Lek na całe zło frankowego chaosu? Bankowcy przekonują, że znaleźli cudowne rozwiązanie – teoria salda. Ich zdaniem ma ona uprościć spory, odciążyć sądy i przyspieszyć koniec wieloletnich batalii. Brzmi rozsądnie? Niestety, za tą pozorną troską o porządek kryje się zimna kalkulacja. Coraz więcej wskazuje, że banki lansują teorię salda nie z sympatii do klientów czy sądów, ale by ugrać dla siebie wielomilionowe oszczędności – kosztem frankowiczów, logiki prawa i uczciwości kontraktowej.
O co chodzi z tą „teorią salda”?
Z grubsza chodzi o to, żeby nie rozliczać każdej ze stron oddzielnie, jak nakazuje dziś teoria dwóch kondykcji (czyli: bank oddaje klientowi raty, a klient – kapitał), ale po prostu „wyrównać” różnicę. Kredytobiorca ma otrzymać jedynie nadpłatę ponad kapitał, bez prawa do odsetek za opóźnienie czy przedawnienia roszczenia banku. Dla klienta oznacza to utratę tysięcy złotych. Dla banku – czysty zysk.
„Równowaga” na bankową modłę
Oficjalna narracja sektora bankowego? Teoria salda ma uprościć sprawy, skrócić procesy, zdjąć z sądów nadmiar pracy. – Gdyby saldować, nie trzeba byłoby kontrpozwów – przekonują prawnicy reprezentujący banki. – To także korzyść dla klientów – szybciej, taniej, sprawniej – dodają. Brzmi świetnie… dopóki nie spojrzymy, kto na tym oszczędza, a kto traci.
Gra toczy się o wielkie pieniądze – odsetki, przedawnienia i… złudzenia
W klasycznym modelu dwóch kondykcji bank musi oddać klientowi pełne raty z odsetkami za opóźnienie – często naliczanymi przez 3–6 lat. To bywa dziesiątki tysięcy złotych dodatkowej rekompensaty. Teoria salda te pieniądze klientowi odbiera, redukując wszystko do „czystego rozliczenia”. Jednocześnie eliminuje ochronę przed przedawnieniem, pozwalając bankowi „potrącać” nawet te roszczenia, które w innym przypadku dawno by wygasły.
Rachunek jest prosty: klient zyskuje mniej, bank traci mniej. A zatem: bank zyskuje więcej. I o to w tej „teorii” chodzi.
Ale przecież banki chcą tylko porządku w sądach… prawda?
Nie. To mit.
Banki od lat aktywnie przyczyniają się do zapchania sądów. Same wytoczyły dziesiątki tysięcy pozwów przeciwko frankowiczom – nawet wobec tych, którzy nigdy nie wytoczyli sprawy bankowi. Czasem tylko po to, by „przerwać bieg przedawnienia” i straszyć kosztami procesu.
Wystarczy wspomnieć tzw. pozwy SLAPP, które TSUE w wyroku C-746/24 jednoznacznie potępił. Trybunał stwierdził, że nie wolno obciążać frankowiczów wysokimi kosztami procesowymi tylko dlatego, że bank ich pozwał, nawet jeśli przegrają . W ten sposób unijny sąd wytrącił bankom z rąk najważniejszą broń psychologiczną. Skoro nie można już straszyć kosztami – czas przejść do drugiego etapu planu: przekonać wszystkich, że teoria salda to złoty środek.
Tyle że to nieprawda.
Banki NIE muszą pozywać klientów – mogą potrącić
I tu dochodzimy do najważniejszej, często przemilczanej prawdy: banki wcale nie muszą pozywać frankowiczów o zwrot kapitału.
Jak przypomina Rzecznik Finansowy, bank mógłby po prostu złożyć oświadczenie o potrąceniu w ramach toczącego się procesu, który najczęściej i tak rozpoczął konsument. To zgodne z prawem, szybkie, tanie i skuteczne gdyby bank naprawdę dążył do uproszczenia procedur – tak by właśnie zrobił.
Ale nie robi.
Dlaczego? Wyjaśnia to dr Paulina Tronowska z biura RF:
– Niestety w praktyce banki nie składają takich oświadczeń, co pozwoliłoby uniknąć drugiego procesu wytaczanego przez bank o zwrot pożyczonego kapitału. Wychodzą z założenia, że w tego typu umowach nie było postanowień abuzywnych
To wyjaśnia wiele: bank nie chce złożyć potrącenia, bo musiałby przyznać, że umowa była wadliwa, a nie teoria salda, jest uczciwym rozwiązaniem – pozwala uniknąć dodatkowych procesów bez odbierania konsumentowi prawa do należnych mu świadczeń (w tym odsetek i przedawnienia bankowego roszczenia). Ale wymaga przyznania prawdy – a na to sektor bankowy nie może sobie pozwolić.
Frankowicze to rozumieją – czas, żeby zrozumieli to też politycy i sędziowie
To dlatego organizacje społeczne i frankowicze tak stanowczo sprzeciwiają się teorii salda. Bo to nie uproszczenie, lecz wybieg. W imię „kompromisu” klienci mają się zgodzić na mniejsze zwroty, banki – na niższe koszty, a politycy – na szybsze statystyki. Tylko że to statystyka wypracowana na plecach obywateli, którzy przez lata płacili za produkt finansowy, który sądy uznały za nieuczciwy.
Nie dajmy się oszukać. Teoria salda to plan dla banków, nie dla ludzi
Niech nie zmyli nas język PR: teoria salda to plan ratunkowy dla banków. Gdy nie wyszło z zastraszaniem pozwami (bo TSUE zabronił), przyszła pora na „ugodowy ton”. Ale cel się nie zmienił: ograniczyć straty, zatrzymać jak najwięcej pieniędzy, odzyskać kapitał nawet po przedawnieniu.
Nie ma w tym nic złego – dopóki banki nie próbują nam wmówić, że robią to dla naszego dobra.
Dlatego: nie dajmy się nabrać na bankowy marketing. Teoria salda to nie kompromis – to cichy plan oszczędności. Dla frankowiczów, którzy walczą o sprawiedliwość, prawdziwym rozwiązaniem jest przestrzeganie prawa, stosowanie potrąceń i rzetelne rozliczenie każdej sprawy, bez fałszywego „salda”.






