Kiedy najważniejsi ludzie polskiego sektora bankowego siadają do wspólnego stołu, warto słuchać nie tylko tego, co mówią – ale przede wszystkim tego, czego starają się nie powiedzieć wprost. Forum Bankowe 2026 przeszło do historii jako spotkanie pełne optymistycznych deklaracji o wzroście akcji kredytowej i transformacji cyfrowej. Jednak kto uważnie śledził debatę prezesów, mógł wyłapać sygnały znacznie bardziej niepokojące niż oficjalna narracja sukcesu. Bo za fasadą 45 miliardów złotych zysku sektorowego kryje się cień, o którym bankierzy mówią półgłosem, ale który spędza im sen z powiek – ryzyko prawne związane z kredytami opartymi na zmiennej stopie procentowej.
„Dziki Zachód” – słowa, które padły z ust prezesa
Jednym z najbardziej zaskakujących momentów debaty była wypowiedź Piotra Żabskiego, który bez ogródek nazwał polską rzeczywistość prawną „dzikim zachodem”. Co miał na myśli? Otóż w jego ocenie w Polsce istnieje przyzwolenie na kwestionowanie umów zawartych legalnie, a następnie rozliczanie ich skutków wstecznie. „Pytając Departament Prawny, czy są okej z nowymi zapisami, odpowiedzi nie ma. Brzmi ona tylko tak: być może na jakiś czas to wystarczy, do momentu kiedy znów ktoś nie zakwestionuje i nie rozliczy nas wstecznie” – przyznał z brutalną szczerością.
To zdanie powinno dać do myślenia każdemu, kto śledzi spory kredytobiorców z bankami. Oto jeden z czołowych menedżerów sektora Consumer Finance otwarcie mówi, że departamenty prawne banków nie są w stanie zagwarantować bezpieczeństwa prawnego nawet nowym umowom. Jeśli tak wygląda sytuacja z perspektywy twórców produktów, jak może wyglądać z perspektywy kredytobiorcy, który podpisał umowę kilkanaście lat temu?
Prezes z zagranicy mówi to, o czym Polacy milczą
Wymowna była wypowiedź prezesa banku Millennium. Jego słowa warto przytoczyć niemal dosłownie: „To, co jest naprawdę ważne, to rozwiązanie WIBOR w inny sposób niż spraw frankowiczów. Od 2013 roku mamy takie spotkania i próbujemy znaleźć odpowiednie rozwiązanie. Ryzyka regulacyjne są o wiele wyższe niż ryzyka rynkowe, ryzyka kredytowe, ryzyka cyberbezpieczeństwa, ryzyka geopolityczne.”
Zatrzymajmy się przy tym na moment. Prezes dużego banku działającego na polskim rynku stwierdza publicznie, że ryzyko prawno-regulacyjne przewyższa wszystkie inne kategorie ryzyka – włącznie z ryzykiem kredytowym i geopolitycznym. A przypomnijmy, że mówimy o banku działającym w kraju graniczącym z Ukrainą, w czasach najwyższej od dekad niestabilności geopolitycznej.
Co więcej, pada bezpośrednie odniesienie do kredytów frankowych i próśba o inne rozwiązanie problemu WIBOR. Sektor bankowy najwyraźniej doskonale zdaje sobie sprawę, że scenariusz frankowy może się powtórzyć.
Stypułkowski stawia tezę: kredyt hipoteczny w Polsce nie ma racji bytu
Cezary Stypułkowski, znany z niepoprawności politycznej i barwnych metafor, tym razem zaszokował salę tezą graniczącą z herezją: „Stawiam tezę, że w Polsce, póki co, nie ma warunków do udzielania kredytu hipotecznego.”
Argumentacja prezesa była wielowątkowa. Wskazał na brak infrastruktury prawnej, słabość rynku listów zastawnych, ciągłe zmiany reguł gry przez ustawodawcę i to, co określił jako „upadek moralności zobowiązaniowej”. Wspomniał też o wakacjach kredytowych jako przykładzie interwencji państwa naruszającej pierwotne warunki umów.
Szczególnie gorzko zabrzmiała konstatacja, że „banki na kredytach hipotecznych w ciągu ostatnich 20 lat nie zarobiły żadnych pieniędzy, a wszyscy uważają, że się na tym obławiamy.” Nawet jeśli to pewna przesada, pokazuje skalę frustracji sektora, który czuje się osaczony z każdej strony.
Wzorcowa umowa – lekarstwo czy placebo?
Szymon Midera z PKO BP zaprezentował się jako entuzjasta wzorcowej umowy kredytu hipotecznego, nad którą pracuje Związek Banków Polskich we współpracy z Rzecznikiem Finansowym. Bank ogłosił, że jest zdeterminowany, by ją wdrożyć, i zachęcał innych do pójścia tą drogą.
Jednak nawet on przyznał, że wzorcowa umowa to element „miękkiego prawa” – nie daje twardych gwarancji prawnych. „Nie jest to doskonałe narzędzie, ale nie ma nic lepszego na stole” – stwierdził. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie stanu niepewności prawnej w sektorze.
Przemysław Gdański z BNP Paribas poparł inicjatywę, ale jednocześnie zakwestionował mantrę o wyższości stałej stopy procentowej nad zmienną. Zauważył, że kraje Europy Południowej, jak Hiszpania czy Portugalia, doskonale funkcjonują na zmiennej stopie, a okresowo stała stopa (na 5 czy nawet 10 lat) i tak nie eliminuje ryzyka w perspektywie 30-letniego kredytu.
Regulacyjny apel Midery – przyznanie się do bezsilności?
Za jeden z najciekawszych fragmentów debaty uznałbym apel Szymona Midery do regulatora. Prezes największego polskiego banku publicznie poprosił KNF o pomoc w promowaniu stałej stopy procentowej, przyznając, że banki same nie są w stanie tego zrobić, bo ze sobą konkurują i patrzą na miesięczne udziały w sprzedaży.
To zdumiewające wyznanie. Sektor, który przez lata bronił swojej autonomii przed ingerencją regulatora, teraz prosi go o interwencję, bo sam nie potrafi rozwiązać problemu. Midera zaproponował wręcz, by pierwszy kredyt dla młodych ludzi obligatoryjnie udzielany był na stałej stopie. Postulował też coś, co roboczo nazwał „MIFID-em 3″ – regulację wymuszającą głębszą edukację klientów o ryzyku stopy procentowej i wahaniach wartości nieruchomości.
Między wierszami można to odczytać tak: banki zdają sobie sprawę, że obecny model sprzedaży kredytów hipotecznych generuje ryzyka prawne, których nie są w stanie samodzielnie zminimalizować.
Wyniki pod presją, a CIT rośnie
W tle całej dyskusji o ryzykach prawnych przewijał się temat kondycji finansowej sektora. Elżbieta Czerwentyńska przedstawiła szacunki Związku Banków Polskich: zysk sektora ma spaść z około 45 miliardów złotych do 32 miliardów – o ponad 30 procent. Główne przyczyny to obniżki stóp procentowych (minus 18% zysku) oraz podwyżka CIT dla banków (minus 13%).
To paradoksalna sytuacja: państwo podnosi podatki w momencie, gdy sektor i tak wchodzi w okres niższej rentowności. A na horyzoncie majaczy jeszcze ryzyko WIBOR, które – jak przyznają sami prezesi – może przewyższyć wszelkie inne kategorie ryzyka.
Co z tego wynika dla kredytobiorcy?
Debata prezesów na Forum Bankowym 2026 była fascynującym spektaklem. Oficjalnie dominował optymizm i wizja dwucyfrowych wzrostów akcji kredytowej. Nieoficjalnie – a momentami całkiem oficjalnie – przebijał głęboki niepokój o stabilność prawną całego systemu kredytów hipotecznych.
Dla kredytobiorców płynie z tego kilka wniosków. Po pierwsze, banki są świadome słabości swoich umów – przynajmniej tych starszych. Po drugie, sektor desperacko szuka sposobu na zminimalizowanie ryzyka prawnego, co sugeruje, że ocenia je jako realne i poważne. Po trzecie, wzorcowa umowa ma być próbą zamknięcia tematu, ale nawet jej twórcy przyznają, że nie daje stuprocentowych gwarancji.
Słowa o „dzikim zachodzie”, „braku warunków do udzielania kredytów hipotecznych” i „ryzyku regulacyjnym przewyższającym ryzyko geopolityczne” nie padły przypadkowo. To sygnały, których nie sposób zignorować.
Podsumowanie:
Kiedy prezes jednego z największych banków w kraju mówi, że ryzyko prawne jest większe niż ryzyko wojny za wschodnią granicą, a inny nazywa system prawny „dzikim zachodem” – to nie jest już kwestia interpretacji. To diagnoza.
Pytanie tylko, kto pierwszy wyciągnie z niej wnioski: regulatorzy, którzy mogliby ustabilizować sytuację systemowo, czy sądy, które będą musiały rozstrzygać kolejne spory jednostkowo. Historia kredytów frankowych pokazuje, że drugie rozwiązanie bywa znacznie bardziej kosztowne – dla wszystkich stron.






