Godzina zero: jak w kilka godzin zbudowano narrację o wyroku
Zacznijmy od tego, co Trybunał faktycznie powiedział, bo bez tego nie da się zmierzyć skali przekłamania. Sentencja wyroku w sprawach C-261/25 (Ścierbek) i C-262/25 (Drózdzik) jest sformułowana permisywnie: prawo unijne „nie stoi na przeszkodzie” wykładni, według której przedawnienie roszczenia banku o zwrot kapitału biegnie od dnia, w którym konsument po raz pierwszy zakwestionował wobec banku wiążący charakter warunków umowy i samej umowy. Trybunał nie nakazał niczego — potwierdził, że polska koncepcja, znana już z uchwały Izby Cywilnej SN III CZP 25/22, mieści się w ramach dyrektywy 93/13.
Przy okazji Trybunał przypomniał dwie rzeczy, które dla banków są znacznie mniej wygodne. Po pierwsze: po upadku umowy bankowi przysługuje wyłącznie zwrot kapitału z ustawowymi odsetkami za opóźnienie — bez wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, bez waloryzacji, bez marży. Po drugie: skoro termin biegnie od zakwestionowania umowy, to roszczenia banków, które po otrzymaniu reklamacji czekały latami, mogą być przedawnione. W samej sprawie C-261/25 bank pozwał kredytobiorców ponad trzy lata po reklamacji z 2019 r. — i właśnie dlatego sprawa w ogóle trafiła do Luksemburga.
A teraz komunikat sektora. ZBP zatytułował swój komentarz „Koniec snu o darmowych mieszkaniach. TSUE po raz kolejny to potwierdza”, a prezes Związku dr Tadeusz Białek przekonywał w depeszy PAP Biznes, że Trybunał kolejny raz odrzucił „mechanizm darmowych mieszkań”. Ten przekaz w ciągu popołudnia powieliły serwisy ekonomiczne, a jeden z ogólnopolskich portali prawnych zatytułował swoją relację po prostu: frankowicze nie dostaną darmowych mieszkań. Rama narracyjna została domknięta, zanim większość prawników zdążyła przeczytać uzasadnienie.
Anatomia manipulacji: cztery zabiegi, które warto umieć rozpoznać
Nie każdy korzystny dla siebie komentarz jest manipulacją — bank ma prawo cieszyć się z wyroku, który porządkuje jego sytuację. Manipulacja zaczyna się tam, gdzie przekaz systematycznie zniekształca treść orzeczenia. W komunikacji sektora po 2 lipca da się wskazać cztery takie zabiegi.
Zabieg pierwszy: chochoł „darmowego mieszkania”
To klasyczny strawman — najpierw konstruuje się absurdalne żądanie, którego nikt nie formułuje, a potem ogłasza jego pogrzeb. Frankowicze nie domagali się w Luksemburgu „darmowych mieszkań”. Domagali się odpowiedzi na pytanie, czy bank, który przez lata ignorował reklamację, może pozwać ich bez żadnego limitu czasowego. Celnie wypunktował to jeszcze tego samego dnia radca prawny Radosław Górski, którego kancelaria prowadzi setki spraw frankowych: przecież każdy kredytobiorca, który doprowadza do unieważnienia umowy, uzyskuje w istocie mieszkanie bez kosztu kredytu — oddaje bankowi wyłącznie tyle, ile pożyczył. W tym sensie „darmowe mieszkania” — sfinansowane bez odsetek, marży i prowizji — uzyskują setki tysięcy frankowiczów, i to z powodu bezprawnych klauzul stosowanych przez same banki. Nagłówek ZBP, jak ujął to Górski, brzmi bardziej jak komunikat PR niż rzetelna informacja prawna. Trudno o trafniejszą diagnozę.
Zabieg drugi: przemilczenie, że przedawnienie banku jest realne
Z komunikatów sektora można odnieść wrażenie, że po wyroku banki „automatycznie” odzyskują kapitał w każdej sprawie. To nieprawda — i to nieprawda weryfikowalna. Sądy już dziś oddalają powództwa banków z powodu przedawnienia: kancelaria Górskiego informuje o dwóch prawomocnych wyrokach stwierdzających przedawnienie roszczeń banku, w tym jednym ostatecznym. W dniu ogłoszenia wyroku TSUE zapadło zresztą kolejne rozstrzygnięcie tego typu — w sprawie, w której konsumenci zakwestionowali umowę, przystępując do pozwu zbiorowego w 2015 r., a bank pozwał ich dopiero w 2022 r. Wyrok z 2 lipca tę ścieżkę nie tyle zamyka, ile precyzyjnie wyznacza: trzy lata od pierwszego zakwestionowania, z regułą końca roku kalendarzowego. Banki, które ten termin przespały — a takich spraw są tysiące — mają problem, o którym ich komunikaty milczą.
Zabieg trzeci: fałszywa symetria „wyroku korzystnego dla banków”
Owszem, w wąskiej kwestii początku biegu przedawnienia Trybunał odrzucił najkorzystniejszą dla konsumentów koncepcję (liczenie od wypłaty kredytu). Ale ten sam wyrok po raz kolejny betonuje fundamenty, które banki przez lata próbowały podważyć: nieważność umowy z klauzulami abuzywnymi, zwrot wzajemnych świadczeń, ograniczenie roszczeń banku do gołego kapitału z odsetkami za opóźnienie. Jeszcze trzy lata temu sektor walczył przed TSUE o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału — i przegrał z hukiem. Dziś ogłasza triumf, bo Trybunał potwierdził, że bank w ogóle może odzyskać to, co pożyczył, jeśli zmieści się w terminie. To miara tego, jak bardzo skurczyło się pole bankowych roszczeń — a nie dowód ich zwycięstwa.
Zabieg czwarty: „przewidujemy wzrost zainteresowania ugodami”
Ta fraza wraca w komunikatach sektora po każdym orzeczeniu — niezależnie od jego treści. I ona zdradza właściwy cel całej operacji. Narracja o wyroku nie jest adresowana do prawników, którzy przeczytają uzasadnienie, tylko do dwóch grup laików: kredytobiorców wahających się, czy iść do sądu, oraz tych, którzy proces już wygrali w pierwszej instancji i zastanawiają się nad ugodą na etapie apelacji. Jeśli uda się ich przekonać, że „TSUE stanął po stronie banków”, część odpuści — a każda odpuszczona sprawa to dla banku różnica między ugodą wartą ułamek roszczenia a przegranym procesem z odsetkami.
Nowość 2026 roku: kontrnarracja działa w czasie rzeczywistym
Jest jednak coś, co odróżnia 2 lipca 2026 r. od podobnych dni sprzed kilku lat — i co powinno niepokoić sektor bardziej niż sam wyrok. Dekadę temu ZBP miał faktyczny monopol na ramowanie orzeczeń: komunikat trafiał do agencji, agencja do redakcji, a kredytobiorca zostawał z nagłówkiem. Dziś ten łańcuch pęka w ciągu godzin. Jeszcze tego samego dnia oddolne inicjatywy konsumenckie — jak profil „Społeczny nadzór bankowy” — rozłożyły komunikat Związku na czynniki pierwsze, punktując grafikami i wpisami to samo, co widać w sentencji: że Trybunał nie stworzył bankom żadnych nowych praw, nie wydłużył im terminów przedawnienia i nie przyznał immunitetu chroniącego przed zarzutem spóźnienia. Potwierdził jedynie, że bank może dochodzić kapitału na zasadach obowiązujących każdego przedsiębiorcę. Uczciwie trzeba dodać, że i ta kontrnarracja bywa równie emocjonalna co bankowa propaganda — ale sam fakt, że każdy komunikat ZBP jest dziś fact-checkowany publicznie w czasie rzeczywistym, zmienia reguły gry: koszt manipulacji rośnie, bo manipulacja zostaje nazwana, zanim zdąży się utrwalić.
Dlaczego banki to robią? Bo stawką są miliardy, nie zasady
Nie trzeba teorii spiskowych — wystarczą raporty kwartalne. Sam mBank poinformował, że koszty ryzyka prawnego kredytów walutowych ujęte w drugim kwartale 2026 r. wyniosą 115,5 mln zł, a Erste Bank Polska oszacował wpływ ryzyka prawnego portfela walutowego na wynik drugiego kwartału na 438,4 mln zł. To pojedyncze banki i pojedynczy kwartał — po kilkunastu latach sporu i dziesiątkach miliardów złotych rezerw zawiązanych przez cały sektor. Każdy punkt procentowy kredytobiorców, których uda się zniechęcić do pozwu lub skłonić do taniej ugody, przekłada się wprost na rachunek wyników.
Jest i drugi adresat tej komunikacji, o którym mówi się rzadziej: sądy. Sędziowie nie orzekają w próżni — czytają te same nagłówki co wszyscy. Konsekwentne powtarzanie, że TSUE „ogranicza szanse konsumentów”, że ochrona „nie może prowadzić do bezpodstawnego wzbogacenia”, że „pewne są tylko ugody”, buduje klimat, w którym wyjątek — jak klauzula słuszności z art. 117¹ k.c. ratująca spóźnione roszczenia banków — łatwiej uczynić regułą. W ocenie redakcji to właśnie ten drugi front jest dziś dla sektora ważniejszy niż opinia publiczna.
Sędzia Walczewski kontra TSUE: dziewięć lat tej samej tezy
I tu dochodzimy do najbardziej niewygodnego wątku dzisiejszego dnia. W komentarzach zebranych przez „Rzeczpospolitą” po ogłoszeniu wyroku, obok zadowolonego prezesa ZBP, wypowiedział się sędzia Henryk Walczewski z XXVIII Wydziału Cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie — tzw. wydziału frankowego, czyli sądu, który rozpoznaje największą liczbę tych spraw w Polsce.
Sędzia ocenił wyrok sceptycznie — ale nie z pozycji konsumenckich. Jego zdaniem przedawnienie reguluje prawo krajowe, a nie unijne, i to wyrok sądu — nie oświadczenie konsumenta — ma charakter prawnokształtujący. Puentując, stwierdził, że zamiast przywracać równowagę praw i obowiązków stron, by umowę kontynuować na zasadach uczciwości, sądy mają stwierdzać nieważność kredytów, a rozliczenie można blokować przedawnieniem. Innymi słowy: sędzia frankowy w dniu wyroku TSUE publicznie zakwestionował nie szczegół, lecz samą oś orzeczenia — i całą architekturę ochrony konsumenckiej, na której opiera się kilkaset tysięcy polskich spraw.
Ta konsekwencja ma swoje przełożenie na salę rozpraw. Z monitoringu prowadzonego przez kancelarie frankowe wynika, że sędzia Walczewski w ostatnich latach wielokrotnie oddalał powództwa kredytobiorców, uznając — wbrew dominującej linii — że bezskuteczność klauzuli przeliczeniowej nie przeszkadza w dalszym wykonywaniu umowy; takie wyroki zapadły m.in. w sprawach XXVIII C 7967/22 czy XXVIII C 20377/22 i są zaskarżane apelacjami. Statystyki wydziału za 2024 r. pokazują z kolei charakterystyczną dysproporcję: 164 sprawy skierowane do mediacji przy 53 wydanych wyrokach. A w jednym z uzasadnień — jak opisywaliśmy na chf24.pl — sędzia wprost zarzucił powodom, że „chcieli nabyć nieruchomość za darmo”. Brzmi znajomo? To niemal dokładnie fraza z dzisiejszego nagłówka ZBP.
Dlaczego sędzia tak się zachowuje — i co wolno o tym uczciwie powiedzieć
Tu potrzebna jest precyzja, bo od oskarżeń łatwiejszych niż dowody roi się w komentarzach. Nie ma żadnych ustaleń wskazujących na powiązania sędziego z sektorem bankowym i niczego takiego nie sugerujemy. Wszystko, co wiemy, wskazuje na coś innego — i w pewnym sensie ciekawszego: sędzia Walczewski od lat szczerze i publicznie uważa, że polskie orzecznictwo wypaczyło sens dyrektywy 93/13. W jego wizji celem dyrektywy jest przywrócenie równowagi kontraktowej i „uczciwe przeliczenie” umowy, która powinna dalej obowiązywać — a nie jej unieważnianie. Warto odnotować, że w 2022 r., na początku pracy w wydziale frankowym, sam wydawał wyroki ustalające nieważność umów Millennium czy mBanku. Późniejsza ewolucja jego orzecznictwa i publicystyki szła już konsekwentnie w jedną stronę.
Problem polega na tym, że ten spór doktrynalny został rozstrzygnięty — wielokrotnie i jednoznacznie. TSUE w sprawie Dziubak, potem w C-520/21, wreszcie w tegorocznej serii wyroków zamknął drogę do „ratowania” umów wbrew woli konsumenta i do przyznawania bankom czegokolwiek ponad kapitał z odsetkami za opóźnienie. Sędzia ma pełne prawo do poglądów naukowych i do ich publikowania — niezawisłość działa w obie strony. Ale w ocenie redakcji trzy rzeczy naraz: regularne medialne kwestionowanie linii TSUE, orzekanie w kontrze do niej w realnych sprawach konsumentów oraz retoryka zbieżna z komunikatami ZBP aż do poziomu pojedynczych fraz — tworzą problem, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Nie jest to problem korupcji. Jest to problem wizerunku bezstronności, który w państwie prawa jest wartością samą w sobie: kredytobiorca losowo przydzielony do tego referatu ma prawo zapytać, czy jego sprawę osądzi prawo, czy przekonania sędziego. A koszt tych przekonań — lata procesu, apelacja, niepewność — ponosi nie sędzia, lecz konsument.
Wnioski: kto czyta nagłówki, przegrywa. Kto czyta wyroki — nie
Po 2 lipca warto zapamiętać trzy rzeczy. Po pierwsze, wyrok TSUE jest orzeczeniem porządkującym, nie przełomowym: potwierdza regułę znaną z uchwały III CZP 25/22 i pozostawia konsumentom wszystko, co wywalczyli — nieważność, zwrot rat, brak wynagrodzenia za kapitał, a tam, gdzie bank zaspał, także zarzut przedawnienia. Po drugie, narracja o „końcu darmowych mieszkań” jest konstrukcją marketingową, której funkcją jest zniechęcanie do pozwów i dociskanie ugód — i należy ją czytać dokładnie tak, jak czyta się reklamę: Trybunał nie dał bankom nowych praw, nie wydłużył terminów i nie zniósł przedawnienia, a wszystko inne to interpretacyjna nadbudowa działów komunikacji. Po trzecie, przypadek sędziego Walczewskiego pokazuje, że bankowa rama narracyjna nie zatrzymuje się na drzwiach sądu — i to jest zjawisko, któremu warto patrzeć na ręce uważniej niż komunikatom prasowym ZBP.
Bo ostatecznie o wyniku spraw frankowych nie zdecydują nagłówki. Zdecydują daty na reklamacjach, treść pierwszych pism i to, czy polskie sądy będą stosować wyroki TSUE, czy z nimi polemizować. Trybunał swoją część pracy wykonał — po raz kolejny. Pytanie na najbliższe miesiące brzmi: ile jeszcze wyroków z Luksemburga potrzeba, żeby przestano je w Polsce ogłaszać na nowo — za każdym razem z tym samym, bankowym tytułem.





