korporacyjnym, więc nie obejmie ich dyscyplina zawodowa ani standardy etyczne właściwe dla adwokatów.
Druga grupa zarzutów dotyczy egzekucji nowych przepisów i pomysłowości samych firm. Prawo to jedno, a życie – drugie. Przykłady z przeszłości uczą, że biznes szybko znajdzie sposoby na obejście ograniczeń. Jeśli prowizja procentowa zostanie ścięta do 20%, niewykluczone, że firmy wymyślą inne modele płatności: np. zaczną pobierać dodatkowe „opłaty przygotowawcze” w formie ryczałtu albo rozbiją usługi na etapy, z osobną umową (i wynagrodzeniem) za każdy z nich. Prawnicy ostrzegają, że sprytni przedsiębiorcy mogą rozpisywać z klientami skomplikowane pakiety umów, z których jedna będzie spełniać wymogi ustawy, a inne – zapewniać im dodatkowe zyski już poza nową regulacją. Bez skutecznego nadzoru takie praktyki mogą być trudne do wychwycenia. Co więcej, jeśli ustawodawca pominie jakieś pole działalności, firmy mogą szybko przenieść się tam, gdzie ograniczeń nie będzie. Przykładowo – jeśli przepisy obejmą tylko roszczenia odszkodowawcze z tytułu deliktów (wypadków), kancelarie frankowe mogą argumentować, że ich działalność dotyczy kredytów (umów), a nie czynów niedozwolonych, więc nowe limity ich nie obowiązują. Luka prawna może tylko zmienić kształt, zamiast zostać trwale zasklepiona.
Są też obawy o praktyczną wykonalność niektórych zakazów. Jak państwo sprawdzi każdą umowę i każdą prowizję?– pytają sceptycy. W dużej mierze ciężar egzekwowania nowych praw spadnie na samych klientów. To oni będą musieli wiedzieć, że np. klauzula o 30% prowizji jest nieważna, i ewentualnie iść do sądu lub UOKiK, by odzyskać nadpłaconą kwotę. Wielu poszkodowanych może w ogóle nie zdawać sobie z tego sprawy – zwłaszcza że mówimy o osobach niezorientowanych w prawie, często starszych czy słabiej wykształconych. Firmy odszkodowawcze być może zaryzykują balansowanie na granicy prawa, licząc że część klientów i tak nie zauważy złamania nowych reguł albo nie będzie umiała dochodzić swoich praw. Bez dobrze działającego mechanizmu kontroli (np. rejestru umów, obowiązku raportowania prowizji czy aktywnego nadzoru konsumenckiego) same zapisy ustawowe mogą okazać się martwe.
Wreszcie, prawnicy przypominają fiasko poprzednich prób uregulowania tego rynku. Diabeł tkwi w szczegółach – jeden błąd legislacyjny może wysadzić całą reformę. Tak było w 2018 r., gdy do projektu ustawy wpisano zakaz cesji roszczeń na firmy odszkodowawcze. Intencje były słuszne (uniemożliwić spółkom skupowanie roszczeń ofiar i dochodzenie ich we własnym imieniu, co było sposobem na obejście zakazu reprezentacji sądowej przez osoby bez uprawnień). Jednak zapis ujęto zbyt szeroko, przez co uderzył także w zupełnie legalne praktyki – np. cesje wierzytelności stosowane powszechnie przy bezgotówkowych naprawach szkód komunikacyjnych (warsztaty przejmują roszczenie klienta wobec ubezpieczyciela, by samemu otrzymać zapłatę za naprawę). Podniosła się wrzawa wielu branż, od motoryzacyjnej po bankową, i projekt trafił do kosza. Sceptycy pytają, czy tym razem będzie inaczej. Lobbing zainteresowanych grup już teraz z pewnością próbuje wpłynąć na ostateczny kształt przepisów. Jeśli rządzący nie wykażą się determinacją, ustawa może zostać rozwodniona lub ugrzęznąć na etapie prac – co już nieraz się zdarzało. Póki co resort sprawiedliwości odpowiada na krytykę, że analizuje temat „dogłębnie i wieloaspektowo”, konsultuje się ze wszystkimi stronami i chce zaproponować rozwiązania, które pogodzą interes konsumentów z zasadą swobody działalności gospodarczej. Niemniej do czasu przedstawienia konkretnych przepisów prawnicy pozostają ostrożni w entuzjazmie.
Analiza – kto zyska, kto straci?
Planowana rewolucja na rynku usług prawnych nowego typu oznacza przetasowanie interesów. Kto skorzysta na nowych regulacjach, a komu mogą one zaszkodzić? Oto nasze prognozy:
Zyskają:
- Tradycyjne kancelarie adwokackie i radcowskie – Uregulowanie działalności pseudokancelarii wyrówna warunki konkurencji. Dotychczas renomowani prawnicy przegrywali walkę o klienta z agresywnymi firmami, które mogły oferować usługi na zasadzie „zapłacisz z wygranej” i reklamować się bez ograniczeń. Po zmianach przewaga konkurencyjna nowych graczy stopnieje – nie będą już mogli kusić nieograniczoną prowizją ani swobodnie kształtować umów. Część klientów może w ogóle zrezygnować z pośredników i zwrócić się bezpośrednio do adwokatów, skoro różnica w koszcie usługi zmaleje. Tradycyjne kancelarie od dawna alarmowały o nadużyciach firm odszkodowawczych, więc regulacja to spełnienie ich postulatu. Niektórzy prawnicy, co prawda, współpracowali z takimi spółkami i czerpali z tego zyski, lecz ogólnie samorząd adwokacki odetchnie z ulgą, odzyskując kontrolę nad rynkiem usług prawnych.
- Konsumenci (większość) – Docelowo klienci powinni być głównymi beneficjentami zmian. Limit prowizji oznacza, że w kieszeni poszkodowanych zostanie większa część wywalczonych pieniędzy – koniec z sytuacjami, gdzie firma zabiera 30–50% świadczenia. Zakaz abuzywnych klauzul zwiększy ochronę konsumenta: umowy staną się prostsze, nie będzie już pułapek w postaci ukrytych opłat czy automatycznych przedłużeń współpracy. Obowiązkowe OC oraz wymóg wypłaty odszkodowania prosto na konto klienta zabezpieczą ich interesy – nawet jeśli trafią na nierzetelną firmę, łatwiej odzyskają należne pieniądze. Krótko mówiąc, przeciętny Kowalski korzystający z takiej usługi ma mieć taniej i bezpieczniej niż dotąd. Oczywiście, korzyści odczują głównie klienci z większymi roszczeniami – bo to przy dużych kwotach nowe ograniczenia zrobią największą różnicę (np. z 200 tys. zł odszkodowania klient odda firmie max 40 tys. zamiast np. 80 tys. obecnie). Niemniej nawet w mniejszych sprawach jasne zasady gry zwiększą poczucie bezpieczeństwa konsumentów na rynku prawnym.
- Ubezpieczyciele i banki – Choć może to brzmieć paradoksalnie, instytucje finansowe również mogą zyskać na uregulowaniu pseudokancelarii. Branża ubezpieczeniowa od lat skarżyła się na „nieetyczne praktyki akwizycji roszczeń” i wysokie prowizje, które pompują koszty odszkodowań. Ograniczenie wynagrodzeń firm odszkodowawczych może ostudzić ich zapał do masowego generowania pozwów o każdy drobny uraz czy szkodę – a to oznacza mniej spraw przeciw ubezpieczycielom. Związek Banków Polskich również wskazywał, że prowizje sięgające 40–50% świadczenia są dla klientów krzywdzące, a zmiany przepisów mogą im paradoksalnie nie pomóc, jeśli spowodują wycofanie się firm z rynku. Jednak z punktu widzenia banków lepiej mieć po drugiej stronie profesjonalnego prawnika z umiarkowanym wynagrodzeniem niż armię chaotycznych pozwów pisanych przez przypadkowe firmy. Obecnie banki i ubezpieczyciele nieraz korzystają na braku profesjonalnej reprezentacji po stronie klienta – sprawy bywają załatwiane cicho i tanio dla potentata, bo firma odszkodowawcza woli szybko wziąć prowizję od niskiej ugody niż latami procesować o pełną kwotę. Po reformie ten układ może się zmienić: mniej będzie przypadkowych pozwów, ale te które trafią do sądu – być może częściej prowadzone przez doświadczonych prawników – mogą kończyć się wyższymi wypłatami dla konsumentów. Bilans dla instytucji finansowych zależy więc od ich strategii. Niemniej uporządkowanie rynku i eliminacja skrajnych patologii powinna sprzyjać stabilności – ubezpieczyciele od dawna domagali się choćby zakazu przetrzymywania odszkodowań przez firmy i bezpośredniej wypłaty klientom. Teraz jest szansa, że te postulaty staną się prawem.
Stracą:
- „Nowe” kancelarie odszkodowawcze i frankowe – Najbardziej oczywistym przegranym są same firmy działające w obecnym modelu. Ich zyski zostaną ścięte, bo limit prowizji ograniczy dotychczasowe astronomiczne marże. Dodatkowe obostrzenia (OC, rygory umów) to dla nich nowe koszty i ryzyka: składki ubezpieczeniowe, konieczność dostosowania wzorców umownych, widmo kar za zapisy abuzywne. Niektóre mniejsze podmioty mogą uznać, że działalność przestaje się opłacać – zwłaszcza te, które specjalizowały się w niewielkich sprawach z wysoką prowizją. Duzi gracze zapewne spróbują dostosować model biznesowy (np. zwiększyć wolumen spraw, ciąć wydatki lub szukać nowych nisz prawnych), ale i tak czeka ich spadek dochodów. Branża już raz obroniła się przed regulacjami – w 2019 r., gdy projekt utknął, kancelarie odszkodowawcze odetchnęły z ulgą. Teraz ten miecz Damoklesa zawiśnie nad nimi ponownie. Co prawda, nowe prawo nie likwiduje ich z rynku wprost (w przeciwieństwie do postulatu NRA), ale ukróci najbardziej dochodowe praktyki. Można się spodziewać konsolidacji sektora – słabsi odpadną, a przetrwają tylko ci, którzy zdobędą odpowiednią skalę lub renomę, by działać rentownie w nowych realiach.
- Część konsumentów z małymi roszczeniami – Paradoksalnie, nie wszyscy klienci ucieszą się z zapowiadanych zmian. Osoby z drobnymi szkodami lub roszczeniami mogą znaleźć się w trudniejszej sytuacji. Obecnie nawet w sprawach o niewielkie kwoty (np. 2–5 tys. zł odszkodowania) można znaleźć kancelarię odszkodowawczą skłonną poprowadzić sprawę – tyle że za bardzo wysoki procent, np. 40% świadczenia. Dla klienta i tak jest to atrakcyjne, bo 40% z czegoś jest lepsze niż 100% z niczego, a wielu z nich nie umiałoby samodzielnie dochodzić nawet tych paru tysięcy. Po wprowadzeniu limitu 20% firmy mogą odmówić zajmowania się mikro-sprawami – 20% z 5 tys. zł (czyli 1 tys. zł) nie pokryje nawet kosztu pracy prawnika, więc biznesowo takie zlecenie będzie nieopłacalne. Tradycyjny adwokat tym bardziej nie weźmie tak błahej sprawy, bo jego minimalna oferta przekroczy wartość roszczenia. W ten sposób część poszkodowanych zostanie bez żadnej pomocy prawnej. To realny dylemat: czy lepiej, by klient dostał połowę należnych 5 tys. zł, czy 0 zł bo nikt nie pomoże mu ich wywalczyć? Obrońcy kancelarii odszkodowawczych od lat podkreślają, że upowszechniły one dostęp do usług prawnych dla osób ubogich i mniej zaradnych. Reformy mogą ten dostęp ograniczyć – chyba że adwokaci i radcowie prawni obniżą swoje stawki lub zmienią podejście do takich spraw (co bez zmiany zasad etyki może być trudne). Ministerstwo jest świadome tej obawy i podkreśla, że celem jest wyważenie interesów konsumentów – tak, by z jednej strony nie odciąć ich od fachowej pomocy, a z drugiej ukrócić patologie rynku. Czy to się uda? Część ekspertów proponuje rozwiązania w postaci np. funduszu pomocy prawnej dla poszkodowanych czy większego wsparcia ze strony Rzecznika Finansowego, by luka w dostępie do usług nie powiększyła się. Na razie jednak konkretnych planów w tym zakresie brak.
Podsumowanie
Bitwa o miliardy wchodzi w nową fazę. Rządowe plany regulacji kancelarii frankowych i odszkodowawczych mogą diametralnie zmienić układ sił na rynku pomocy prawnej dla konsumentów. Stawką są ogromne pieniądze – prowizje warte setki milionów złotych rocznie oraz wypłaty odszkodowań i unieważnienia kredytów na kwoty rzędu miliardów. Czy zapowiadana rewolucja faktycznie ochroni najsłabszych i ukróci patologie, czy też sprytni gracze znajdą nowe obejścia przepisów? Tego dowiemy się, gdy projekty zamienią się w obowiązujące prawo – i zweryfikuje je praktyka. Jedno jest pewne: po latach zaniechań państwo wreszcie rusza do walki, a rynek pseudo-usług prawniczych już nigdy nie będzie taki sam.






