Wyobraźmy sobie taką sytuację. Duża korporacja przegrywa w sądzie i natychmiast uruchamia gigantyczną kampanię medialną, w której twierdzi, że tak naprawdę wygrała. Kupuje artykuły sponsorowane, angażuje swoich prawników do pisania komentarzy w największych mediach i stawia jednoznaczną tezę: nie ma sensu się z nami sądzić, bo Trybunał przyznał nam rację. A potem, cztery dni później, kolejny sąd unieważnia kolejną umowę dokładnie na tych samych zasadach, które korporacja ogłosiła za nieistniejące.
Brzmi jak scenariusz kiepskiego thrillera? Nie. To jest dokładnie to, co wydarzyło się w Polsce między 12 a 16 lutego 2026 roku w sporze o kredyty złotówkowe z WIBORem.
Co się właściwie stało
12 lutego Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ogłosił wyrok w sprawie C-471/24, który dotyczył kredytu złotówkowego z oprocentowaniem zmiennym opartym o WIBOR. Na ten wyrok czekał cały sektor bankowy i setki tysięcy kredytobiorców.
Zanim opadł kurz po ogłoszeniu sentencji, Związek Banków Polskich i jego medialne ramię — portal Banki w Polsce — uruchomili kampanię o skali i intensywności niespotykanej od czasów sporów frankowych. Teza była prosta i powtarzana na wszystkich częstotliwościach: TSUE potwierdził legalność WIBORu, droga sądowa jest zamknięta, kancelarie przestają przyjmować sprawy, a kredytobiorcy, którzy zdecydują się iść do sądu, stracą pieniądze, czas i nerwy.
Cztery dni później, 16 lutego, Sąd Okręgowy w Szczecinie w sprawie o sygnaturze I C 4293/23 ustalił nieważność umowy kredytu złotówkowego BNP Paribas z 2009 roku, zawierającej klauzulę zmiennego oprocentowania opartą o WIBOR, i zasądził zwrot wszystkich wpłaconych kwot.
Gigantyczna kampania. Jeden wyrok. I cała narracja w gruzach.
Anatomia bankowej propagandy — punkt po punkcie
Warto przyjrzeć się dokładnie temu, co sektor bankowy serwował opinii publicznej po 12 lutego, i skonfrontować to z rzeczywistością. Bo skala manipulacji jest imponująca nawet jak na standardy polskiego sektora finansowego.
Teza nr 1: „Trybunał zapalił czerwone światło dla unieważniania kredytów złotówkowych”
To cytat z mec. Piotra Kochańskiego, adwokata i partnera zarządzającego kancelarii współpracującej z sektorem bankowym, opublikowany na łamach Newsweeka i natychmiast podchwycony przez portal Banki w Polsce. Teza brzmi kategorycznie i nie pozostawia wątpliwości. Problem w tym, że jest nieprawdziwa.
TSUE w wyroku C-471/24 nie zapalił żadnego czerwonego światła. Trybunał stwierdził, że sam wskaźnik WIBOR, jako wskaźnik zgodny z rozporządzeniem BMR, nie jest per se nieuczciwy i bank nie musi tłumaczyć konsumentowi jego szczegółowej metodologii. To prawda. Ale jednocześnie — i tu zaczyna się część, którą bankowi prawnicy konsekwentnie pomijają — Trybunał w motywach 91–102 wyroku szczegółowo opisał wielopoziomowe obowiązki informacyjne banków wynikające z dyrektywy 2014/17. Wskazał na formularz ESIS jako kluczowy dokument. Podkreślił, że ochrona konsumenta nie może mieć charakteru czysto deklaratywnego, a wymóg przejrzystości oznacza realną możliwość oceny konsekwencji ekonomicznych umowy.
Innymi słowy: TSUE nie zamknął drzwi. Wskazał inne drzwi — i powiedział sądom krajowym, żeby sprawdziły, czy banki je zamknęły na klucz, czy zostawiły otwarte.
Teza nr 2: „Banki prawidłowo realizowały obowiązki informacyjne”
To moja ulubiona. Portal Banki w Polsce — finansowany przez Związek Banków Polskich, co warto mieć na uwadze przy ocenie obiektywności — opublikował wpis, w którym stwierdza, że banki przekazywały klientom informacje o nazwie wskaźnika, jego administratorze i wpływie na oprocentowanie. Wniosek? Obowiązki spełnione, temat zamknięty.
Tyle że TSUE wymaga czegoś zupełnie innego niż podanie nazwy i administratora wskaźnika. Trybunał mówi o rzetelnych symulacjach wzrostu oprocentowania, o przedstawieniu konsumentowi rzeczywistej skali ryzyka zmiennej stopy procentowej, o umożliwieniu mu oceny długoterminowych skutków ekonomicznych umowy. To przepaść między tym, co banki faktycznie robiły, a tym, co powinny były robić.
Powiedzenie klientowi, że „oprocentowanie twojego kredytu oparte jest o wskaźnik WIBOR administrowany przez GPW Benchmark” to mniej więcej tyle, co powiedzenie pasażerowi samolotu, że „prędkość lotu zależy od silników Rolls-Royce’a”. Technicznie prawdziwe. Praktycznie bezwartościowe z punktu widzenia oceny ryzyka.
Teza nr 3: „Kancelarie konsumentów przestają przyjmować sprawy”
To być może najbardziej cyniczny element kampanii. Portal Banki w Polsce — przypomnijmy, finansowany przez ZBP — pisze wprost: „Coraz więcej kancelarii prawnych mówi wprost: po wyroku TSUE szanse na wygraną w procesach WIBORowych są baaaaardzo małe. Niektóre nawet przestały przyjmować nowe sprawy.”
Pominę fakt, że żadna konkretna kancelaria nie została wymieniona z nazwy. Pominę też infantylne „baaaaardzo” w komunikacie, który pretenduje do powagi eksperckiej. Skupmy się na meritum: teza o masowym odwrocie kancelarii od spraw WIBORowych jest nie tylko nieweryfikowalna — jest sprzeczna z tym, co obserwujemy w praktyce. Cztery dni po wyroku adwokat Paweł Zacharzewski wygrał sprawę w Szczecinie. Kancelarie prowadzące sprawy frankowe, które przez lata słyszały identyczną narrację o „braku szans”, zbudowały na tych „beznadziejnych” sprawach wielomilionowe praktyki. Historia się powtarza.
Teza nr 4: „Polskie sądy nie mogą badać prawidłowości WIBORu — byłoby to naruszenie prawa unijnego”
Kolejna półprawda, która robi robotę całego kłamstwa. Tak, TSUE stwierdził, że sąd krajowy nie powinien badać samej metodologii wyznaczania wskaźnika zgodnego z BMR. Ale to coś fundamentalnie innego niż twierdzenie, że sąd nie może badać klauzuli zmiennego oprocentowania w umowie konsumenckiej. Może i musi — bo tego wymaga dyrektywa 93/13/EWG o nieuczciwych warunkach w umowach konsumenckich, a obowiązek jej stosowania nie zależy od woli banku.
Sąd Okręgowy w Szczecinie dokładnie to zrobił. Nie badał, czy WIBOR jest „legalny”. Badał, czy bank wypełnił obowiązki informacyjne, czy konsument mógł realnie ocenić skutki ekonomiczne umowy, czy ryzyko zostało równo rozłożone między strony. I odpowiedź na te pytania była dla banku druzgocąca.
Teza nr 5: „Wyrok TSUE to jasny sygnał — szkoda pieniędzy i czasu na procesy sądowe”
To już nie jest analiza prawna. To jest reklama. Portal Banki w Polsce opublikował grafikę z dokładnie takim hasłem — skierowaną wprost do kredytobiorców, zniechęcającą ich do dochodzenia swoich praw. Gdyby ktokolwiek miał wątpliwości co do intencji tej kampanii, ta grafika je rozwiewa. To nie jest informacja. To nie jest edukacja. To jest kampania zastraszania.
Co naprawdę orzekł sąd w Szczecinie
Wyrok Sądu Okręgowego w Szczecinie z 16 lutego 2026 roku zasługuje na uwagę nie dlatego, że jest pierwszy czy jedyny, ale dlatego, że zapadł w idealnym momencie — jako odpowiedź praktyki orzeczniczej na propagandę sektora bankowego.
Sąd, rozpoznając umowę kredytu BNP Paribas z 2009 roku, wskazał na cztery kluczowe okoliczności.
Po pierwsze — rażące naruszenie obowiązków informacyjnych. Bank nie przedstawił konsumentom rzetelnego i wyczerpującego obrazu rzeczywistej skali ryzyka zmiennej stopy procentowej ani jej długoterminowych skutków ekonomicznych.
Po drugie — pozorną transparentność. Odwołania do serwisu Reuters jako źródła notowań WIBOR stwarzały wrażenie przejrzystości, nie wyjaśniając sposobu kształtowania wskaźnika ani jego wpływu na zobowiązanie kredytobiorcy. Forma bez treści.
Po trzecie — nierówny podział ryzyka. Kredytobiorca ponosił całe ryzyko wzrostu stóp procentowych, podczas gdy bank był zabezpieczony instrumentami pochodnymi. To asymetria, którą dyrektywa 93/13 wprost zakazuje.
Po czwarte — nadmierną czasową ekspozycję na ryzyko zmiennego oprocentowania. Konsument był narażony na wahania stóp procentowych przez cały wieloletni okres kredytowania, bez możliwości realnej oceny, co to oznacza dla jego portfela.
To nie jest rewolucja. To jest konsekwentne stosowanie prawa unijnego przez sąd krajowy — dokładnie to, czego wymaga TSUE w wyroku C-471/24. Sędzina Katarzyna Krasny zrobiła to, co powinna — zbadała indywidualnie umowę i wyciągnęła wnioski. Wyrok jest z pierwszej instancji, nie ma jeszcze uzasadnienia, bank zapewne będzie się odwoływał. Ale sam fakt jego wydania obala centralną tezę bankowej kampanii.
Dlaczego banki tak bardzo chcą, żebyś nie szedł do sądu
Odpowiedź jest prosta i ma wymiar czysto finansowy. Według szacunków analityków, potencjalna ekspozycja polskiego sektora bankowego na roszczenia związane z kredytami złotówkowymi z WIBORem jest wielokrotnie wyższa niż w przypadku kredytów frankowych. Mówimy o milionach umów i setkach miliardów złotych.
Gdyby ukształtowała się linia orzecznicza analogiczna do tej w sprawach frankowych, konsekwencje dla bilansów największych banków byłyby tektoniczne. Banki o tym wiedzą. ZBP o tym wie. I dlatego kampania medialna po wyroku TSUE była tak natychmiastowa, tak skoordynowana i tak agresywna.
Jest pewna żelazna reguła, której nauczyły nas sprawy frankowe: jeśli bank mówi ci, że nie ma sensu iść do sądu, to znaczy, że właśnie powinieneś tam pójść. Banki nie wydają milionów na kampanie medialne po to, żeby chronić twoje pieniądze. Wydają je po to, żeby chronić swoje.
Lekcja z historii, której banki nie chcą pamiętać
Doświadczenie sporów frankowych jest tu instruktywne. W 2015 roku, po pierwszych wyrokach kwestionujących klauzule walutowe, sektor bankowy prowadził identyczną narrację: „wyroki jednostkowe”, „brak szans na linię orzeczniczą”, „kancelarie naciągają klientów”. Związek Banków Polskich regularnie ogłaszał koniec sporów. Media bankowe publikowały artykuły o „bańce prawnej”.
Dziesięć lat później polskie sądy wydały dziesiątki tysięcy wyroków korzystnych dla frankowiczów. Banki zawiązały rezerwy liczone w dziesiątkach miliardów złotych. Kancelarie, które miały „naciągać klientów”, mają za sobą tysiące wygranych spraw.
Przełomowe linie orzecznicze nie kształtują się w oparciu o medialne interpretacje. Kształtują się w wyniku konsekwentnego stosowania prawa przez sądy — wyrok po wyroku, sprawa po sprawie. Szczecin jest pierwszym takim wyrokiem po TSUE. Nie będzie ostatnim.
Co z tego wynika dla kredytobiorców
Po pierwsze — wyrok TSUE w sprawie C-471/24 nie zamknął drogi do kwestionowania umów kredytów złotówkowych z WIBORem. Zmienił kierunek ataku: z podważania samego wskaźnika na badanie obowiązków informacyjnych banków. To zmiana istotna, ale nie eliminująca.
Po drugie — każda umowa wymaga indywidualnej analizy. Nie każdy kredyt z WIBORem jest automatycznie wadliwy, ale nie każdy jest też automatycznie prawidłowy. Kluczowe jest to, co bank faktycznie pokazał kredytobiorcy przed podpisaniem umowy i czy konsument miał realną możliwość oceny ryzyka.
Po trzecie — nie należy wierzyć w narrację płynącą ze źródeł finansowanych przez sektor bankowy. Portal Banki w Polsce jest finansowany przez Związek Banków Polskich. Artykuły sponsorowane prawników bankowych to nie są obiektywne analizy — to stanowiska procesowe jednej ze stron sporu.
I po czwarte — warto obserwować, co robią sądy, a nie co mówią banki. Sąd Okręgowy w Szczecinie dał odpowiedź jasną i jednoznaczną. To odpowiedź, za którą żaden bank nie zapłacił.
Tekst wyraża pogląd autora. Wyrok Sądu Okręgowego w Szczecinie (sygn. I C 4293/23, SSO Katarzyna Krasny) nie jest prawomocny. Sprawę prowadził adw. Paweł Zacharzewski.






