Zazwyczaj, gdy mowa o „sprytnym planie” bankowców forsowanym w mediach, spodziewamy się, że w rolę jego orędowników wcielą się – cóż – sami bankowcy. Tymczasem ogromne zaskoczenie budzi fakt, iż autorem tekstu zachwalającego tzw. ustawę frankową i dyskredytującego jej krytyków jest Ziemowit Bagłajewski – adwokat, były zastępca Rzecznika Finansowego, a obecnie członek zarządu Fundacji Forum Konsumentów. Innymi słowy, osoba o życiorysie związanym z instytucjami stojącymi na straży praw klientów i konsumentów niespodziewanie firmuje narrację, którą dotąd przypisalibyśmy raczej bankowemu lobby.
Osoby piastujące takie funkcje powinny być szczególnie wyczulone na interesy konsumentów – i sam Bagłajewski podkreślał, że w swojej pracy kieruje się ideą rzetelnej ochrony interesów konsumentów. Tym bardziej uderza więc, że to właśnie on wystąpił publicznie w obronie kontrowersyjnego projektu ustawy frankowej, prezentując go jako racjonalny sposób uporządkowania tysięcy sądowych sporów, a jednocześnie zarzucając krytykom ustawy działanie z pobudek czysto komercyjnych. Jego zdaniem pierwsze skrzypce w tym sprzeciwie grają bowiem nie sami frankowicze, lecz prawnicy ich reprezentujący.
Czytając opinię Ziemowita Bagłajewskiego „Kto naprawdę zyska na ustawie frankowej?” opublikowaną 28 listopada 2025 r. w Rzeczpospolitej, można odnieść wrażenie, że długo oczekiwana specustawa frankowa to czysty akt dobrej woli rządu, który wcale nie służy bankom, a jedynie usprawnia sądy dla dobra konsumentów. Autor przekonuje, że protestujący frankowicze i prawnicy wymyślają rzekome „przywileje dla banków” i „zagrożenie dla konsumentów” tylko po to, by bronić swoich biznesowych interesów. To klasyczna zagrywka PR – odwracanie kota ogonem. W rzeczywistości sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie, niż sugeruje autor, a jego tekst wpisuje się w szerszą kampanię bankowego lobby. Przyjrzyjmy się konkretnym tezom tego artykułu, które mają przekonać polityków i opinię publiczną do bankowej narracji.
Ustawa frankowa – „nie dla banków”? Ależ skąd!
Już na wstępie Bagłajewski bagatelizuje obawy, jakoby projekt ustawy frankowej miał dawać bankom nowe uprawnienia kosztem kredytobiorców. Pisze, że ostrzeżenia o „szykowanych przywilejach dla banków” to wymysł kancelarii prawnych, a “z punktu widzenia prawa i praktyki sądowej widać wyraźnie, że nie o banki tu chodzi”. Autor zapewnia wręcz, że nowe przepisy “nie ograniczają praw konsumentów”, a jedynie usprawnią procedury. Niestety, fakty przeczą tym uspokajającym deklaracjom. Projekt ustawy wprowadza bowiem specjalne rozwiązania procesowe wyłącznie z myślą o interesach banków.
Najbardziej jaskrawy przykład to zmiana zasad dotyczących potrącenia i pozwów wzajemnych. Na gruncie ogólnych przepisów kodeksu postępowania cywilnego bank – jak każdy pozwany – może zgłosić swą wierzytelność do potrącenia tylko na początku procesu i to pod rygorem utraty tego uprawnienia (art. 203^1 §2 k.p.c.). Projekt ustawy frankowej znosi te ograniczenia tylko dla banków: pozwala im zgłaszać zarzut potrącenia aż do zakończenia postępowania w drugiej instancji. Innymi słowy, bank będzie mógł wnieść swoje roszczenia do sprawy nawet na etapie apelacji, podczas gdy dziś takie spóźnione manewry są niedopuszczalne. To samo dotyczy pozwu wzajemnego – ustawa pozwala bankowi wytoczyć go aż do końca postępowania przed sądem I instancji, choć normalnie terminy na pozew wzajemny są ściśle ograniczone. Trudno o bardziej oczywisty „przywilej dla banków” niż wydłużenie terminów i rozluźnienie reguł procesowych wyłącznie na ich korzyść. Eksperci wprost nazywają tę zmianę znaczącym ułatwieniem dla banków, podkreślając że znosi ona fundamentalne ograniczenia co do podnoszenia zarzutu potrącenia.
Co oznacza ten przywilej w praktyce? Banki zyskują drugą szansę i większą elastyczność w dochodzeniu swoich roszczeń. Dotychczas, jeśli bank spóźnił się z zarzutem potrącenia albo z pozwem o zwrot kapitału, ryzykował utratę części roszczeń (np. przedawnienie). Teraz ustawodawca chce podać bankierom pomocną dłoń – specustawa umożliwi im wciśnięcie swojego żądania do toczącego się procesu niemal w ostatniej chwili. Mało tego, nowe regulacje mają działać wstecz na trwające sprawy, dzięki czemu banki skorzystają z nich także tam, gdzie normalnie byłoby już za późno na zgłaszanie potrąceń. To właśnie dlatego bankowcy nie ukrywają zadowolenia i “zacierają ręce na perspektywę wydłużenia terminu na zgłoszenie zarzutu potrącenia” – tak obrazowo ujęli to sami frankowicze, komentując rządowy projekt. Rzecznik Związku Banków Polskich również przyznał, że rozpatrywane zmiany pozwolą bankom zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy – choć oczywiście takie wyznania nie przebijają się do oficjalnej narracji.
Bagłajewski twierdzi, że rządowy projekt „nie jest prezentem dla banków” i „nie przynosi im wymiernych zysków”. To stwierdzenie jest co najmniej wątpliwe. Owszem, ustawa frankowa nie anuluje bankom od razu miliardowych rezerw ani wszystkich ryzyk prawnych, ale jednak daje im wymierne korzyści finansowe i prawne. Połączenie dwóch procesów w jeden oznacza dla banku choćby ograniczenie kosztów sądowych i kosztów zastępstwa procesowego – zamiast dwóch spraw będzie jedna. Banki liczą też, że w ramach jednego postępowania łatwiej „skasują” odsetki za opóźnienie należne konsumentom od zwracanych kwot – wystarczy, że ich roszczenie zostanie potrącone i zbilansowane z roszczeniem kredytobiorcy, a odsetki ustawowe od zasądzonego salda mogą w ogóle nie powstać. Czy to tylko teoria? Ministerstwo Sprawiedliwości musiało nawet dementować krążące wśród frankowiczów obawy, jakoby nowe przepisy miały pozbawić ich prawa do odsetek czy wydłużyć bankom terminy przedawnienia. Sam fakt, że takie obawy się pojawiły, świadczy o dużym braku zaufania konsumentów do intencji tej ustawy – i patrząc na ukryte „smaczki” w jej zapisach trudno im się dziwić.
Podsumujmy więc krótko: tak, ustawa frankowa jest potrzebna, aby usprawnić przeciążone sądy – co do tego nikt nie ma wątpliwości. Ale nie – nie jest prawdą, że dokonano tego w sposób całkowicie neutralny dla obu stron sporu. Kluczowe rozwiązania ustawy zostały skrojone pod dyktando banków, które dzięki nim wygrały to, czego nie udało im się osiągnąć w sądach przez ostatnie lata. Dla tysięcy pozwanych kredytobiorców nowe przepisy oznaczają, że w jednej rozprawie będą musieli odpierać nie tylko swoje roszczenie o unieważnienie umowy, ale i kontratak banku żądającego zwrotu kapitału. To większe obciążenie i ryzyko – wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez autora, który zapewnia, że ustawa „uprości” życie frankowiczom. Nic dziwnego, że organizacje konsumenckie otwarcie nazywają ten projekt „antykonsumenckim” i domagały się jego odrzucenia lub przynajmniej głębokiej korekty.
Atak na prawników – odwracanie uwagi od sedna sprawy
Jednym z głównych wątków tekstu Bagłajewskiego jest próba zdyskredytowania krytyków ustawy poprzez przypisanie im niskich pobudek. Autor sugeruje, że najgłośniej krzyczą przeciw ustawie wcale nie zwykli kredytobiorcy, lecz kancelarie prawne wyspecjalizowane w sprawach frankowych, bo to “uderza w ich model biznesowy”. Według niego prawnicy ci „podsycają emocje” i zbudowali w przestrzeni publicznej fałszywy obraz ustawy jako groźnej dla konsumentów. Dalej Bagłajewski idzie jeszcze ostrzej: insynuuje, że kancelarie te działają często „z pominięciem adwokatów i radców prawnych” oraz że “zarabiają na liczbie procesów i ich długości. Każda sprawa to prowizja, każde przedłużenie postępowania – kolejne wynagrodzenie”. Innymi słowy, według autora frankowi prawnicy to chciwi manipulatorzy, którzy specjalnie chcą przedłużać spory, więc nic dziwnego, że denerwuje ich ustawa skracająca postępowania.
Taka charakterystyka to poważne nadużycie i retoryczny wybieg, który ma odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów ustawy. Po pierwsze, to nie tylko prawnicy protestują. Bagłajewski sam zauważa (choć jakby mimochodem), że przeciw ustawie alarmują również stowarzyszenia frankowiczów – czyli sami zainteresowani konsumenci. W ostatnich tygodniach wielu kredytobiorców wyrażało swój sprzeciw: organizowano akcje informacyjne w mediach społecznościowych, pisano apele do władz, planowano protesty. Frankowicze otwarcie mówią, że nie chcą ustawy w obecnym kształcie i liczą nawet na weto prezydenta. To ich głos – tysięcy poszkodowanych obywateli – jest tu kluczowy, a nie rzekome interesy kancelarii.
Po drugie, prawnicy reprezentujący frankowiczów mają pełne prawo (a wręcz obowiązek) zabierać głos, gdy widzą przepisy potencjalnie szkodzące ich klientom. Przez ostatnie lata to właśnie determinacja pełnomocników i ich klientów doprowadziła do przełomowych wyroków sądowych i do poprawy sytuacji konsumentów na rynku finansowym. Bagłajewski próbuje zdyskredytować tych prawników epitetami o „prawnikach pokątnych” oraz insynuacjami o prowizjach za przeciąganie spraw. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że to banki latami przeciągały spory i odpierały roszczenia konsumentów wszelkimi środkami, zmuszając ich niejako do korzystania z usług wyspecjalizowanych kancelarii. Mało który frankowicz zdecydowałby się samodzielnie pozywać wielki bank – potrzebował wsparcia prawników, często opłacanych prowizyjnie od sukcesu (a nie od liczby rozpraw!). Ukazywanie tych prawników jako „żerujących” na klientach to nieuczciwe odwracanie ról ofiary i obrońcy. Jak trafnie skomentował to jeden z serwisów konsumenckich, sugestie bankowców, że “klient pozywa bank tylko dlatego, że zapłacił dużo prawnikowi”, to klasyczne odwracanie kota ogonem – robienie z oprawców ofiar. Źródłem frankowego chaosu były przecież abuzywne umowy serwowane przez banki, a nie prawnicy, którzy pomagają kredytobiorcom z tego chaosu wybrnąć.
Po trzecie, Bagłajewski zarzuca krytykom ustawy brak rzeczowości i granie na emocjach. Trudno o większą ironię – wszak jego własny tekst ocieka emocjonalnym językiem wymierzonym w „kancelarie frankowe”. W całym artykule autor ani razu merytorycznie nie odnosi się do konkretnych zarzutów pod adresem ustawy. A przecież środowiska konsumenckie i prawnicze formułowały bardzo konkretne obiekcje: wskazywały choćby na wspomniane już uprzywilejowanie banków w zakresie potrąceń, na ryzyko wydłużenia postępowań w pierwszej instancji (bo dojdzie rozpatrywanie dodatkowych wniosków banku), czy wreszcie na możliwość ingerencji w toczące się już sprawy frankowe. Zamiast rzeczowo podjąć te tematy, Bagłajewski woli uciec się do personalnych wycieczek i imputowania złych intencji adwokatom. To wygodna taktyka: zdyskredytuj posłańca, by nie słuchać wiadomości. Politycy jednak nie powinni dać się nabrać na ten chwyt. Atak na prawników reprezentujących konsumentów to de facto atak na samych konsumentów, próba izolowania ich i osłabienia siły ich głosu.
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nie tylko prawnicy „od franków” biją na alarm. Swoje poważne zastrzeżenia do projektu zgłaszały oficjalne instytucje stojące na straży praw obywateli: Rzecznik Praw Obywatelskich, a nawet – co szczególnie wymowne – samorząd adwokacki. Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, mec. Przemysław Rosati, publicznie skrytykował kształt ustawy frankowej, zarzucając przedstawicielom Ministerstwa Sprawiedliwości forsowanie rozwiązań niekorzystnych dla konsumentów (głośna była polemika prezesa NRA z dr Anetą Wiewiórowską-Domagalską, pełnomocniczką ministra broniącą projektu). Adwokatura „wchodzi do gry” nie po to, by bronić rzekomych ukrytych interesów, ale by bronić obywateli przed potencjalnie niekonstytucyjnym, antykonsumenckim prawem. Tego Bagłajewski w swoim tekście kompletnie nie uwzględnia. Przypadek? A może celowe pominięcie faktów niewygodnych dla tezy, którą stara się sprzedać mediom i politykom?
Skoordynowana kampania w mediach sprzyjających bankom
Analizowany artykuł nie pojawił się w próżni. W ostatnich tygodniach można zaobserwować wzmożoną aktywność publicystyczną w mediach związanych z szeroko rozumianym sektorem finansowym – i wszystkie te przekazy zdają się zmierzać w jednym kierunku: przekonać decydentów, że banki już dość wycierpiały w sprawie franków, a teraz należy im ulżyć w imię stabilności systemu i drożności sądów. Rzeczpospolita, na łamach której pracuje Bagłajewski, publikuje regularnie opinie zbieżne z interesami banków. Wystarczy przypomnieć głośny tekst Leszka Balcerowicza z 2021 r., w którym straszył on „destrukcyjnymi skutkami” uwzględniania roszczeń frankowiczów i przekonywał, że korzyści dla kredytobiorców byłyby „rażącą niesprawiedliwością” wobec reszty społeczeństwa. Już wtedy w mediach tworzono narrację, że frankowicze to potencjalni sprawcy kryzysu, a banki – niemal ofiary. Dziś, po serii wyroków korzystnych dla konsumentów (TSUE jasno potwierdził nieuczciwość mechanizmów w tych kredytach), ciężko byłoby tak frontalnie atakować kredytobiorców. Zamiast tego przekaz nieco złagodniał: teraz to niby „wszyscy mają skorzystać” na rozwiązaniach systemowych. Jednak po zdjęciu fasady „troski o konsumentów” widzimy te same postulaty, które od lat wysuwa lobby bankowe.
Nieprzypadkowo niemal identyczne tezy, co w tekście Bagłajewskiego, padły kilka tygodni wcześniej podczas branżowej konferencji „Wyzwania Bankowości 2025”. W mediach branżowych pojawił się artykuł relacjonujący tę debatę, gdzie bankowi eksperci również obwiniali kancelarie frankowe za eskalację problemów i negowali, jakoby banki ponosiły główną winę za frankowy kryzys. Jeden z komentatorów słusznie zauważył, że czytelnikom serwuje się tam „odwrócenie kota ogonem” – próbuje się przerzucić winę za wieloletnie nadużycia w umowach na kogoś innego, byle tylko nie obarczyć banków. Brzmi znajomo? Dokładnie taką samą odwróconą narrację powtarza Bagłajewski: wina za chaos to niby nie nieuczciwe umowy banków, lecz „pokątni prawnicy” torpedujący dobre zmiany.
Co więcej, Rzeczpospolita i media pokrewne konsekwentnie nagłaśniają głos banków i instytucji z nimi związanych, starając się wpłynąć na kształt rozwiązań frankowych. W tym samym portalu rp.pl znajdziemy choćby obszerne wypowiedzi prezesa Związku Banków Polskich, żalącego się na „skrajnie niesprawiedliwe uprzywilejowanie” frankowiczów przez wyroki TSUE. Artykuły informacyjne często eksponują stanowisko banków, akcentując ich straty i zagrożenia dla stabilności finansowej. Tak ukierunkowany przekaz ma oczywiście uzasadnić potrzebę „zrównoważenia” sytuacji kosztem konsumentów. Gdy zaś TSUE orzekł definitywnie na korzyść kredytobiorców (odmowa wynagrodzenia za korzystanie z kapitału), narracja mediów przychylnych sektorowi brzmiała: „wyrok daje frankowiczom darmowy kredyt”. Tego rodzaju sformułowania – jednoznacznie wartościujące i zgodne z retoryką banków – pojawiają się w przestrzeni publicznej nieprzypadkowo.
Można odnieść wrażenie, że trwa skoordynowana akcja komunikacyjna, w której różni autorzy i eksperci przekazują dość jednolite komunikaty: “Specustawa frankowa jest rozsądna i potrzebna, nie słuchajcie krzykaczy o bankowych przywilejach”; “Frankowicze już wygrali za dużo, trzeba równowagi”; “Jeśli nie przyjmiemy ustawy, sądy i gospodarka utoną, a zyskają tylko prawnicy”. Taki przekaz jest niezwykle wygodny dla sektora bankowego i zapewne ma skłonić polityków do jak najmniejszych ustępstw na rzecz konsumentów. Warto zauważyć, że autor komentowanej opinii sam powiela argumenty używane wcześniej przez bankowców i sprzyjające im instytucje. Przykład: Bagłajewski pisze, że “banki utrzymują miliardowe rezerwy, które mogłyby zasilać gospodarkę”, sugerując jakoby uwolnienie banków od roszczeń frankowiczów było wręcz w interesie publicznym. To przecież nic innego jak parafraza tez o zagrożeniu dla systemu finansowego i całego społeczeństwa, jeśli „za bardzo obciąży się banki” – dokładnie w takim tonie wypowiadał się choćby prof. Balcerowicz czy przedstawiciele ZBP. Pod płaszczykiem troski o gospodarkę znów przemyca się postulat ochrony zysków banków kosztem konsumentów.
Politycy i opiniotwórcy powinni spojrzeć krytycznie na tę medialną zgodność. O ile pluralizm mediów jest wartością, o tyle powielanie jednakowej narracji w różnych kanałach sugeruje inspirację potężnego lobby. Banki dysponują środkami i wpływami pozwalającymi kształtować opinię publiczną – finansują raporty, konferencje, mają swoich ekspertów. Teraz całą tę machinę wprzęgnięto w „sprytny plan” przekonania rządzących, że racja jest po stronie sektora finansowego. Tekst Bagłajewskiego to element tej układanki: napisany tonem rzekomej obiektywnej analizy prawnej, a w rzeczywistości realizujący komunikacyjne cele banków.
Kim jest autor i komu bije jego serce?
W tym kontekście warto zadać pytanie: kim właściwie jest Ziemowit Bagłajewski i dlaczego jego głos brzmi jak głos bankowego lobby? Sygnatura pod artykułem informuje, że “Autor jest członkiem zarządu Fundacji Forum Konsumentów”. Brzmi nieźle – toż to obrońca konsumentów! Jednak dociekliwy czytelnik odkryje, że rzeczywistość jest bardziej złożona. Bagłajewski do czerwca 2025 r. pełnił funkcję Zastępcy Rzecznika Finansowego, czyli instytucji powołanej do obrony klientów w sporach z instytucjami finansowymi. Można by oczekiwać, że ktoś o takim doświadczeniu będzie wyjątkowo wyczulony na punkcie praw konsumenta. Tymczasem w kluczowym momencie ubiegłego roku Bagłajewski opowiedział się po stronie… banków. Gdy w 2024 r. ważyło się stanowisko Rzecznika Finansowego w sprawie sporów o kredyty złotówkowe (chodzi o głośny problem abuzywności wskaźnika WIBOR w umowach złotowych), doszło do niepokojącej wolty. Poprzedni Rzecznik (dr Bohdan Pretkiel) przygotował prokonsumencką opinię, uznając że sądy powinny móc badać klauzule oprocentowania w kredytach złotowych. Jednak tuż po jego odwołaniu z urzędu, w sierpniu 2024 r. zastępca Bagłajewski podpisał zupełnie odwrotne stanowisko: stwierdzające, że WIBOR nie może być kwestionowany przez sądy. Było to dokładnie po myśli banków. Nowa opinia RF “cudownie” zgrała się w czasie i treści z linią forsowaną przez KNF, NBP, Ministerstwo Finansów czy Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Innymi słowy, Bagłajewski, wówczas pełniący obowiązki Rzecznika, użyczył autorytetu instytucji nominalnie broniącej klientów, by poprzeć tezy korzystne dla banków. Zyskał tym zapewne uznanie w kręgach finansowych, ale utracił część zaufania środowisk konsumenckich. Frankowicze nie zapomnieli – do dziś wypominają, że “Rzecznik Finansowy wsparł banki” w sporze o WIBOR, co nazwano “kontrowersyjną zmianą stanowiska”.
Fundacja Forum Konsumentów, do której zarządu dołączył Bagłajewski po odejściu z urzędu RF, przedstawia się jako niezależny głos konsumencki. Jednak czy na pewno jest wolna od wpływów sektora finansowego? W jej działalności trudno dopatrzyć się jawnych powiązań z bankami – prędzej widać współpracę z różnymi korporacjami (np. wspólne projekty z Amazonem czy udział w inicjatywach Związku Przedsiębiorców i Pracodawców). Nie przesądzając o intencjach tej Fundacji, faktem jest, że stanowisko jej reprezentanta w sprawie ustawy frankowej pokrywa się z linią narracji bankowej, a nie konsumenckiej. Nasuwa się pytanie: czy Forum Konsumentów rzeczywiście reprezentuje interesy przeciętnego Kowalskiego zmagającego się z nieuczciwym kredytem, czy może raczej aspiruje do roli „rozsądnego” mediatora, którego przekaz dziwnie często pokrywa się z argumentami dużych instytucji? Tak czy inaczej, w przestrzeni publicznej tytuł „członka zarządu Fundacji Forum Konsumentów” stawia autora w roli eksperta od praw konsumenckich. Czytając jego artykuł, nieświadomy odbiorca może więc odnieść wrażenie, że oto niezależny obrońca klientów stwierdza autorytatywnie: nowa ustawa nie stanowi zagrożenia, problem wymyślili prawnicy-żądni zysku. Taki efekt mógłby być bezcenny dla lobby bankowego – i zapewne na to liczono.
Prawo powinno służyć obywatelom, nie bankom – apel o czujność i obronę interesu publicznego
Z powyższej analizy wyłania się jednoznaczny obraz: trwa walka o kształt prawa dotyczącego kredytów frankowych, a stawką są miliardy złotych i los setek tysięcy rodzin. Sektor bankowy – wykorzystując media i przychylnych sobie komentatorów – próbuje wpłynąć na decyzje polityczne, by zminimalizować swoje straty kosztem konsumentów. Robi to metodami wyrafinowanymi: ubierając własne postulaty w szaty „rozsądnej reformy” i strasząc, że bez ustępstw na rzecz banków zapanuje chaos, który uderzy we wszystkich. Przekaz ten jest podszyty manipulacją: z ofiar (kredytobiorców) czyni się uprzywilejowanych roszczeniowców, z odpowiedzialnych za problem (banków) – troskliwych strażników stabilności, a z obrońców słabszych (prawników konsumenckich) – cynicznych graczy patrzących tylko na zysk. Nie dajmy się zwieść takiej propagandzie.
Politycy wszystkich opcji powinni zachować daleko idącą czujność. Ustawy wymagające specjalnej troski (takie jak specustawa frankowa) muszą być procedowane transparentnie, z uwzględnieniem głosu prawdziwych ekspertów niezależnych od finansowych korporacji oraz – przede wszystkim – z poszanowaniem praw obywateli. Nie wolno pisać prawa „pod lobby”, nawet jeśli jest ono najbardziej wpływowe w kraju. Przez lata to konsumenci byli stroną słabszą i poszkodowaną: oferowano im wadliwe produkty finansowe, a gdy dochodzili sprawiedliwości, napotykali mur w postaci potężnych kancelarii bankowych i przewlekłości postępowań. Teraz, gdy sprawiedliwość w końcu zaczęła ich dosięgać (wyroki sądów masowo unieważniające takie umowy), banki próbują zmienić reguły gry. Nie pozwólmy, by po licznych wygranych bitwach obywateli z nieuczciwymi umowami, w zaciszu gabinetów przegrać wojnę o uczciwe prawo.





