W jakiej sytuacji racjonalnie zarządzana instytucja finansowa dobrowolnie płaci przeciwnikowi, którego właśnie pozwała — albo uznaje w całości roszczenie, z którym walczyła od lat? Odpowiedź brzmi: wtedy, gdy przegrana w jednej sprawie jest tańsza niż wyrok, który rozstrzygnąłby dziesiątki tysięcy podobnych. Dokładnie taki rachunek stoi za serią zagadkowych umorzeń przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w sprawach o sankcję kredytu darmowego. Trzy sygnatury — C-71/24, C-180/24 i C-566/24 — trzy postępowania zakończone bez wyroku. Media relacjonują je nagłówkiem „TSUE umorzył sprawę o SKD”, z którego przeciętny czytelnik wyciąga wniosek: banki wygrały. Rzeczywistość jest dokładnie odwrotna — i znacznie ciekawsza.
„TSUE umorzył sprawę o SKD” — najbardziej mylący nagłówek w polskim prawie konsumenckim
Żeby zrozumieć, co naprawdę dzieje się w Luksemburgu, trzeba zacząć od mechaniki. Pytanie prejudycjalne to instytucja z art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu UE: polski sąd, który ma wątpliwość co do wykładni prawa unijnego, pyta Trybunał, a odpowiedź wiąże nie tylko jego — w praktyce wyznacza kierunek dla wszystkich sądów w Unii rozpoznających analogiczne sprawy. Jeden wyrok TSUE potrafi więc przesądzić o wyniku dziesiątek tysięcy postępowań naraz. To właśnie dlatego jest tak cenny dla konsumentów — i tak groźny dla sektora.
Ale konstrukcja ma słaby punkt: Trybunał odpowiada tylko dopóty, dopóki istnieje realny spór krajowy. Jeżeli sprawa przed polskim sądem gaśnie — bo powód cofnął pozew, bo pozwany uznał żądanie w całości — pytanie traci rację bytu i TSUE wykreśla je z rejestru. Formalnie nazywa się to umorzeniem. I tu rodzi się przekłamanie: umorzenie nie oznacza, że ktokolwiek wygrał przed Trybunałem. Oznacza, że Trybunał w ogóle się nie wypowiedział. Co więcej, w sprawie krajowej rezultat jest zwykle odwrotny do sugerowanego nagłówkami: skoro bank zrzekł się roszczenia albo uznał powództwo, to konkretny konsument właśnie dostał wszystko, czego się domagał. Przegrał kto inny — rynek, który został bez precedensu.
Trzy sygnatury, jeden scenariusz: sprawy o sankcję kredytu darmowego gasną tuż przed wyrokiem
Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy schemat powtórzył się co najmniej trzykrotnie — za każdym razem w sprawach dotykających fundamentów sankcji kredytu darmowego z art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim.
Przebieg dwóch pierwszych postępowań — C-71/24 i C-180/24 — opisał publicznie radca prawny Robert Dudkowiak, który w obu reprezentował kredytobiorców; jego relacja jest w tym zakresie źródłem podstawowym, co uczciwie odnotowujemy. Pytania polskich sądów dotyczyły spraw kluczowych dla całego rynku: proporcjonalności sankcji z art. 45 u.k.k. przy naruszeniu obowiązków informacyjnych z dyrektywy 2008/48/WE oraz praktyki kredytowania kosztów — czyli doliczania prowizji i składek ubezpieczeniowych do kapitału, od którego bank nalicza potem odsetki. W obu przypadkach, gdy postępowanie przed TSUE weszło w fazę zaawansowaną, bank cofnął pozew w sprawie krajowej ze zrzeczeniem się roszczenia. To czynność nieodwracalna: powód definitywnie rezygnuje z dochodzenia pieniędzy, często ponosząc przy tym koszty procesu. Konsument wygrywa. Pytanie prejudycjalne umiera.
C-566/24: bank uznaje roszczenie o 11 tysięcy złotych. Sąd protestuje. TSUE umarza
Trzeci przypadek jest najlepiej udokumentowany — i najbardziej pouczający. Sprawa, która trafiła do Luksemburga jako C-566/24, zaczęła się od umowy kredytu konsumenckiego z 2021 r., w której odsetki naliczono nie tylko od kwoty wypłaconej kredytobiorcy, ale od podstawy powiększonej o prowizję. Konsument powołał się na sankcję kredytu darmowego, po czym scedował roszczenie na spółkę skupującą wierzytelności, a ta pozwała Santander Bank Polska o około 11 tys. zł. Sprawa drobna — do momentu, gdy łódzki sąd zadał w niej aż siedem pytań prejudycjalnych, w tym dwa o znaczeniu systemowym: o odsetki od skredytowanych kosztów oraz o to, jak liczyć roczny termin na złożenie oświadczenia o SKD z art. 45 ust. 5 u.k.k. — od wypłaty kredytu, jak chcą banki, czy od wykonania umowy przez obie strony, jak argumentują pełnomocnicy konsumentów. Rzecznik Finansowy wskazywał w grudniu 2025 r., że odpowiedź w tej właśnie sprawie mogłaby rozstrzygnąć większość dylematów całego nurtu SKD.
I wtedy bank — pozwany, nie powód — uznał powództwo w całości. Dalej wydarzyło się coś bez precedensu: polski sąd nie zamierzał grać w tę grę. Powołał się na art. 213 § 2 kodeksu postępowania cywilnego, który pozwala nie uwzględnić uznania powództwa, gdy zmierza ono do obejścia prawa, i zakomunikował Trybunałowi wprost, że ma uzasadnione wątpliwości, czy uznanie nie jest właśnie próbą zapobiegnięcia odpowiedzi na pytania prejudycjalne. Mimo to TSUE postanowieniem z 5 marca 2026 r. postępowanie umorzył, uznając, że sąd odsyłający nie wykazał konkretnie, na czym obejście prawa miałoby polegać. Część prawników oceniła to rozstrzygnięcie ostro — jako sprzeczne z wcześniejszą linią samego Trybunału, wedle której to sąd krajowy jest dysponentem pytania i oceny jego przydatności — i zapowiedziała formalne kroki zmierzające do podjęcia umorzonego postępowania. Ta sprawa może więc mieć jeszcze ciąg dalszy.
Rachunek banku: dlaczego opłaca się przegrać za 11 tysięcy
Zestawienie tych trzech spraw ujawnia logikę, która z perspektywy pojedynczej instytucji jest bezbłędna. Po jednej stronie równania: kilkanaście tysięcy złotych roszczenia, koszty procesu, honorarium pełnomocników. Po drugiej: ryzyko, że Trybunał przesądzi — ze skutkiem dla wszystkich sądów w Unii — że odsetki od skredytowanej prowizji naruszają dyrektywę, a roczny termin z art. 45 ust. 5 u.k.k. biegnie dopiero od pełnego wykonania umowy. Sam drugi punkt otworzyłby drogę do sankcji setkom tysięcy kredytobiorców, którym banki dziś odmawiają, twierdząc, że rok minął już dawno, bo liczy się od wypłaty. Przy takiej asymetrii stawek dopłacenie do przegranej jest nie aktem desperacji, lecz chłodną kalkulacją: bank kupuje ciszę orzeczniczą za ułamek promila potencjalnej ekspozycji.
Znamienny jest też moment. Żadna z tych spraw nie zgasła na starcie — wszystkie w fazie, gdy wyrok stawał się kwestią miesięcy. To przeczy tezie o przypadkowej zbieżności: gdyby chodziło o zwykłą weryfikację opłacalności sporu, banki rezygnowałyby wcześniej i taniej. Rezygnują wtedy, gdy ryzyko precedensu materializuje się na horyzoncie. W ocenie redakcji trudno o czytelniejszy sygnał, jak sam sektor ocenia szanse obrony swoich praktyk przed Trybunałem — kto wierzy we własne argumenty, ten walczy o wyrok, który zamknąłby usta drugiej stronie w tysiącach spraw naraz.
Uczciwie o granicach tej tezy — i o tamie, która przecieka
Dla porządku trzeba powiedzieć trzy rzeczy, których zabrakło w części komentarzy. Po pierwsze, cofnięcie pozwu i uznanie powództwa to legalne czynności dyspozycyjne — żaden przepis nie zakazuje stronie rezygnacji z procesu, a pojedyncze wycofanie może mieć prozaiczne przyczyny biznesowe. Dopiero powtarzalność schematu, jego moment i przedmiot pytań składają się na wzór, który wolno nazwać strategią. Po drugie, źródłem wiedzy o dwóch z trzech spraw jest pełnomocnik konsumentów, a więc uczestnik sporu z własnym interesem procesowym i wizerunkowym — dlatego kotwicą tej analizy czynimy sprawę C-566/24, udokumentowaną w postanowieniu samego TSUE i niezależnych relacjach prasowych. Po trzecie wreszcie – i to banki powinno martwić najbardziej taktyka wygaszania przestała być szczelna.
Dowód zapadł 23 kwietnia 2026 r. W sprawie C-744/24, dotyczącej tego samego problemu skredytowanych kosztów, do wyroku jednak doszło — sąd krajowy i konsument okazali się konsekwentni — i Trybunał orzekł, że stopa oprocentowania może być stosowana wyłącznie do kwoty faktycznie udostępnionej kredytobiorcy, nie zaś do prowizji czy składki ubezpieczeniowej wliczonej w podstawę. Pytanie, które „zniknęło” wraz z C-566/24, wróciło więc bocznymi drzwiami — i to w wersji dla sektora dotkliwszej, bo już rozstrzygniętej. A niedomknięty wątek rocznego terminu z art. 45 ust. 5 u.k.k. podniósł ponownie Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia, kierując w kwietniu kolejne pytania prejudycjalne (postanowienie z 24 kwietnia 2026 r., VI C 829/25/S), w tym niemal dosłowne powtórzenie pytania szóstego z umorzonej sprawy łódzkiej. Mechanika jest nieubłagana: pytań przybywa szybciej, niż da się wygaszać spraw, a każde umorzenie podnosi czujność kolejnych sądów — łódzki opór z art. 213 § 2 k.p.c. był pierwszym sygnałem, że sędziowie zaczynają traktować nagłe kapitulacje banków jako element gry, nie jako koniec sporu.
Kto płaci rachunek za ciszę orzeczniczą
Koszt tej strategii nie znika – zostaje przeniesiony. Płacą go przede wszystkim konsumenci jako zbiorowość: bez precedensów TSUE polskie sądy rozstrzygają sprawy o sankcję kredytu darmowego przy głębokiej rozbieżności poglądów, więc ta sama umowa potrafi wygrać w jednym wydziale i przegrać w sąsiednim. Płacą sądy, skazane na loterię interpretacyjną i zalew pytań prejudycjalnych, które w normalnych warunkach byłyby zbędne. Płaci wreszcie system: Rzecznik Finansowy musiał sięgnąć po oświadczenie ogólne z art. 63 k.p.c. – instrument z natury pomocniczy – bo zabrakło wyroku, który wykonałby tę pracę systemowo. I jest w tym gorzka ironia, że lukę po niedoszłych precedensach częściowo łata dziś ustawodawca: trwające prace nad nową ustawą o kredycie konsumenckim, implementującą dyrektywę CCD2, przejmują ciężar rozstrzygnięcia sporów, które sektor skutecznie wypchnął z Luksemburga. Pytanie, czy przejmą go w kształcie dla banków łaskawszym, pozostaje otwarte — dotychczasowy kierunek orzeczniczy TSUE, od wyroku C-472/23 wymagającego sankcji skutecznych i odstraszających po kwietniowy C-744/24, sugeruje raczej coś przeciwnego.
Wnioski: cisza kupiona na raty
Z trzech umorzonych spraw płynie lekcja ważniejsza niż niejeden wyrok. Po pierwsze, nagłówek „TSUE umorzył sprawę o SKD” należy czytać odwrotnie, niż podpowiada intuicja: w tle niemal na pewno stoi bank, który wolał zapłacić konsumentowi, niż usłyszeć odpowiedź Trybunału. Po drugie, dla kredytobiorców z umowami kredytu konsumenckiego — gotówkowymi, ratalnymi, konsolidacyjnymi — wycofywanie się sektora z Luksemburga jest paradoksalnie mocniejszą wskazówką co do jakości ich roszczeń niż niejedna wygrana w pojedynczej sprawie. Po trzecie, strategia ma krótkie nogi: C-744/24 pokazał, że wystarczy jeden konsekwentny sąd i jeden nieustępliwy konsument, by tama puściła, a Kraków już ustawił w kolejce pytanie o roczny termin, którego sektor obawia się najbardziej.
Cisza orzecznicza okazała się towarem kupowanym na raty — a raty rosną. Każde kolejne umorzenie kosztuje więcej: nie tylko pieniądze oddane w konkretnej sprawie, ale i rosnącą nieufność sądów, które nauczyły się rozpoznawać ten manewr. Prawdziwe pytanie na najbliższe miesiące nie brzmi już, czy Trybunał rozstrzygnie spór o roczny termin z art. 45 ust. 5 u.k.k. — brzmi: ile jeszcze spraw sektor zdąży wykupić, zanim to nastąpi. I czy ktoś w bankowych centralach policzył, że gdy wyrok w końcu zapadnie, wszystkie te zapłacone po drodze „ciche” przegrane okażą się jedynie zaliczką.





