Jeśli przeczytasz głośną opinię prezesa Banku Pekao do samego końca, odkryjesz, że najmocniejszy apel nie dotyczy wcale pomysłu Mateusza Morawieckiego, od którego cały tekst się zaczyna. Dotyczy ciebie — kredytobiorcy, który poszedł albo dopiero pójdzie do sądu. I to jest najciekawszy moment w całej tej publikacji.
Cezary Stypułkowski, prezes Pekao i przewodniczący rady Związku Banków Polskich, opublikował w „Business Insiderze” rozbudowaną opinię wymierzoną w pomysł administracyjnego ograniczenia rentowności banków do 10 proc. zwrotu z kapitału (ROE). To poważny, miejscami trafny tekst eksperta. Jest w nim jednak także kilka chwytów, które warto rozłożyć na czynniki pierwsze — bo pod ekonomiczną narracją kryje się konkretny interes sektora, a w finale również wyraźny sygnał w sprawie frankowiczów i sankcji kredytu darmowego.
O co naprawdę toczy się gra
Punktem zapalnym jest telewizyjna propozycja byłego premiera: administracyjny sufit rentowności banków na poziomie 10 proc. ROE. Pomysł politycznie nośny — bo banki, po latach rekordów, są dziś wdzięcznym celem — i ekonomicznie surowy. Odpowiedź prezesa Pekao nie jest jednak neutralną analizą akademicką. To głos największego beneficjenta status quo: szefa jednego z czołowych banków i zarazem lidera bankowego lobby. Warto o tym pamiętać, czytając każdy kolejny argument.
I uczciwie: część tych argumentów jest mocna. Do nich wrócimy. Najpierw jednak trzy miejsca, w których narracja zaczyna „pracować” na z góry założoną tezę.
Chwyt pierwszy: średnia, która chowa rekord
Najczęściej powtarzana liczba w całym tekście to średnie ROE sektora w latach 2009–2025: 8,8 proc., które rzekomo tylko pięć razy przebiło 10 proc. Wniosek, który czytelnik ma sobie dopowiedzieć, brzmi: „limit 10 proc. i tak prawie nigdy by nie zadziałał, banki naprawdę nie zarabiają kokosów”.
Problem w tym, że spór nie dotyczy lat 2009–2018 — dekady po globalnym kryzysie, gdy stopy procentowe leżały przy zerze, a rentowność banków faktycznie była niska. Spór dotyczy tu i teraz. A „tu i teraz” wygląda zupełnie inaczej.
Innymi słowy: w okresie, którego naprawdę dotyczy dyskusja, zwrot z kapitału banków był dwukrotnie wyższy niż przytaczana „średnia 8,8 proc.”. Zestawienie wieloletniej średniej z propozycją limitu to klasyczny zabieg przesunięcia punktu odniesienia: liczba jest prawdziwa, ale odpowiada na inne pytanie niż to, które zadał wyborca oglądający telewizję.
Chwyt drugi: „zabrali nam połowę zysku” — i bardzo wybrany kwartał
Drugi efektowny argument: w I kwartale 2026 r. osiem największych banków oddało państwu i systemowi gwarancyjnemu 7,2 mld zł (BFG, podatek od aktywów, CIT) przy 7,6 mld zł zysku netto — co daje „efektywne opodatkowanie” rzędu 44–49 proc. Brzmi jak konfiskata. Tyle że to porównanie jest zbudowane na najmniej reprezentatywnym kwartale w całym roku.
Dlaczego? Bo w 2026 r. zmieniła się konstrukcja opłat na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jak otwarcie piszą w raportach mBank, Pekao i BNP Paribas, całoroczna składka na fundusz przymusowej restrukturyzacji została zaksięgowana jednorazowo w I kwartale. Do tego dokładnie wtedy wszedł podwyższony CIT dla banków (z 19 do 30 proc.) i spadły stopy. Zestawianie rocznego ciężaru BFG z zyskiem jednego kwartału to porównanie miesięcznej raty do tygodniowej pensji — wynik z definicji wygląda dramatycznie.
Dla porządku: spadki zysków w I kw. 2026 r. były prawdziwe i głębokie — Pekao na poziomie banku zanotował ok. 34 proc. mniej rok do roku, grupa ok. 27 proc. mniej. Sektor rzeczywiście wchodzi w trudniejszy rok. To jednak inny argument niż „państwo nas okrada”. Mimo wszystkich danin ROE pozostaje dwucyfrowe i wyraźnie powyżej proponowanego sufitu 10 proc.
Chwyt trzeci: „kredytowa susza”, której nie widać w jego własnym raporcie
Oś emocjonalna całego tekstu to ostrzeżenie: limit rentowności wywoła „kredytową suszę”, banki zaczną kurczyć bilanse i odetną firmy od finansowania. To scenariusz teoretycznie możliwy. Tyle że w warstwie bieżących danych zderza się z dokumentem podpisanym przez ten sam bank.
W sekcji makroekonomicznej raportu Grupy Pekao za I kwartał 2026 r. czytamy o wyraźnym ożywieniu akcji kredytowej: dynamika kredytów dla firm utrzymuje dwucyfrowe tempo (12 proc. r/r w marcu), kredyt inwestycyjny rośnie o ponad 15 proc. r/r, a kredyt dla gospodarstw domowych przyspieszył do 5,3 proc. r/r. mBank w tym samym czasie zwiększył portfel kredytów netto o 6,7 proc. kwartał do kwartału, w tym kredyty korporacyjne o ponad 11 proc. Trudno o suszę, gdy własne analizy mówią o ożywieniu.
Co w tym tekście jest po prostu prawdą
Rzetelność wymaga przyznania, że kilka tez prezesa Pekao broni się bardzo dobrze — i właśnie dlatego cały tekst jest skuteczny.
Sztywny limit ROE to narzędzie rzadkie i prymitywne
Tu autor ma rację. Regulacja stopy zwrotu to mechanizm znany z monopoli naturalnych — sieci przesyłowych, wodociągów — a nie z konkurencyjnego rynku. Żaden rozwinięty kraj nie wprowadził trwałego, administracyjnego sufitu ROE dla banków. To jakościowo coś innego niż podatek od nadzwyczajnych zysków.
Pętla bank–państwo jest realnym zagrożeniem
Udział instrumentów dłużnych (głównie obligacji skarbowych) w aktywach polskich banków przekroczył udział kredytów — to anomalia na skalę UE i autor słusznie ostrzega przed „grecką pętlą”. Co ważne, sam wskazuje winowajcę: konstrukcję podatku bankowego, który zwalnia obligacje skarbowe i premiuje finansowanie długu publicznego zamiast gospodarki. Tyle że ten podatek wprowadzono w 2016 r., za rządu… Mateusza Morawieckiego. To celny cios — ale podważa też tezę, że źródłem wszelkiego zła są daniny od zysku. Problemem jest struktura obciążeń, nie sam fakt opodatkowania.
Warto jednak dopowiedzieć to, czego w opinii brakuje: banki nie były tylko ofiarą tego mechanizmu — były jego chętnym uczestnikiem. W latach wysokich stóp obligacje skarbowe oferowały bezpieczny, wysoko oprocentowany carry trade: zysk bez ryzyka kredytowego, bez podatku bankowego i przy korzystnym traktowaniu kapitałowym. Łatwiej i bezpieczniej było kupić papier rządowy niż udzielić kredytu firmie. Pętla bank–państwo to więc nie tylko grzech ustawodawcy z 2016 r., lecz także racjonalny wybór samych banków, który dziś — słusznie — niepokoi KNF i NBP.
Europa nie „odrzuciła” podatków od banków — to obraz selektywny
Autor przywołuje Włochy z 2023 r., gdzie rynek wymusił złagodzenie podatku od nadzwyczajnych zysków. To prawda. Ale obok Włoch jest Hiszpania, która swoją daninę bankową utrzymała i przedłużyła (według zestawień podatkowych — aż do 2026 r., z rozważaniem uczynienia jej trwałą), oraz Rumunia, która podatek od banków uczyniła stałym. „Europa wyciągnęła lekcję” to więc opowieść z jednej strony rynku. Z drugiej widać, że rządy chętnie po takie daniny sięgają — co akurat dla bankowego lobby jest argumentem niewygodnym.
Liczby, które warto mieć przed oczami
Cały spór o „8,8 proc.” staje się przejrzysty, gdy rentowność sektora rozpisać na lata. Widać wtedy, że ostatnie sezony to nie norma, lecz szczyt — i że jednocześnie 2026 r. faktycznie przynosi ochłodzenie.
| Rok | Zysk netto sektora | ROE sektora | Kontekst |
| 2023 | ok. 28 mld zł | 13,7% (KNF) | wejście w boom wysokich stóp |
| 2024 | ok. 42 mld zł | 20,35% (KNF) | rekordowa rentowność |
| 2025 | prawie 49 mld zł | ok. 15% (NBP/KNF) | kolejny rekord zysku |
| 2026 (prognoza) | ok. 31 mld zł (ZBP) | wyraźny spadek | CIT 30%, niższe stopy, BFG |
| średnia 2009–2025 | — | 8,8% (wg autora) | rozcieńczona dekadą po kryzysie |
Dwie rzeczy są tu prawdziwe jednocześnie — i właśnie dlatego debata jest trudna. Polskie ROE, nawet po spadku stóp, pozostaje wysokie na tle wielu banków w Unii. A jednocześnie kredyt dla firm w relacji do PKB jest u nas jednym z najniższych w UE i od lat spada (autor podaje zjazd z ok. 50 do ok. 32 proc.). Do tego dochodzi anomalia struktury aktywów: według ZBP udział instrumentów dłużnych w bilansach banków (ok. 39 proc.) przewyższył już udział kredytów dla firm (ok. 37 proc.). Sektor jest więc równocześnie bardzo rentowny i strukturalnie zbyt mało zaangażowany w finansowanie gospodarki realnej. To realny problem — tylko że jego źródłem nie jest „za wysoki zysk”.
Czego sektor nie wymyślił: realne ryzyko dla kredytu
Rzetelność wymaga też przyznania, że obawa o przyszłą akcję kredytową nie jest w całości teatrem. W 2026 r. na sektor nakłada się kilka czynników naraz: spadające stopy procentowe ścinają marżę odsetkową (już dziś NIM to ok. 3,5–3,7 proc. wobec wyższych poziomów rok wcześniej), podwyższony CIT (30 proc. w 2026 r., 26 proc. w 2027 r., 23 proc. później) zabiera dużą część zysku, a jednorazowa składka na BFG dodatkowo obciąża początek roku. Przy takim splocie racjonalną reakcją banku nie musi być wcale „pompowanie kredytu”, lecz ostrożniejsza polityka kredytowa, wyższe marże i twardszy scoring.
I właśnie dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi „czy banki mają realne obawy” (mają), lecz: dokąd autor prowadzi czytelnika z tymi obawami. Bo nie ku obronie samego kredytu. Ku czemuś znacznie konkretniejszemu.
Ukryty adresat: nie Morawiecki, lecz frankowicz i kredytobiorca SKD
I tu dochodzimy do sedna — z perspektywy czytelnika chf24.pl najważniejszego. Tekst zaczyna się od ROE i Morawieckiego, ale w finale skręca w zupełnie inną stronę. Pojawia się apel do Parlamentu: porządkujmy „legislację konsumencką z najwyższą ostrożnością” i „bez tworzenia kolejnych zachęt do masowych sporów sądowych”, które rzekomo dokonują „przypadkowej redystrybucji majątku społecznego, faworyzując kredytobiorców”.
To nie jest dygresja. To drugi front tej samej kampanii. Równolegle prezes ZBP Tadeusz Białek od tygodni przekonuje, że sankcja kredytu darmowego jest „nieproporcjonalna”, a głównym beneficjentem sporów są kancelarie odszkodowawcze. Przypomnijmy skalę: blisko 100 tys. reklamacji i ok. 25 tys. spraw sądowych w sprawie SKD, kwietniowy wyrok TSUE (C-744/24), a w tle wdrożenie unijnej dyrektywy CCD2 z terminem do 20 listopada 2026 r. Sankcja pozwala dziś konsumentowi oddać kapitał bez odsetek i kosztów przy kredycie do 255 550 zł.
Gdzie realnie rozegra się walka: CCD2 i kształt SKD
Konkret jest taki: do 20 listopada 2026 r. Polska musi wdrożyć unijną dyrektywę o kredycie konsumenckim (CCD2). Prace nad ustawą rząd odebrał UOKiK-owi, a Komitet Stabilności Finansowej dwukrotnie negatywnie ocenił przygotowywane rozwiązania — wskazując m.in. na nieproporcjonalność sankcji, ryzyko umasowienia pozwów i rolę kancelarii skupujących roszczenia. To w tej ustawie, a nie w telewizyjnym pomyśle limitu ROE, zapadną decyzje, które dotkną portfeli kredytobiorców.
Kierunek lobby jest czytelny: SKD ma zostać „zmiarkowana”, czyli proporcjonalna — pełna sankcja tylko przy istotnym naruszeniu, a przy drobniejszych sąd jedynie obniżałby należne bankowi odsetki. Dla sektora to różnica fundamentalna. Dziś, jeśli sąd stwierdzi SKD, konsument oddaje sam kapitał — bez odsetek i kosztów. W modelu „proporcjonalnym” bank w wielu sprawach zachowałby prowizję i sporą część odsetek. Pod hasłem „ochrony przed masowymi pozwami” realnie ważą się więc granice odpowiedzialności banków za wadliwe umowy — i to jest właściwa stawka tej debaty dla kredytobiorcy.
Czy Polska jest „wyjątkowo surowa”? I tak, i nie
Ulubiony argument sektora brzmi: w innych krajach UE nie ma żadnego „darmowego kredytu”, tylko łagodne, stopniowalne kary. To prawda częściowa — i warto ją rozłożyć, bo działa w obie strony.
Po pierwsze, unijna dyrektywa o kredycie konsumenckim (CCD2) nie narzuca jednego rodzaju sankcji. Jej art. 44 wymaga jedynie, by kary były skuteczne, proporcjonalne i odstraszające, a państwa mają je notyfikować Komisji do 20 listopada 2026 r. Forma należy do ustawodawcy krajowego. Część państw stawia na rozwiązania bardziej stopniowalne — obniżenie całkowitego kosztu kredytu czy redukcję należnego oprocentowania (kierunki spotykane m.in. w prawie niemieckim i francuskim, gdzie sąd może miarkować karę). Polska SKD, „zero-jedynkowa” i bez stopniowania, leży na surowszym końcu tego spektrum. Tu autorzy opinii mają rację.
Po drugie jednak — i to sektor pomija — pełna utrata odsetek i kosztów jest zgodna z prawem UE. TSUE wprost potwierdził, że taka sankcja jest dopuszczalna, a ocena jej proporcjonalności należy do sądu krajowego; za nieproporcjonalną można ją uznać tylko wtedy, gdy karze za uchybienia, które z natury nie wpływają na zdolność konsumenta do oceny zobowiązania. Innymi słowy: „surowość” polskiego modelu nie czyni go automatycznie sprzecznym z dyrektywą.
Dlaczego właśnie teraz
Timing nie jest przypadkowy. Po pierwsze — rekordowe zyski 2024–2025 zrobiły z banków cel polityczny w całym spektrum, a propozycja limitu ROE mogłaby się okazać groźnie nośna. Lepiej ugasić ją na poziomie trial balloonu. Po drugie — w 2026 r. wszedł podwyższony CIT i sektor chce zablokować jakiekolwiek kolejne daniny. Po trzecie — i najważniejsze dla nas — trwają prace nad nową ustawą o kredycie konsumenckim, którą rząd odebrał UOKiK-owi, a banki obawiają się rozwiązań sprzyjających kredytobiorcom. Tekst prezesa Pekao to element szerszej ofensywy narracyjnej, której celem jest ukształtowanie tej ustawy po myśli sektora.
Co z tego wynika
Dla kredytobiorców: realna stawka nie leży w limicie ROE, który zapewne nigdy nie powstanie, lecz w kształcie ustawy konsumenckiej i w tym, czy SKD przetrwa w obecnej, „pełnej” formie, czy zostanie „zmiarkowane”. To tam rozegra się prawdziwa walka o pieniądze frankowiczów i kredytobiorców konsumenckich.
Dla banków: obrona kapitału jest racjonalna, ale opieranie jej na zaniżonej średniej i najsłabszym kwartale osłabia wiarygodność mocnych argumentów (pętla bank–państwo, struktura podatku). Lepszą strategią byłaby szczerość: „zarabiamy rekordowo, ale w 2026 r. ciężar gwałtownie wzrósł” — zamiast obrazu sektora na skraju zapaści.
Dla rynku i ustawodawcy: sygnał jest dwuznaczny. Z jednej strony trafna przestroga przed zacieraniem granicy między bilansem państwa a bilansem banków. Z drugiej — próba wykorzystania tej przestrogi do osłabienia ochrony konsumenta. Dobry regulator powinien rozdzielić te dwa wątki, których autor celowo nie rozdziela.
Dla sądów: dopóki trwa spór o proporcjonalność SKD i kolejne pytania trafiają do TSUE, presja na „ucywilizowanie” sankcji będzie rosła — a komentarze tej rangi są częścią tego nacisku.
Konkluzja
To nie jest tekst „kłamliwy”. To tekst stronniczy w sposób profesjonalny: prawdziwe liczby ustawione pod z góry przyjętą tezę, mocne ostrzeżenia zmieszane z efektownymi, ale dobranymi przykładami i — na końcu — apel, który z limitem zysków banków nie ma już nic wspólnego. Pomysł 10-proc. sufitu ROE rzeczywiście jest ekonomicznie wątpliwy i pewnie nie wejdzie w życie. Ale jeśli czytelnik zapamięta z tej opinii tylko jedno zdanie, niech to nie będzie „banki mają się jak pączki w maśle”, lecz pytanie: dlaczego obrona przed nieistniejącym jeszcze limitem zysków kończy się prośbą, by trudniej było pozwać bank?





