Przez lata przyjmowano, że WIBOR jest obiektywnym, rynkowym punktem odniesienia – niezależnym od woli poszczególnych banków, bo ustalanym poza relacją bank-klient, na rynku międzybankowym. Problem w tym, że coraz częściej kwestionuje się rzeczywistą „rynkowość” WIBOR-u. Lawinowy wzrost rat kredytów w latach 2021–2022 (wskutek podwyżek stóp NBP) skłonił wielu kredytobiorców do zadania pytania: czy WIBOR aby na pewno jest rzetelnym wskaźnikiem oddającym koszt pieniądza? W przestrzeni publicznej pojawiły się głosy ekonomistów i prawników sugerujące, że WIBOR może być „oderwany od realiów” – a przez to klauzule umowne odsyłające do WIBOR-u mogą naruszać interes konsumentów.
Sprawa trafiła na wokandę polskich sądów, a także do Trybunału Sprawiedliwości UE. Pojawił się spór, w którego centrum znalazł się ekonomista Krzysztof Szymański oraz Związek Banków Polskich (ZBP), broniący obecnego systemu. W opublikowanym 3 lutego 2026 r. artykule „WIBOR: legalny jak pieczątka, rynkowy jak miraż” na łamach portalu Infor.pl przedstawiono starcie argumentów obu stron. Przyjrzyjmy się najpierw, o co dokładnie toczy się bój.
Zarzuty wobec WIBOR-u – argumenty Krzysztofa Szymańskiego
Krzysztof Szymański – ekonomista badający temat WIBOR-u – formułuje szereg fundamentalnych zarzutów pod adresem tego wskaźnika. Jego zdaniem WIBOR jest wprawdzie „legalny jak pieczątka”, czyli istnieje formalnie w systemie prawnym, ale jednocześnie „rynkowy jak miraż”, czyli jego rynkowy charakter jest pozorny. Co to oznacza w praktyce? Oto najważniejsze punkty krytyki:
- Brak realnego rynku, który WIBOR miałby mierzyć. Szymański wskazuje na podstawowy paradoks: WIBOR z definicji powinien odzwierciedlać koszt pieniądza na rynku międzybankowym, tymczasem taki rynek w Polsce od lat niemal nie istnieje. Banki komercyjne nie pożyczają sobie nawzajem środków w istotnej skali – finansują się głównie z depozytów klientów. Już w 2011 r. KNF ustaliła, że przez cały rok zawarto zaledwie 9 transakcji międzybankowych 3-miesięcznych i 7 transakcji 6-miesięcznych. Później było jeszcze gorzej – dodatkowym ciosem dla rynku międzybankowego okazał się podatek bankowy wprowadzony w 2016 r., który sprawił, że realne transakcje stały się dla banków nieopłacalne. Innymi słowy, WIBOR opiera się na hipotetycznych kwotowaniach, a nie na masie faktycznych transakcji. Banki każdego dnia deklarują („kwotują”) pewną wysokość oprocentowania, po jakim rzekomo byłyby skłonne pożyczyć pieniądze innym bankom – choć realnie tych pieniędzy nie potrzebują i ich sobie nie wymieniają. To tak, jakby mierzyć temperaturę w mieście na podstawie prognoz meteorologów, podczas gdy termometry od dawna nie działają. Szymański puentuje to dobitnie: „To nie jest wskaźnik rynku. To wskaźnik narracji o rynku”.
- WIBOR jest „forward-looking” – eleganckie określenie na brak rynku. Zwolennicy WIBOR-u argumentują, że ma on charakter forward-looking, czyli wybiega w przyszłość: stawki odzwierciedlają przewidywania banków co do przyszłych stóp procentowych. Szymański ripostuje: to tylko ładne hasło, które maskuje fakt, że brakuje bieżących danych rynkowych. Forward-looking w praktyce oznacza opieranie się na tym, co banki uważają, że mogłoby się wydarzyć, zamiast na tym, co rzeczywiście się wydarza. Jeśli rynek międzybankowy jest wyschnięty, to cóż innego pozostaje, jak snuć przypuszczenia. Problem w tym – zauważa ekonomista – że wskaźnik, który nie bazuje na realnych, powtarzalnych transakcjach, nie spełnia podstawowych kryteriów „rynkowości” i staje się konstruktem oderwanym od rzeczywistych przepływów finansowych. Mówiąc obrazowo: WIBOR jest jak miraż na pustyni – liczba wygląda jak prawdziwa woda (koszt pieniądza), ale w oazie (na rynku) wody brak.
- Nadzór nad WIBOR-em ma charakter czysto formalny. ZBP broni WIBOR-u podkreślając, że wskaźnik jest administrowany przez GPW Benchmark i nadzorowany przez KNF, zgodnie z unijnym rozporządzeniem BMR. Szymański wskazuje jednak, że „nadzór nie oznacza prawdy”. Co ma na myśli? Przede wszystkim to, że nadzór nad wskaźnikiem jest proceduralny, a nie substancjalny. KNF sprawdza, czy administrator WIBOR-u ma odpowiednie procedury, czy przestrzegane są formalne wymogi – ale nikt nie weryfikuje, czy kwotowania banków odpowiadają rzeczywistym transakcjom ani czy w ogóle istnieje funkcjonujący rynek bazowy. Innymi słowy, KNF nie pyta, czy „król jest nagi”. Jeżeli banki sumiennie wypełniają tabelki i przestrzegają regulaminu, nadzór uznaje, że wszystko jest w porządku – nawet jeśli sam wskaźnik oderwał się od realiów. Zdaniem Szymańskiego powoływanie się przez banki na nadzór ma być intelektualną pułapką: przeciętny odbiorca może pomyśleć, że skoro KNF nadzoruje WIBOR, to wskaźnik jest rzetelny. Tymczasem nadzór pełni tu rolę tarczy pozorów – „ZBP doskonale o tym wie, ale liczy na to, że przeciętny odbiorca utożsami ‘nadzór’ z ‘rzetelnością’. To błąd – i to błąd zasadniczy”.
- Brak równowagi interesów w panelu bankowym (reprezentatywność bez reprezentacji). WIBOR wyznaczany jest na podstawie deklaracji kilkunaście największych banków – uczestników tzw. panelu WIBOR. ZBP słusznie zauważa, że nie jest konieczny udział wszystkich banków, by wskaźnik był reprezentatywny. Szymański zwraca jednak uwagę na coś innego: kto w tym panelu zasiada i jakie motywacje mają jego członkowie. Otóż wszyscy uczestnicy panelu mają dokładnie ten sam interes ekonomiczny. Dla banków wysoki WIBOR oznacza wyższe przychody odsetkowe od kredytów, a niski WIBOR – niższe. Żaden konsument ani niezależny przedstawiciel nie ma głosu przy ustalaniu tego parametru. W efekcie brakuje naturalnego mechanizmu równoważącego – drugiej strony rynku, która dążyłaby do obniżenia stawki. Rynek międzybankowy, gdyby istniał, sam balansowałby interesy pożyczkodawców i pożyczkobiorców (bank potrzebujący gotówki chciałby niższego kosztu, bank z nadpłynnością – wyższego). Ale skoro realnych transakcji prawie nie ma, a paneliści to zamknięty krąg dużych instytucji finansowych, to WIBOR ustalają de facto podmioty, które nie mają styczności z rzeczywistym rynkiem, a jedynie odtwarzają własną narrację o kosztach. Szymański sugeruje tu wręcz konflikt interesów: banki korzystają na wysokich stopach, więc brak zewnętrznej kontroli może sprzyjać utrzymywaniu WIBOR-u na poziomie korzystnym dla nich samych. Choć formalnie wszystko odbywa się zgodnie z regulaminem, to konstrukcja panelu rodzi pytania o bezstronność mechanizmu.
- WIBOR jako element umowy – ryzyko nieprzewidywalne dla konsumenta. Z punktu widzenia kredytobiorcy WIBOR jest przedstawiany jako neutralny, obiektywny wskaźnik zewnętrzny. ZBP z uporem powtarza, że WIBOR jest „obiektywnym” elementem umowy, ustalanym poza relacją bank–klient. Szymański odpowiada: formalnie tak, ale funkcjonalnie – nie. Dla przeciętnego klienta WIBOR to liczba, na której wysokość nie ma żadnego wpływu, a która bezpośrednio przekłada się na wysokość raty. Problem w tym, że konsument nie ma możliwości zweryfikować poprawności ani rzetelności tej stawki – musi wierzyć bankom „na słowo”. Co więcej, WIBOR jest dla klienta nieprzewidywalny i nieograniczony: w przeciwieństwie do np. kursu waluty czy oficjalnej stopy NBP, nie istnieją żadne „bezpieczniki” ograniczające skalę czy tempo jego wzrostu. W umowach kredytowych opartych o WIBOR brakuje klauzul awaryjnych i górnego limitu ryzyka. Teoretycznie więc oprocentowanie kredytu może rosnąć w nieskończoność, niezależnie od sytuacji finansowej klienta, sytuacji na rynku depozytów czy rzeczywistych kosztów ponoszonych przez bank. Szymański nazywa twierdzenie, że to „normalne ryzyko ekonomiczne” po stronie klienta – nadużyciem. Owszem, każdy kto zaciąga kredyt zmiennoprocentowy, godzi się na pewne ryzyko stopy procentowej. Ale to ryzyko powinno być mierzalne i komunikowalne – kredytobiorca powinien rozumieć, z czym się mierzy. Czy przeciętny klient został poinformowany, jak faktycznie działa mechanizm WIBOR-u? Czy mógł przewidzieć, że mechanizm ten może zadziałać na jego niekorzyść inaczej niż „tradycyjne” rozumienie zmiany stóp (np. szybciej lub mocniej oderwać się od kosztu pozyskiwania depozytów przez bank)? Zdaniem krytyków – nie. Dlatego pojawia się argument, że klauzula WIBOR-owa może być uznana za abuzywną (niedozwoloną) – ponieważ klient nie miał pełnej informacji o charakterze wskaźnika i ponosi nieograniczone ryzyko, podczas gdy bank jest zabezpieczony marżą i ma wpływ (poprzez system panelu) na kształtowanie wysokości WIBOR-u.
Podsumowując stanowisko Szymańskiego: formalna legalność WIBOR-u nie gwarantuje jego rzetelności ekonomicznej. Wskaźnik ten – według krytyka – stał się konstrukcją funkcjonującą w oderwaniu od realnego rynku, chronioną parasolem regulacji i nadzoru tylko pozornie zapewniających jego wiarygodność. To rodzi poważne wątpliwości, czy WIBOR może dalej „bezrefleksyjnie funkcjonować jako fundament milionów umów kredytowych, mimo że rynek, który miał odzwierciedlać, w dużej mierze przestał istnieć”.
Argumenty obrońców WIBOR-u – stanowisko Związku Banków Polskich
Naprzeciw powyższej krytyce stoi Związek Banków Polskich, który w sporze o WIBOR pełni rolę głównego obrońcy status quo. W polemice z tezami Szymańskiego (oraz innych publicystów podważających WIBOR) ZBP akcentuje kilka kluczowych kwestii:
- WIBOR jest legalny i zgodny z regulacjami – to fakt, którego nie można ignorować. ZBP przypomina, że WIBOR formalnie istnieje w polskim systemie prawnym jako wskaźnik referencyjny zgodny z rozporządzeniem BMR. Posiada oficjalnego administratora (GPW Benchmark), regulamin, licencję i podlega nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego. Spełnienie wymogów prawa unijnego (BMR) oznacza, że WIBOR przeszedł swoistą „legalizację” i standaryzację – każdy bank w Polsce musi opierać swoje kredyty na wskaźniku zatwierdzonym zgodnie z BMR, co właśnie czyni GPW Benchmark jako licencjonowany administrator. W ocenie ZBP ten formalny aspekt ma ogromne znaczenie: dopóki WIBOR spełnia wymogi prawa, dopóty jego kwestionowanie jest bardziej publicystyką niż prawną argumentacją. Innymi słowy – kredytobiorca nie może zarzucać bankowi naruszenia prawa tylko dlatego, że nie podoba mu się sposób ustalania WIBOR-u, skoro wskaźnik ten jest w pełni legalny. Tutaj ZBP zarzuca Szymańskiemu mieszanie porządków: łączenie ocen ekonomicznych z prawnymi i budowanie narracji publicystycznej zamiast chłodnej analizy prawnej. Banki przypominają, że są związane przepisami – stosują WIBOR, bo takie jest prawo (BMR), a nie dlatego, by gnębić klientów. Zarzut niezgodności z prawem czy umowy sprzecznej z naturą stosunku prawnego trudno więc obronić, skoro wszystko odbywa się w granicach obowiązującego porządku prawnego.
- Brak manipulacji i nadużyć – WIBOR nie był „oszukiwany”. ZBP zdecydowanie odpiera sugestie, jakoby WIBOR mógł być wynikiem manipulacji czy zmowy banków. Przypomina, że manipulowanie wskaźnikiem referencyjnym jest przestępstwem według unijnego rozporządzenia MAR. Co istotne – jak stwierdziła Komisja Nadzoru Finansowego – na polskim rynku nie uprawdopodobniono ani nie udowodniono przypadków manipulacji WIBOR-em. Innymi słowy, nie ma dowodów, by banki świadomie i w porozumieniu zaniżały lub zawyżały WIBOR w sposób nieuczciwy. W historii globalnej zdarzyły się skandale (najbardziej znany – manipulacje LIBOR-em w Londynie), ale polski WIBOR – według KNF i ZBP – nie padł ofiarą takich praktyk. ZBP zarzuca więc krytykom wysuwanie insynuacji bez pokrycia. Szymański powoływał się na raporty Najwyższej Izby Kontroli sprzed lat (np. z 2015 r.), które wskazywały na brak nadzoru i ryzyko manipulacji WIBOR-em. Związek ripostuje: NIK mówił o ryzyku hipotetycznym, a nie stwierdził żadnych nadużyć. Co więcej, od czasu tamtych raportów wiele się zmieniło – wdrożono unijne regulacje, KNF sprawuje formalny nadzór, GPW Benchmark regularnie przechodzi audyty zewnętrzne. System posiada procedury wykrywania ewentualnych nieprawidłowości. Innymi słowy, według banków WIBOR dziś spełnia wszystkie wymagania transparentności i uczciwości – a sugerowanie, że jest „oszustwem”, jest nieuprawnioną insynuacją.
- Reżim BMR nie „naprawił” WIBOR-u, bo nie był on zepsuty – to ciągłość, a nie reset. Jednym z założeń krytyków jest, że dopiero objęcie WIBOR-u rozporządzeniem BMR (w pełni nastąpiło to ok. 2020 r.) stworzyło ramy rzetelności, a wcześniej panowała dowolność. ZBP uważa takie podejście za błędne. Wskazuje, że choć formalny nadzór i licencjonowanie pojawiły się po latach, to nie znaczy, że przedtem WIBOR był całkowicie niewiarygodny. Banki od lat posługiwały się nim w dobrej wierze, a pewne mechanizmy kontroli istniały (np. Rada WIBOR, choć była ciałem samoregulacji, nie zaś organem państwowym). Rozporządzenie BMR potraktować należy jako usankcjonowanie istniejącej praktyki i dostosowanie jej do jednolitych standardów UE – a nie jako uzdrowienie czegoś chorego. Innymi słowy, ZBP sugeruje, że ciągłość obowiązywania WIBOR-u w umowach jest niezagrożona: fakt podpisania kredytu np. w 2018 r., przed pełnym wejściem reżimu BMR, nie oznacza automatycznie, że umowa oparta była na „wadliwym” wskaźniku. WIBOR istniał legalnie i był powszechnie akceptowany, a od 2020 r. jest po prostu jeszcze bardziej „usankcjonowany”. Nie można więc uznać – zdaniem bankowców – że umowy sprzed 2020 r. stały się ex post nieuczciwe tylko dlatego, że wtedy KNF formalnie nie kontrolował metodologii WIBOR.
- Panel banków i reprezentatywność – metodologia jest wystarczająco dobra. ZBP odpowiada również na zarzut dotyczący braku równowagi stron w ustalaniu wskaźnika. Owszem, przyznaje, że nie wszystkie banki muszą brać udział w panelu, by WIBOR był reprezentatywny dla rynku. Uczestnikami panelu są największe banki, mające największy udział w rynku kredytów i depozytów – co zdaniem ZBP gwarantuje, że ich kwotowania odzwierciedlają sytuację płynności w sektorze. Banki argumentują, że choć każdy z nich ma podobny interes (to prawda, wszyscy są po stronie kredytodawców), to konkurencja rynkowa ogranicza dowolność: gdyby któryś bank rażąco zawyżał swoją stawkę, zostałby skorygowany przez mechanizm odrzucania skrajnych kwotowań albo naraziłby się na utratę wiarygodności w sektorze. Ponadto metodologia WIBOR-u (obecnie) zawiera tzw. procedury awaryjne – np. jeśli brakuje kwotowań lub podejrzewa się ich nierzetelność, administrator może oprzeć się na innych danych rynkowych. ZBP zatem przekonuje, że system działa, a brak transakcji to problem globalny wszystkich wskaźników typu IBOR w erze nadpłynności – stąd formuła forward-looking jest normą, a nie polskim wymysłem. Reprezentatywność WIBOR-u, według ZBP, zapewniają nie tyle realne pożyczki międzybankowe (bo te faktycznie są rzadkie), ile ekspertyza i odpowiedzialność panelistów, którzy na podstawie różnych informacji (np. stóp procentowych NBP, sytuacji na rynku finansowym, kosztu alternatywnego pozyskania kapitału) ustalają stawkę. To może nie perfekcyjny, ale jednak racjonalny model wyceny pieniądza w czasie – twierdzą obrońcy wskaźnika.
- WIBOR jako obiektywny element umowy – ryzyko stopy procentowej było świadomie akceptowane przez klientów. Banki nie zgadzają się z tezą, że stosowanie WIBOR-u w umowach kredytowych narusza interes konsumenta. Przeciwnie – argumentują, że WIBOR jest obiektywnym i zewnętrznym punktem odniesienia, właśnie po to wprowadzonym, aby bank nie mógł „sam sobie” dowolnie zmieniać oprocentowania. Wskaźnik powstaje poza konkretną umową, a bank i klient po prostu się do niego umawiają. Dzięki temu klient korzystał w przeszłości np. z okresu rekordowo niskich stóp (WIBOR bliski zera w latach 2020-2021) – a teraz musi pogodzić się z ich wzrostem. ZBP podkreśla, że ryzyko zmiennego oprocentowania jest immanentną cechą takich kredytów. Bank nie gwarantował stałej raty – jeśli ktoś chciał pewności, mógł wybrać kredyt o stałej stopie (zazwyczaj droższy). Nie można zatem uznać, że wzrost WIBOR-u to jakieś „nieuczciwe” działanie banku – to po prostu realizacja ryzyka rynkowego, na które kredytobiorca się godził. Z punktu widzenia banków postulaty „odwiborowania” kredytów (czyli usunięcia WIBOR-u z umów) oznaczałyby nieusprawiedliwione uprzywilejowanie jednej strony umowy kosztem drugiej. Gdy WIBOR spadał, klienci cieszyli się niskimi ratami; gdy rośnie – chcieliby unieważnić ten mechanizm. Taka asymetria, zdaniem ZBP, godzi w zasadę pewności obrotu i świętość umów. Banki odżegnują się też od zarzutu, że klienci byli wprowadzani w błąd co do natury WIBOR-u. W informacjach przy umowie zwykle wskazywano, czym jest WIBOR (że to stopa międzybankowa). Nawet jeśli klient nie znał szczegółów metodologii, to – zdaniem banków – wiedział, że jego rata może rosnąć, i to w sposób nieograniczony ustawowym sufitem (oprócz ogólnego ograniczenia maksymalnych odsetek w kodeksie cywilnym, które jednak w praktyce nie zadziałało, bo WIBOR mimo wzrostów i tak pozostał poniżej tych poziomów). Krótko mówiąc: ryzyko wzrostu stóp było oczywiste i mieściło się w normalnym ryzyku ekonomicznym kredytobiorcy – tutaj ZBP stoi na stanowisku, że Szymański nie odkrywa żadnej „ukrytej bomby”, a jedynie koloryzuje coś, co jest naturalną cechą rynku finansowego.
Kto ma rację w „Aferze WIBOR”? Wnioski dla kredytobiorców i systemu prawnego
Spór o WIBOR to klasyczny przykład zderzenia formalizmu prawnego z ekonomiczną analizą realiów. Po jednej stronie mamy mocne argumenty prawne ZBP: wskaźnik spełnia wszelkie wymogi prawa, nie udowodniono żadnych nadużyć, a kredyty ze zmiennym oprocentowaniem z definicji niosą ryzyko dla obu stron. Na gruncie czysto prawnym pozycja banków wydaje się solidna – nie sposób zanegować legalności WIBOR-u ani faktu, że został on włączony do umów zgodnie z obowiązującymi przepisami. Gdyby patrzeć wyłącznie przez pryzmat litery prawa, trudno byłoby uznać klauzulę odwołującą się do urzędowo zatwierdzonego wskaźnika za abuzywną.
Sądy, które tylko w ten sposób podejdą do tematu, zapewne staną po stronie banków. Jednak po drugiej stronie mamy niepokojące kwestie ekonomiczne i logiczne, których nie można zamiatać pod dywan paragrafów.
Krzysztof Szymański i inni krytycy wykazują, że WIBOR – choć formalnie poprawny – może być merytorycznie wadliwy jako „miernik” rynkowej ceny pieniądza. Jeśli wskaźnik przez lata funkcjonował w warunkach faktycznego braku rynku, to rodzi się pytanie o jego sens ekonomiczny. Prawo może przez pewien czas abstrahować od takich pytań, ale – jak trafnie zauważa Szymański – „prawo, które nie zadaje pytań o sens ekonomiczny własnych konstrukcji, prędzej czy później musi je usłyszeć na sali sądowej”.
I właśnie to się dzieje: kredytobiorcy złotówkowi masowo pozywają banki, argumentując, że zostali obciążeni czymś, co jest „fikcyjnym” kosztem, niezweryfikowalnym i nieprzewidywalnym. Trybunał Sprawiedliwości UE 12 lutego 2026 r. ma wydać wyrok w kluczowej sprawie C-471/24 dotyczącej kredytów opartych o WIBOR – co świadczy o randze problemu. Można więc powiedzieć, że rację ma ZBP, iż WIBOR „istnieje w prawie” – ale rację ma też Szymański, że sam fakt istnienia nie rozstrzyga, czy powinien dalej funkcjonować bez zmian.
Kto zatem ma rację?
Prawda leży pośrodku. ZBP trafnie wskazuje, że nie można wieszać psów na bankach za to, że stosowały wskaźnik dopuszczony przez prawo – tutaj banki działają w granicach prawa i trudno czynić im z tego zarzut. Ewentualne roszczenia klientów muszą opierać się na wykazaniu, że doszło do naruszenia ich praw (np. poprzez niedoinformowanie o charakterze ryzyka lub zastosowanie klauzuli, która rażąco narusza równowagę stron). Same wahania WIBOR-u czy jego konstrukcyjne wady to za mało, by mówić o nielegalności.
Szymański ma jednak sporo racji, że legalność to za mało, gdy w grę wchodzi sprawiedliwość kontraktowa i zaufanie do systemu finansowego. Jeśli wskaźnik faktycznie stał się mirażem, a klienci zostali z nieograniczonym ryzykiem, to prawo konsumenckie powinno zareagować – podobnie jak zareagowało w sprawie kredytów frankowych (tam formalnie wszystko było zgodne z prawem, a jednak klauzule waloryzacyjne uznano za nieuczciwe).
Być może czeka nas prawdziwe sądowe „stress-testowanie” WIBOR-u – tym razem nie pod kątem formalnej legalności, lecz rzeczywistej uczciwości, transparentności i zgodności z zasadami ochrony konsumenta.
Dla kredytobiorców oznacza to realną szansę na skuteczne zakwestionowanie klauzul odsetkowych w swoich umowach – ale sukces nie jest wcale gwarantowany. Coraz więcej orzeczeń pierwszej instancji pokazuje, że kluczem do wygranej nie jest podważanie samej legalności wskaźnika WIBOR (który pozostaje formalnie zgodny z rozporządzeniem BMR), lecz wykazanie naruszenia obowiązków informacyjnych spoczywających na bankach.
Eksperci i pełnomocnicy kredytobiorców wskazują, że banki w większości przypadków ograniczały się do lakonicznego stwierdzenia w umowie, że „oprocentowanie kredytu jest zmienne i oparte na stawce WIBOR 3M/6M powiększonej o marżę banku”. Nie informowały jednak klientów o kluczowych cechach tego wskaźnika: że WIBOR jest w przeważającej mierze forward-looking (oparty na prognozach, a nie rzeczywistych transakcjach), że rynek międzybankowy praktycznie nie istnieje, że stawka ustalana jest przez panel banków mających identyczny interes ekonomiczny w utrzymaniu wysokiego poziomu wskaźnika, ani że klient nie ma praktycznie żadnej możliwości weryfikacji prawidłowości kwotowań.
Takie zaniechanie może zostać uznane za naruszenie zasady transparentności i rzetelnego poinformowania konsumenta o charakterze oraz ryzyku kluczowego elementu umowy (art. 385¹ § 1 Kodeksu cywilnego w związku z dyrektywą 93/13/EWG). Jeśli sąd uzna, że konsument nie mógł w pełni zrozumieć istoty i skali ryzyka związanego z WIBOR-em, klauzula odwołująca się do tego wskaźnika może zostać uznana za nieuczciwy warunek umowny – nawet mimo formalnej legalności samego indeksu.
To właśnie na tym polu – obowiązku informacyjnego i transparentności – kredytobiorcy mają obecnie najsilniejsze argumenty.
Podsumowanie
Na koniec, paradoksalnie, można zgodzić się z apelem ZBP o „oddzielenie publicystyki od prawa” – lecz w innym sensie niż chcieliby bankowcy. Nie chodzi o bagatelizowanie głosów krytyki, ale o to, by z krytycznej publicystyki wyciągnąć wnioski i przełożyć je na język prawa. Dyskusja wywołana przez Szymańskiego i innych ekspertów ujawniła słabości, których formalne regulacje dotąd nie dostrzegały. Teraz pora, by prawnicy i ustawodawcy te „pęknięcia” załatali – tak, aby z jednej strony zachować stabilność i przewidywalność umów (czego broni ZBP), a z drugiej – zapewnić rzeczywistą równowagę interesów i transparentność dla klientów (czego domaga się Szymański).
Niezależnie od wyniku najbliższych batalii sądowych, dla kredytobiorców płynie ważna lekcja: warto domagać się pełnej informacji i fair play ze strony instytucji finansowych, nawet jeśli dana praktyka jest formalnie legalna. Natomiast dla systemu prawnego – przypomnienie, że ekonomia i prawo są nierozerwalnie połączone, a sprawiedliwość kontraktowa wymaga patrzenia poza same paragrafy, także na ekonomiczny sens i skutki stosowanych klauzul.
Można więc powiedzieć, że racja leży po stronie tych, którzy szukają prawdy pośrodku – łącząc poszanowanie dla prawa z otwartością na krytyczną analizę ekonomiczną. Jeśli ten spór doprowadzi do bardziej przejrzystych zasad ustalania oprocentowania kredytów i wzmocnienia ochrony konsumentów, skorzystają na tym obie strony – zarówno klienci, jak i banki, bo zaufanie jest fundamentem rynku finansowego. A o to przecież w gruncie rzeczy toczy się ta dyskusja.






