Prezes UOKiK Tomasz Chróstny ogłosił, że należy rozważyć wprowadzenie podatku od nadzwyczajnych zysków banków – i to wcale nie z pobudek populistycznych, lecz by poprawić sytuację społeczną. Sektor bankowy w Polsce osiąga rekordowe zyski dzięki wysokim stopom procentowym i inflacji, podczas gdy kredytobiorcy ledwo dźwigają ciężar rosnących rat. Nie powinno więc dziwić pytanie: czy banki, korzystające na obecnej sytuacji, nie powinny podzielić się nadzwyczajnymi profitami z resztą społeczeństwa? Biznesowa logika i przykłady z zagranicy podpowiadają, że odpowiedź brzmi: tak – a argumenty bankowców o „populizmie” nie wytrzymują konfrontacji z faktami.
Rekordowe zyski banków a ciężar dla klientów
Polskie banki notują bezprecedensowe wyniki finansowe, sięgając ok. 42 mld zł zysku netto w 2024 roku. To historyczny rekord, napędzany polityką wysokich stóp procentowych – które windują raty kredytów, ale jednocześnie dają bankom ogromne przychody odsetkowe. Co istotne, banki nie podniosły oprocentowania depozytów w porównywalnej skali, zwiększając swoją marżę odsetkową kosztem klientów. Średnie oprocentowanie lokat osób fizycznych wynosiło ok. 4%, podczas gdy kredyty hipoteczne udzielano na ponad 7%. Innymi słowy, Polacy płacą dziś jedne z najwyższych odsetek od kredytów w Europie, a banki „spijają śmietankę” – jak to ujął prezes UOKiK – osiągając jedne z najwyższych marż w regionie.
Taka dysproporcja oznacza, że zwykli kredytobiorcy finansują ponadnormatywne zyski sektora bankowego, często kosztem własnego bezpieczeństwa finansowego. Chróstny podkreśla, że nadszedł czas, by przynajmniej część tych nadmiarowych zysków przeznaczyć na korzyść społeczeństwa. Podatek od zysków nadzwyczajnych mógłby złagodzić skutki wysokich rat kredytowych dla tysięcy rodzin i firm – czy to poprzez bezpośrednie ulżenie najbardziej obciążonym kredytobiorcom, czy finansowanie programów wsparcia (np. tańsze budownictwo, dopłaty do mieszkań dla rodzin wielodzietnych, pomoc dla najuboższych). Takie rozwiązanie nie jest „karaniem” banków za sukces, lecz działaniem interwencyjnym w nadzwyczajnej sytuacji – podobnie jak rządowe tarcze dla firm w pandemii czy podatki od niespodziewanych zysków koncernów energetycznych podczas kryzysu energetycznego.
Co więcej, prezes UOKiK sugeruje, by banki same mogły zmniejszyć swój podatek poprzez prospołeczne działania – np. dobrowolnie obniżając niektóre prowizje i opłaty dla klientów (co obniżyłoby ich zysk, a tym samym podstawę opodatkowania). Innymi słowy, banki mogą wybierać: albo podzielić się zyskami z klientami poprzez lepsze oferty, albo odprowadzić część nadwyżki do budżetu państwa, skąd trafi ona na cele społeczne. Trudno o bardziej prospołeczne i racjonalne podejście do nadzwyczajnych dochodów sektora finansowego.
Banki protestują: „populizm” i inne zarzuty
Pomysł wprowadzenia podatku spotkał się jednak już wcześniej z ostrą krytyką ze strony bankowców. Przedstawiciele Związku Banków Polskich (ZBP) przekonują, że dodatkowy podatek to pomysł nietrafiony, wręcz „czysty populizm” – zarzut ten powtarzał ostatnio dr Tadeusz Białek, prezes ZBP. Sektor bankowy przedstawia szereg argumentów przeciw takiej daninie. Poniżej przyglądamy się najważniejszym z nich:
- Zarzut: „To populistyczny atak na banki”. Bankowcy twierdzą, że rząd i opinia publiczna traktują banki jak „chłopców do bicia”, a podatek od zysków jest motywowany politycznie, nie ekonomicznie. Określają go jako „czysty populizm”, sugerując, że to hasło pod publiczkę oderwane od realiów rynkowych.
- Zarzut: Banki już płacą ogromne podatki. ZBP podkreśla, że sektor bankowy należy do największych płatników danin publicznych. W 2023 r. co czwarta złotówka podatku CIT pochodziła z banków (13,5 mld zł), do tego doszedł istniejący podatek bankowy (ok. 6 mld zł) oraz 3,5 mld zł dywidend do budżetu państwa. Łącznie banki przekazały do budżetu 24,5 mld zł w 2023 roku, co według ZBP dowodzi, że żaden inny sektor nie wspiera fiskalnie państwa tak bardzo jak bankowość.
- Zarzut: Podatek zagraża finansowaniu gospodarki. Bankowcy ostrzegają, że dodatkowe obciążenia uszczuplą kapitały niezbędne do akcji kredytowej. Jak twierdzi prezes ZBP, „gospodarka bez banków nie może funkcjonować”, a nowy podatek ograniczy zdolność banków do udzielania kredytów firmom i gospodarstwom domowym. Przywołują wyliczenia, według których w latach 2016–2024 przez istniejący już podatek bankowy do gospodarki nie trafiło ok. 700 mld zł kredytów (czyli tyle rzekomo „utonęło” w podatku zamiast zostać pożyczone). Innymi słowy – według sektora – podatek oznacza mniej pieniędzy na kredyty, inwestycje i rozwój, co finalnie uderzy w cały mechanizm gospodarczy.
- Zarzut: Polska odstraszy inwestorów zagranicznych (scenariusz węgierski). ZBP straszy też, że Polska stałaby się nieatrakcyjna dla kapitału i zagranicznych instytucji finansowych. Przykładem mają być Węgry – jedyny kraj w UE, który nałożył zarówno stały podatek bankowy, jak i dodatkowy podatek od zysków banków. Tam, jak przypominają bankowcy, wiele zagranicznych banków wycofało się z rynku, zniechęconych nieprzewidywalną, „antybankową” polityką rządu. Nowe, nagłe obciążenia tworzą zdaniem krytyków atmosferę niepewności prawnej, co osłabia zaufanie inwestorów i może skutkować marginalizacją polskiego sektora bankowego.
- Zarzut: Podatek uderzy w akcjonariuszy (także państwo i oszczędzających). Banki akcentują, że nadzwyczajny podatek uszczupli ich zyski dostępne na dywidendy, czyli de facto uderzy też w akcjonariuszy – w tym Skarb Państwa oraz fundusze emerytalne. Przypominają, że z zysków za 2022 i 2023 znów wypłacają wysokie dywidendy (po zniesieniu wcześniejszych ograniczeń KNF), np. 21 mld zł z zysku za 2024 r. trafiło do akcjonariuszy, a drugie 21 mld zł zatrzymano w kapitałach własnych banków. Dodatkowy podatek – argumentuje ZBP – byłby jak cofnięcie zgody na te dywidendy i karą dla inwestorów, w tym państwa i OFE. Ponadto sektor przekonuje, że obecne zyski są przejściowe – aż 80% pochodzi z odsetek, które spadną wraz z obniżkami stóp procentowych. W ich opinii windfall tax teraz to krótkowzroczna decyzja, bo zyski i tak się unormują, a kapitał zatrzymany w bankach posłuży lepiej gospodarce niż jednorazowy wpływ do budżetu.
- Zarzut: Koszty poniosą klienci. Wreszcie, pada argument że banki i tak przerzucą koszt nowej daniny na klientów. Jeśli wzrosną obciążenia sektora, banki mogą zwiększyć marże, prowizje lub oprocentowanie kredytów – co finalnie oznacza droższe pożyczki i usługi dla konsumentów. Krytycy pytają retorycznie, jak rząd wyobraża sobie „obcinanie” bankom zysków przy równoczesnych oczekiwaniach, by więcej kredytowały gospodarkę – sugerując, że „zapłacą za to klienci” i ucierpi dostępność kredytu.
Jak widać, lista zastrzeżeń jest długa. Warto jednak zbadać, na ile są one zasadne. Czy rzeczywiście dodatkowy podatek oznacza kataklizm dla banków i gospodarki? Poniżej analizujemy kontrargumenty, które pokazują z innej perspektywy te same kwestie – i dowodzą, że stanowisko sektora jest co najmniej jednostronne.
Dlaczego podatek ma sens: obalanie argumentów banków
Po pierwsze – czy to na pewno „czysty populizm”?
Epitet ten ma zdyskredytować ideę podatku, sugerując, że chodzi tylko o polityczny zysk kosztem banków. W rzeczywistości propozycja opodatkowania nadzwyczajnych zysków wynika z obiektywnych okoliczności rynkowych.
W ciągu ostatnich dwóch lat banki zarabiają ogromne sumy nie dzięki innowacji czy zwiększeniu efektywności, ale głównie z powodu czynników makroekonomicznych: polityki antyinflacyjnej NBP (wysokie stopy) i wysokiej inflacji, które gwałtownie podniosły ich dochody odsetkowe kosztem kredytobiorców. Nawet konserwatywne rządy w Europie decydują się na interwencje w takich sytuacjach – przykładem jest choćby rząd Czech (centroprawicowy ODS premiera Fiali), który mimo wcześniejszego dogmatu niskich podatków wprowadził w 2023 r. 60% podatek od nadzwyczajnych zysków banków i firm energetycznych, nazywając go „podatkiem wojennym” o wyjątkowym charakterze.
To samo dotyczy Włoch, gdzie prawicowy rząd Giorgii Meloni zaproponował w 2023 r. jednorazową daninę od banków, a także Hiszpanii, która właśnie przedłużyła swój podatek od nadzwyczajnych zysków banków na kolejne lata. Trudno więc uznać, że taki pomysł to wyłącznie domena „populistów” – sięgają po niego również politycy dalecy od populizmu, gdy sytuacja tego wymaga. To raczej pragmatyzm i dbałość o równowagę społeczną w obliczu wyjątkowej kumulacji zysków po jednej stronie i kosztów po drugiej.
Po drugie – fakt, że banki płacą podatki, nie oznacza, że nie stać ich na więcej w sytuacji nadzwyczajnej.
Dane przytaczane przez ZBP (13,5 mld CIT, 6 mld podatku bankowego itd.) są prawdziwe, ale co z nich wynika? Przede wszystkim to, że skoro sektor odprowadził aż 13,5 mld CIT, musiał wcześniej zarobić wielokrotność tej kwoty – bo CIT to zaledwie 19% podstawy opodatkowania. Rzeczywiście, 2023 przyniósł bankom prawie 42 mld zł czystego zysku nawet po zapłaceniu wszystkich podatków. Czy w tej sytuacji oddanie części nadmiaru (ponad normalną, historyczną rentowność) rzeczywiście „zdusi” sektor? Dotychczasowe obciążenia nie przeszkodziły rekordowym wynikom – przeciwnie, banki po ich poniesieniu wciąż mają miliony na sowite dywidendy i dalsze inwestycje. Argument, że „żadna inna branża tyle nie płaci”, świadczy po prostu o tym, iż żadna inna branża nie zarabia obecnie tak dużo co bankowość, a nie o dyskryminacji sektora. Innymi słowy: państwo obciąża banki mocniej, bo one jako jedyne generują tak wysokie zyski, nawet uwzględniając istniejący podatek bankowy.
Co więcej, już od 2016 r. w Polsce funkcjonuje stały podatek bankowy – i apokaliptyczne wizje sprzed jego wprowadzenia się nie spełniły. Sektor nie załamał się, konkurencja nie zniknęła, kredyty nadal były udzielane (ba, do 2021 rosły, póki nie zahamował je dopiero skok stóp procentowych i pandemiczne zawirowania). Banki znalazły sposób, by funkcjonować z tą daniną – rekord 2024 roku jest tego najlepszym dowodem. Nieprawdziwe jest więc przedstawianie kolejnego podatku (tym razem tymczasowego i nadzwyczajnego) jako niemal wyroku śmierci na system bankowy.
Po trzecie – czy rzeczywiście podatek uniemożliwi bankom finansowanie gospodarki?
To kluczowy argument banków, ale dowody na tak drastyczny efekt są co najmniej wątpliwe. Przywoływana kwota 700 mld zł „utraconych” kredytów z lat 2016–2024 to konstrukcja czysto teoretyczna. W tym okresie na akcję kredytową wpływało mnóstwo czynników: cykle koniunktury, poziom stóp (najpierw historycznie niskich, potem mocno rosnących), popyt na kredyt, sytuacja firm, pandemia, a nawet programy typu kredyty 2% dla młodych. Trudno przypisać brak udzielonych pożyczek wyłącznie podatkowi bankowemu, bo to upraszcza złożoną rzeczywistość. Co więcej, obecnie polskie banki mają nadpłynność – udzielone kredyty stanowią tylko ok. 60% wartości zgromadzonych depozytów. Innymi słowy, banki nie wykorzystują pełni swoich możliwości kredytowych, bo popyt jest ograniczony, a one same ostrożne. Potwierdzają to zresztą słowa dr. Białka: problemem nie są rzekomo niechętne kredytom banki, lecz brak chętnych i projekty inwestycyjne, które można finansować. Jeśli tak, to tym bardziej jednorazowy podatek od zysków nie musi uszczuplić akcji kredytowej – banki i tak nie mają komu pożyczać nadmiaru kapitału przy bieżącej sytuacji rynkowej.
Paradoksalnie, podatek może nawet pośrednio pomóc w finansowaniu gospodarki, jeśli zostanie mądrze zaprojektowany. Włosi zastosowali ciekawy mechanizm: bank może zostać zwolniony z podatku od nadzwyczajnych zysków, jeżeli przekaże równowartość 2,5-krotności kwoty podatku na wzmocnienie własnych rezerw kapitałowych. To sprytne rozwiązanie: bank ma wybór – albo zapłacić do budżetu, albo zatrzymać większy kapitał, który musi pozostać w banku na bezpieczeństwo i akcję kredytową (nie wolno mu go od razu wypłacić akcjonariuszom, bo w przeciwnym razie podatek wróci wraz z odsetkami). Dzięki temu albo społeczeństwo zyska bezpośrednio (wpływy budżetowe), albo banki same wzmocnią swoją zdolność kredytową. Podobny mechanizm można zastosować w Polsce. Skoro bankowcy utrzymują, że potrzebują kapitału na rozwój akcji kredytowej – niech zatrzymają więcej zysków w kapitale zamiast wypłacać w dywidendach. Tak czy inaczej, gospodarka zyskuje: albo przez zastrzyk środków publicznych na inwestycje, albo przez większe bufory finansowe banków.
Po czwarte – strach przed „scenariuszem węgierskim” jest mocno przesadzony.
Prawdą jest, że Węgry prowadziły od lat bardzo konfrontacyjną politykę wobec zagranicznych banków (i nie tylko banków). Jednak Polska to zupełnie inny rynek i inne standardy regulacyjne. Nasz system bankowy jest dobrze nadzorowany przez KNF, stabilny i – co kluczowe – Polska pozostaje znacznie większym i atrakcyjniejszym rynkiem niż Węgry. Wiele krajów UE wprowadziło w ostatnim czasie ekstra-podatki sektorowe (oprócz wspomnianych Czech, Hiszpanii czy Włoch także m.in. Litwa czy Estonia nakładały dodatkowe obciążenia na banki), jednak żaden poważny bank nie wycofał się z tych rynków w panice wyłącznie z tego powodu.
Owszem, instytucje finansowe zawsze będą narzekać na wyższe podatki – tak samo protestowały energetyczne koncerny przeciw podatkom od zysków w czasie boomu na surowce. Ale biznes kieruje się realnym zyskiem: dopóki prowadzenie działalności bankowej w Polsce przynosi solidne profity, nikt pochopnie stąd nie ucieknie. A te profity – jak widzimy – są znaczne i będą znaczne nawet po opodatkowaniu części nadwyżki.
Przytoczone przykłady Hiszpanii czy Włoch są pouczające: Hiszpania wydłużyła obowiązywanie podatku bankowego do 2026 r. i nawet go podniosła dla największych instytucji (stawki 1–7% zależnie od skali działalności), mimo ostrych protestów lokalnych banków. Sektor pozostał, choć oczywiście narzeka. We Włoszech z kolei rząd ustąpił nieco pod wpływem rynku – ale nie wycofał samej idei podatku, a tylko ją zracjonalizował (wspomniane opcje reinwestycji zamiast zapłaty).
Polska z pewnością może wyciągnąć wnioski z tych doświadczeń i zaprojektować podatek jednorazowy tak, by nie zachwiać zaufaniem – np. zapowiadając go z wyprzedzeniem, konsultując progi i stawki z ekspertami, wprowadzając go ustawowo jako jednorazowy (lub na 2–3 lata maksymalnie, z jasną klauzulą wygaśnięcia). To da rynkom sygnał przewidywalności. Bankowcy straszą „niepewnością prawną”, lecz prawdziwa niepewność to raczej niestabilna sytuacja społeczna, w której rośnie gniew na sektor finansowy. Podatek wprowadzony transparentnie i rozsądnie nie odstraszy inwestorów bardziej, niż zrobiłaby to groźba kryzysu zaufania społecznego do całego rynku.
Po piąte – klienci nie muszą ponosić ciężaru podatku, o ile zadbają o to regulatorzy i konkurencja.
Banki straszą, że „zapłacą klienci”, ale to nie jest automatyzm. Oczywiście, w warunkach wolnego rynku firmy próbują przerzucać koszty na konsumentów – ale sektor bankowy jest pod czujnym nadzorem i działa w warunkach konkurencji kilkunastu podmiotów. Jeżeli jeden bank znacząco podniesie prowizje czy marże, klienci mogą przenieść się do innego. Co więcej, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów na bieżąco monitoruje opłaty bankowe i reaguje na praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów. Nawet obecnie UOKiK prowadzi postępowania wyjaśniające w sprawie marż kredytowych – sygnalizując bankom, że nie ma zgody na dowolne windowanie kosztów dla klientów. Krótko mówiąc, argument „i tak zapłacicie wy” jest elementem taktyki negocjacyjnej banków, które chcą zniechęcić opinię publiczną do podatku. W praktyce, przy odpowiednich zabezpieczeniach, wpływ na klientów może być minimalizowany. Mało tego – jeżeli część wpływów z podatku zostanie przeznaczona na bezpośrednie ulgi dla kredytobiorców (np. dopłaty czy fundusz wsparcia), wielu klientów netto zyska na tej operacji. Banki obawiają się również, że podatek ograniczy ich zdolność do oferowania kredytów na preferencyjnych warunkach (np. w programach rządowych), ale – jak już wykazano – przy obecnej nadpłynności sektora to nie brak kapitału jest barierą, tylko brak popytu i warunków makroekonomicznych. Summa summarum, troska banków o klienta w tym kontekście jest nieprzekonująca. Konsumenci odczuli już skutki drogiego pieniądza w postaci wyższych rat; teraz pora, by choć część tej „rachunkowej nadwyżki” wróciła do nich lub do gospodarki, zamiast w całości zasilać konta akcjonariuszy.
Po szóste – nadzwyczajne zyski naprawdę są nadzwyczajne, a nie „zasłużone” wyrzeczeniami sektora.
Bankowcy argumentują, że bieżące rekordowe wyniki to niejako odrobienie strat z poprzednich lat chudych, gdy stopy były niskie, a sektor miał problemy (np. kredyty frankowe). Owszem, rok 2022 był dla wielu banków trudny ze względu na jednorazowe koszty wakacji kredytowych czy rezerw frankowych. Trzeba jednak pamiętać, że te straty były skutkiem decyzji i ryzyk podjętych przez same banki – np. problem tzw. frankowiczów, na który banki zaniedbały rozwiązania i który doprowadził do konieczności zawiązania aż ~87 mld zł rezerw na ryzyko prawne. Teraz, gdy ten problem jest w trakcie rozwiązywania (ugody, wyroki sądowe), zyski eksplodowały. Nie można więc mówić, że nowy podatek zabrałby bankom środki „należne się” im za chude lata – tamte lata były chude częściowo z winy sektora (zaniechania w sprawie kredytów CHF), a obecne tłuste lata zawdzięczają decyzjom publicznym (podwyżki stóp). Jeśli już, to społeczeństwo ma moralne prawo oczekiwać, że banki teraz wesprą rozwiązanie problemów, które same współtworzyły. Zresztą sam prezes UOKiK wskazał, że nadzwyczajne zyski banków powinny posłużyć m.in. na „uporządkowanie” kwestii kredytów frankowych – czyli np. pokrycie kosztów ugód z klientami lub przyspieszenie spłat. To konkretna bolączka sektora, której rozwiązanie wyjdzie wszystkim na dobre i zwiększy stabilność finansową.
Wnioski: społeczeństwo skorzysta, stabilność zostanie zachowana
Przeanalizowawszy zarówno argumenty bankowców, jak i twarde dane oraz doświadczenia innych krajów, trudno nie dojść do wniosku, że podatek od nadmiarowych zysków banków jest pomysłem słusznym i sprawiedliwym społecznie. Nie jest to ani kara, ani kaprys polityczny, lecz mechanizm nadzwyczajny na nadzwyczajny czas, gdy rynkowa nierównowaga przyniosła jednej grupie uczestników ogromne korzyści kosztem innej.
Społeczeństwo – klienci banków – ma prawo oczekiwać, że sektor podzieli się owocami koniunktury, zwłaszcza że w gorszych czasach to państwo i obywatele ratowali stabilność systemu finansowego. Przypomnijmy, że gwarancje depozytów, interwencje NBP czy nawet programy pomocowe (jak wakacje kredytowe) to wszystko narzędzia, które w ostatecznym rozrachunku mają chronić również banki przed załamaniem. Skoro teraz banki mają się świetnie, powinny odwdzięczyć się gospodarce.
Co istotne, żaden z argumentów wysuwanych przez sektor bankowy nie stanowi przeszkody nie do przezwyciężenia. Można zaprojektować podatek tak, by nie podkopać bazy kapitałowej banków (np. poprzez opcję zatrzymania zysków zamiast zapłaty podatku, jak we Włoszech), by ochronić mniejszych graczy (np. ustalając progi – tak zrobiono w Czechach, gdzie podatek objął tylko największe banki), a jednocześnie by fundusze z podatku faktycznie wsparły tych, którzy najbardziej ucierpieli na wzroście kosztu pieniądza. Takie warunkowe, rozsądne podejście sprawi, że czarne scenariusze malowane przez banki się nie ziszczą: kredyty nie znikną (banki wciąż będą mieć interes w ich udzielaniu i wystarczające środki), inwestorzy nie uciekną (Polska pozostanie dochodowym rynkiem o przewidywalnych ramach prawnych), a klienci nie zostaną „zbici z tropu” nowymi opłatami (konkurencja i nadzór im na to nie pozwolą).
Natomiast zyskać może bardzo wiele osób i sektorów. Dodatkowe miliardy złotych mogą zostać zainwestowane w programy mieszkaniowe, pomoc dla zadłużonych rodzin, rozwój infrastruktury czy choćby obniżenie deficytu finansów publicznych – co pośrednio służy nam wszystkim, również biznesowi. To realna korzyść społeczna, która przewyższa ewentualne krótkoterminowe uszczuplenie zysków banków.
W ostatecznym rozrachunku, podatek od bankowych nadzwyczajnych zysków to nie akt wrogości wobec sektora, lecz wyraz odpowiedzialności za całą gospodarkę. Banki pozostaną krwioobiegiem gospodarki – ale nawet krwioobieg może oddać krew na ratunek organizmowi, gdy ten jest w potrzebie. I ta oddana „krew” do niego wróci, bo silniejsi finansowo obywatele oraz stabilne finanse publiczne tworzą środowisko, w którym banki również mogą zdrowo funkcjonować. Zamiast więc odrzucać dyskusję epitetami o populizmie, warto, by sektor bankowy podjął merytoryczną współpracę nad kształtem tej daniny. Dobrze skonstruowany podatek od nadmiarowych zysków banków będzie dowodem, że polska gospodarka potrafi zachować balans między interesem sektora finansowego a interesem społecznym – i to w sposób przemyślany, a nie „populistyczny”.






