Przez kilkanaście lat polskie banki broniły się przed frankowiczami do upadłego — podważały klauzule, żądały wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, sięgały po prawo zatrzymania, a do masowych ugód przekonały się dopiero wtedy, gdy przegrały w Luksemburgu niemal wszystko. Dziś, zanim fala spraw o sankcję kredytu darmowego na dobre zaleje sądy, sektor mówi: usiądźmy do stołu. I to właśnie ten moment — a nie sama deklaracja — jest tu najbardziej wymowny. Bo na czwartek 11 czerwca zaplanowano w Luksemburgu opinię, która tę falę może dopiero rozpętać.
|
W tym tekście
|
Najpierw apel, potem zgoda sektora. Co naprawdę padło na Kongresie
Sygnał wyszedł nie od banków, lecz od Rzecznika Finansowego. Michał Ziemiak przekonywał, że po kwietniowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE banki nie powinny czekać, aż klienci stracą cierpliwość i pójdą do sądów — lepiej proponować porozumienie już na etapie reklamacji. Na Europejskim Kongresie Finansowym przyłączył się do tego prezes Związku Banków Polskich Tadeusz Białek, mówiąc, że proaktywna postawa sektora byłaby wskazana, choćby po to, by nie doprowadzić do masowego napływu pozwów. Dodał, że banki pracują nad konkretnymi rozwiązaniami wspólnie z Rzecznikiem Finansowym, ale szczegóły są jeszcze przedmiotem analiz.
|
Proaktywne, polubowne rozwiązywanie sporów o SKD jest — w ocenie prezesa ZBP — wskazane, także po to, by nie dopuścić do masowego wpływu spraw do sądów. Białek mówi wprost: „to jest kierunek, którym sektor bankowy powinien podążyć”. — Tadeusz Białek, prezes ZBP, w rozmowie z Business Insiderem (EKF 2026) |
Tłem jest sankcja kredytu darmowego (SKD) — przewidziana w art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim kara, która przy określonych naruszeniach po stronie kredytodawcy pozwala konsumentowi zwrócić sam kapitał, bez odsetek i pozostałych kosztów. Uprawnienie przysługuje przy kredytach do 255 550 zł i wygasa po roku od wykonania umowy. Zapalnikiem ostatnich miesięcy stał się wyrok TSUE z 23 kwietnia 2026 r. w sprawie C-744/24: Trybunał uznał, że bank nie może naliczać odsetek od kredytowanych kosztów pozaodsetkowych (np. prowizji czy składek ubezpieczeniowych), a odsetki należą się wyłącznie od kwoty faktycznie wypłaconej konsumentowi.
Tu konieczne jest zastrzeżenie, o którym łatwo zapomnieć w nagłówkach: orzeczenie C-744/24 nie „uruchamia” automatycznie sankcji kredytu darmowego. Trybunał nie przesądził, jakie skutki dla konkretnej umowy ma zakwestionowana konstrukcja oprocentowania — to zostawił sądom krajowym. Co więcej, sam wyrok zapadł na kanwie sprawy dotyczącej kredytu udzielonego przez jeden z największych banków, co dobrze pokazuje, że problem nie jest marginalny i dotyka samego rdzenia rynku.
Dlaczego akurat teraz? Liczby, które tłumaczą pośpiech
Deklaracja o „polubownym” podejściu nie bierze się z dobrego serca, lecz z arytmetyki ryzyka. Według danych przywoływanych przez sam sektor liczba reklamacji dotyczących SKD sięga już blisko 100 tys., a w sądach toczy się około 25–30 tys. spraw. Dotychczasowa linia orzecznicza wciąż w przewadze sprzyja bankom — i to trzeba uczciwie odnotować — ale po kwietniowym wyroku pojawiają się sygnały, że rozstrzygnięć niekorzystnych dla kredytodawców przybywa.
Skalę widać w raportach kwartalnych. W mBanku na koniec marca 2026 r. toczyło się 1219 spraw o SKD o wartości 38 mln zł; spośród 190 prawomocnie zakończonych aż 161 wygrał bank, a 11 przegrał. W PKO BP, według sprawozdania za I kwartał 2026 r., liczba postępowań o SKD przekraczała 7,2 tys. przy wartości przedmiotu sporu rzędu 200 mln zł. Innymi słowy: front jest dziś dla banków obronny, ale rośnie szybko, a wystarczy zmiana linii orzeczniczej, by z kontrolowanego ryzyka zrobił się problem porównywalny z frankowym.
| Bank (I kw. 2026) | Sprawy o SKD | Wartość sporu |
| PKO BP | ok. 7,3 tys. | ok. 200 mln zł |
| mBank | 1219 | 38 mln zł |
Zestawienie ma charakter ogólnoporównawczy i opiera się na danych z raportów kwartalnych poszczególnych banków za I kwartał 2026 r.; metodyka raportowania i moment ujęcia spraw mogą się między instytucjami różnić.
Drugim powodem pośpiechu jest stanowisko Komitetu Stabilności Finansowej. W uchwale z marca 2025 r. KSF zwrócił uwagę, że obecna sankcja nie podlega stopniowaniu, przez co — w jego ocenie — tworzy bodziec do „instrumentalnego” korzystania z SKD niezależnie od tego, czy uchybienie miało realne skutki ekonomiczne dla kredytobiorcy. Dla banków to argument, że karać trzeba, ale proporcjonalnie. Dla pełnomocników konsumentów — zapowiedź prób osłabienia sankcji.
Lobbing, którego nikt już nie ukrywa
Równolegle do rozmów o ugodach toczy się znacznie ostrzejszy spór o kształt prawa. W połowie maja 2026 r. rząd odebrał Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzenie prac nad nowelizacją ustawy o kredycie konsumenckim — tej samej, która ma wdrożyć unijną dyrektywę CCD2 do 20 listopada br. Banki obawiały się, że projekt UOKiK, przewidujący kilka rodzajów kar (z tzw. sankcją kredytu darowanego włącznie), zamiast uczynić sankcję proporcjonalną, maksymalnie ją rozszerzy. Krytyczne uwagi zgłaszały też Ministerstwo Finansów, KNF, Ministerstwo Sprawiedliwości, a Komitet Stabilności Finansowej dwukrotnie wydał opinię negatywną.
Dwa dni po odebraniu projektu prezes UOKiK Tomasz Chróstny nie zostawił na sektorze suchej nitki, mówiąc m.in. o „banksterce” i o budowaniu rentowności kosztem klienta. Białek odpowiedział, że to populizm naruszający bezstronność organu, a prawdziwy problem polega na zignorowaniu wytycznych TSUE oraz stanowisk instytucji publicznych. W tle przewija się też zarzut Chróstnego o silny lobbing — w tym próbę „wybicia zębów” sankcji — który prezes ZBP zbywa, przypominając, że izba gospodarcza ma konstytucyjne prawo zajmować stanowisko, a sektor przedstawił pięć modeli uregulowania SKD.
Obie strony mają tu swoje racje i warto je rozdzielić. Argument o nieproporcjonalności obecnej sankcji jest poważny i znajduje oparcie w orzecznictwie TSUE — Trybunał już w lutym 2025 r. (C-472/23) wskazał, że dyrektywa nie sprzeciwia się SKD, o ile naruszenie mogło realnie utrudnić konsumentowi ocenę zobowiązania. Z drugiej strony fakt, że na finiszu prac legislacyjnych projekt trafia z urzędu chroniącego konsumentów do regulatora rynku finansowego, jest dokładnie tym, co krytycy nazywają „efektem lobbingu”. Można zatem twierdzić, że sankcja wymaga korekty — i jednocześnie pytać, czyimi rękami i w czyim interesie ta korekta ma powstać.
|
Nikt racjonalnie — przekonuje prezes ZBP — nie odważy się powiedzieć, że sankcji być nie powinno. Powinna ona jednak, w jego ocenie, zostać przeformułowana tak, by stała się proporcjonalna, zgodnie ze stanowiskami instytucji publicznych, zwłaszcza Komitetu Stabilności Finansowej. — Tadeusz Białek, prezes ZBP (Europejski Kongres Finansowy 2026) |
Jutro w Luksemburgu: opinia, która może otworzyć śluzy
I tu dochodzimy do daty, która tłumaczy nerwowość sektora lepiej niż jakiekolwiek deklaracje o „dialogu”. W czwartek 11 czerwca 2026 r. Rzecznik Generalny TSUE przedstawi opinię w polskiej sprawie C-831/24 (z przydomkiem „Machski”), zainicjowanej pytaniami Sądu Rejonowego w Białymstoku. Od razu trzeba ostudzić emocje: opinia to nie wyrok. Jest niewiążącą propozycją rozstrzygnięcia, a samego orzeczenia — skoro sprawa jest świeża — należy spodziewać się najpewniej dopiero za kilkanaście miesięcy. Rzecz w tym, że Trybunał w praktyce bardzo często podąża za opinią, więc jej kierunek będzie czytany jak zapowiedź wyroku.
Pod lupę trafiają trzy kwestie. Pierwsza, najbardziej kłopotliwa dla banków: czy gdy konsument powołuje się na sankcję kredytu darmowego i wskaże w oświadczeniu konkretne naruszenia, sąd ma obowiązek badać z urzędu także inne uchybienia — te, których kredytobiorca nie wymienił. Druga dotyczy standardu informacyjnego, czyli jak szczegółowo bank musi opisać choćby zasady wcześniejszej spłaty. Trzecia to proporcjonalność: czy sankcję można wyłączyć przy naruszeniach uznanych za nieistotne. Pierwsze pytanie brzmi technicznie, ale jego stawka jest ogromna.
Dlaczego? W scenariuszu prokonsumenckim — gdyby Trybunał poszedł za szeroką wykładnią obowiązku badania z urzędu — sąd musiałby w każdej sprawie dotyczącej spłaty kredytu konsumenckiego sam, z własnej inicjatywy, prześwietlać umowę pod kątem naruszeń uzasadniających SKD. To odwróciłoby dzisiejszą logikę procesu. Obecnie ciężar wskazania i wykazania konkretnych uchybień spoczywa w praktyce na kredytobiorcy; po prokonsumenckiej wykładni wystarczyłoby trafić do sądu, a resztę „dopowiedziałby” sam sąd. W połączeniu z kwietniowym wyrokiem C-744/24 — który zakwestionował powszechną w umowach konstrukcję naliczania odsetek od kredytowanych kosztów — roszczenie dałoby się opierać na jednym, prostym zarzucie zamiast na żmudnej analizie kilkunastu klauzul. A skoro kredytowane koszty zawiera zdecydowana większość umów, mówimy o portfelu liczonym w setkach tysięcy, a potencjalnie w milionach kredytów gotówkowych, ratalnych i konsolidacyjnych z ostatnich kilkunastu lat.
To jest właśnie ta „giga fala”, której sektor obawia się najbardziej — i której, w odróżnieniu od dzisiejszych 25–30 tys. spraw, nie dałoby się już opanować po staremu. Tu domyka się układanka z wcześniejszej części tekstu. Propozycja ugód „na etapie reklamacji” i równoległe zabiegi o „proporcjonalną” sankcję przestają wyglądać na zbieg okoliczności akurat na kilka dni przed opinią Rzecznika Generalnego. To podręcznikowe zarządzanie szkodą: jeśli wielkiej fali nie da się zatrzymać, trzeba ją przekierować w tańsze koryto — wygasić jak najwięcej spraw indywidualnie, zanim orzecznictwo się utrwali, i jednocześnie obniżyć ustawowy „sufit” odpowiedzialności. Mówiąc wprost: skoro stracić i tak trzeba, gra toczy się o to, by stracić jak najmniej.
Że to nie spekulacja, pokazuje sposób, w jaki banki rozgrywały już same sprawy zawisłe w Luksemburgu. W sprawie C-744/24 Bank Pekao — jak odnotował sam Trybunał w uzasadnieniu — na kilka miesięcy przed wyrokiem uznał roszczenie konkretnego kredytobiorcy i je zaspokoił, co w praktyce mogło prowadzić do wycofania sprawy z wokandy i uniknięcia niewygodnego precedensu. Manewr się nie powiódł, bo sąd we Włodawie poinformował TSUE, że spór nadal trwa, i wyrok zapadł mimo wszystko. Wcześniej, według doniesień, analogiczny zabieg udał się w sprawie C-566/24 — tam bank uznał roszczenia powoda na krótko przed spodziewaną opinią, doprowadzając do wykreślenia sprawy. Wniosek jest niewesoły: gdy w grę wchodzi precedens mogący otworzyć drzwi tysiącom spraw, część sektora woli zapłacić jednemu klientowi, byle nie dopuścić do orzeczenia, które pomogłoby wszystkim.
Rynek już ustawia się pod ten scenariusz. Wyspecjalizowane, notowane na giełdzie podmioty otwarcie zapowiadają intensyfikację działań w sprawach SKD w drugiej połowie 2026 r., a relacje o zmianie nastawienia sędziów po wyroku C-744/24 — sygnalizowanej również przez pełnomocników konsumentów — wskazują, że trend zaczyna przechylać się na stronę kredytobiorców. Po stronie publicznej słychać z kolei apele Ministerstwa Sprawiedliwości o pilne rozwiązania legislacyjne. Wszyscy szykują się na to samo zdarzenie — tyle że z bardzo różnych powodów.
Warto jeszcze zobaczyć, dlaczego ta jedna, z pozoru „techniczna” opinia waży tak dużo dla bilansów — bo to tłumaczy, dlaczego sektor tak się wije. Po pierwsze, pytanie o badanie z urzędu uderza w fundament dzisiejszej ekonomii sporu. Dziś realną barierą dla kredytobiorcy jest koszt i wiedza prawna potrzebne, by samodzielnie wskazać konkretne uchybienia; gdyby to sąd miał je wychwytywać z urzędu, bariera w dużej mierze znika, a liczba spraw realnie „grywalnych” rośnie skokowo. Po drugie, raz ustalona logika „sąd bada sam” nie zostanie w granicach kredytów gotówkowych — to gotowy szablon, po który pełnomocnicy sięgną w sporach o WIBOR i kredyty złotowe, gdzie w grę wchodzą portfele wielokrotnie większe. Po trzecie, banki wchodzą w ten moment słabo zabezpieczone: rezerwy na SKD bywają symboliczne wobec wartości roszczeń — w PKO BP na koniec marca 2026 r. były rzędu kilku milionów złotych przy sporach idących w setki milionów. Prokonsumencki obrót sprawy wymusiłby gwałtowne dotworzenie rezerw, a to uderza wprost w wynik i kapitał. Stąd to „wicie się”: im bliżej twardego orzecznictwa, tym droższa staje się każda zwłoka.
Pamięć rynku: jak banki „rozwiązywały” problem frankowy
Żeby ocenić wiarygodność dzisiejszej oferty „dogadania się”, trzeba cofnąć się do poprzedniej wielkiej batalii. Scenariusz frankowy to podręcznikowy przykład tego, jak sektor podchodzi do sporów z kredytobiorcami: najpierw twardy opór, potem kolejne linie obrony, a gotowość do ugody — dopiero po seriach przegranych.
Symbolem tej postawy stała się rozprawa przed TSUE 12 października 2022 r. w sprawie C-520/21. Przewodniczący KNF Jacek Jastrzębski — formalnie bezstronny — kreślił przed Trybunałem wizję finansowego „armagedonu”, jaki miałby nastąpić, gdyby bankom odmówić wynagrodzenia za korzystanie z kapitału po unieważnieniu umowy. W odpowiedzi jeden z sędziów zapytał wprost, czy skoro tak, to polski rynek finansowy jest oparty na nieuczciwości i czy nie należałoby tego stanu naprawić. Trybunał w czerwcu 2023 r. ograniczył roszczenia banków do zwrotu kapitału i odsetek ustawowych za opóźnienie — wynagrodzenie za kapitał odpadło.
Co działo się dalej, jest dziś dobrze udokumentowane. Po porażce z „wynagrodzeniem” część banków próbowała dochodzić waloryzacji kapitału — bezskutecznie. Sięgano po prawo zatrzymania, by zablokować konsumentom odsetki za opóźnienie — TSUE i tę praktykę ograniczył. Później Trybunał zakwestionował żądanie zwrotu pełnej nominalnej kwoty kredytu w oderwaniu od dokonanych spłat (C-396/24, czerwiec 2025 r.) oraz obciążanie konsumentów nadmiernymi kosztami przegranych spraw (C-746/24, listopad 2025 r.). Masowe ugody — których, jak przypomina ZBP, zawarto już blisko 185 tys. — przyszły więc nie jako pierwszy odruch, lecz jako konsekwencja przegranego sporu prawnego.
Z tej historii płynie wniosek, który warto trzymać w głowie, czytając obecne deklaracje: w sporach z konsumentami „konstruktywna” postawa sektora pojawiała się zwykle wtedy, gdy alternatywą było ponoszenie coraz większych strat w sądach.
Ugoda czy zarządzanie ryzykiem? Jak czytać ofertę banków
W ocenie autora wczesne porozumienie w sprawach SKD może być dwiema bardzo różnymi rzeczami naraz. Z jednej strony to autentyczna deeskalacja: szybsze pieniądze dla klienta, mniej kosztownych procesów, odciążenie sądów. Z drugiej — narzędzie do zamknięcia ryzyka po stronie banku na korzystnych dla niego warunkach, zanim linia orzecznicza zdąży się utrwalić na niekorzyść sektora. Różnicę widać w detalach.
|
Sektor — jak przyznaje Białek — pracuje już z Rzecznikiem Finansowym nad rozwiązaniami, które mają wyeliminować masowość spraw w sądach, a w nowych umowach banki zamierzają odejść od kredytowania prowizji. Na szczegóły, zastrzega prezes ZBP, jest jeszcze za wcześnie. — Tadeusz Białek, prezes ZBP (relacja z EKF 2026) |
Kluczowe pytanie brzmi: co dokładnie obejmuje ugoda? Pełna sankcja kredytu darmowego oznacza zwrot kapitału bez odsetek i bez kosztów. Jeśli proponowane porozumienie redukuje jedynie część odsetek albo zwraca skredytowaną prowizję, a resztę pozostawia bez zmian, to ekonomicznie jest ono dla banku znacznie tańsze niż przegrany proces o SKD. Druga rzecz to przyszłość: TSUE w sprawie C-744/24 dopuścił, by banki rekompensowały sobie zakaz oprocentowania kosztów wyższą stopą od kwoty netto kredytu. W praktyce część rachunku za dzisiejsze spory może więc zostać przerzucona na przyszłych kredytobiorców w postaci droższego kredytu.
Sektor ma też własną, wcale nie bezpodstawną narrację: prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego przypomina, że za frankowy transfer rzędu 100 mld zł zapłacili w dużej mierze deponenci, czyli „milcząca większość”, którą również trzeba chronić. To uczciwy kontrapunkt — koszty rozliczeń nie znikają, tylko rozkładają się po obu stronach bilansu. Pytanie tylko, czy z tej diagnozy ma wynikać realna ochrona po obu stronach, czy raczej pretekst do osłabienia sankcji wobec naruszeń, które banki same popełniły.
Co to oznacza dla kredytobiorców, banków, sądów i ustawodawcy
Dla kredytobiorców wniosek jest praktyczny: oferta ugody to początek negocjacji, a nie ich koniec. Warto policzyć, ile realnie daje proponowane porozumienie w porównaniu z pełną sankcją, i pamiętać, że roczny termin na złożenie oświadczenia o SKD jest nieubłagany. Zastrzeżenie pozostaje aktualne — wynik konkretnej sprawy zależy od treści umowy i oceny sądu, a dotychczasowa linia wciąż częściej sprzyja bankom. Punktem wyjścia jest zawsze rzetelna analiza własnej umowy.
Dla banków wczesne ugody to sposób na ucięcie „ogona” ryzyka i uniknięcie scenariusza, w którym jeden przełomowy wyrok otwiera drzwi do tysięcy łatwych pozwów opartych na jednym zarzucie. Dla sądów — szansa, by nie powtórzyć frankowego zatoru. Dla ustawodawcy zaś najtrudniejsze zadanie: wdrożyć CCD2 do listopada i przeformułować sankcję tak, by była proporcjonalna, skuteczna i odstraszająca — a więc spełniała wymóg dyrektywy — bez wypłukania jej z realnej dolegliwości. Granica między „proporcjonalnością” a „wybiciem zębów” sankcji jest tu cienka i to na niej rozegra się najważniejszy spór najbliższych miesięcy.
Dwie gry toczone naraz. Czego nie widać w komunikatach
Najwięcej mówi tu to, czego banki nie mówią wprost. Instytucja finansowa nie proponuje, że zapłaci, gdy jej modele ryzyka podpowiadają, że proces wygra — robi to wtedy, gdy oczekiwana wartość sporu zaczyna się przechylać na jej niekorzyść. Sama gotowość do „proaktywnych” ugód jest więc komunikatem: to w praktyce wewnętrzne wyceny ryzyka sektora sygnalizują, że wyrok C-744/24 i dryf orzecznictwa przesunęły prawdopodobieństwa. I oferta nie podróżuje samotnie. Przy jednym stole banki wygaszają pojedyncze sprawy ugodami; przy drugim zabiegają, by sankcję uczynić „proporcjonalną”. Te dwa stoły nie biegną równolegle — one się wzajemnie wzmacniają. Dźwignia legislacyjna brzmi mniej więcej tak: dogadajmy się teraz, póki sankcja jest jeszcze mocna, bo trwają prace nad tym, żeby ją osłabić. Kredytobiorca, który czyta wyłącznie pojednawczy nagłówek, negocjuje, nie widząc nacisku budowanego równolegle w procesie ustawodawczym.
Dlatego „proporcjonalność” warto prześwietlić, bo pełni dwie różne funkcje pod jedną nazwą. Proporcjonalność w rozumieniu TSUE (C-472/23) to filtr na wejściu — pyta, czy dane naruszenie było na tyle poważne, by w ogóle uzasadnić sankcję, i dla realnych uchybień pozostawia pełne SKD nietknięte. Postulowane przez sektor miarkowanie to co innego: skalowanie kary w dół niezależnie od wagi naruszenia. Jedno i drugie da się nazwać „proporcjonalnym”, lecz rozkładają ryzyko w przeciwnych kierunkach, a ich utożsamienie pozwala branży pożyczyć autorytet Trybunału pod znacznie wygodniejszą dla siebie konstrukcję. Głębsza ironia jest taka, że nawet „wygrana” konsumentów ma nieszczelne dno. Wyrok C-744/24 wprost dopuszcza repricing — odzyskanie utraconych odsetek od kosztów przez wyższą stopę liczoną od kwoty netto — więc część rachunku za wczorajsze umowy po cichu spada na jutrzejszych kredytobiorców. A w modelu cesji lwią część odzyskanej wartości przejmują firmy skupujące roszczenia za ułamek ceny. Po obraniu z retoryki widać mechanizm, który nie jest ani prosto „prokonsumencki”, ani „probankowy”: dekada sporów grozi tym, że majątek przepłynie nie tyle od banków do konsumentów, ile od jednej grupy konsumentów — do kancelarii i do drugiej grupy konsumentów. Odstraszający efekt, którego wymaga unijna dyrektywa, zostaje wtedy stępiony nie przez uchylenie sankcji, lecz przez to, że rynek nauczył się ją obchodzić. I to jest realne ryzyko, o którym w sporze „banki kontra UOKiK” mówi się najmniej.
Mądrze albo „po bankowemu”. Dwie drogi, którymi może pójść sektor
Skoro banki i tak ruszają do działania, pytanie nie brzmi już „czy”, lecz „jak”. A tu różnica jest fundamentalna — i to ona, bardziej niż sama opinia Rzecznika Generalnego, przesądzi o ostatecznym rachunku: finansowym i wizerunkowym.
Wariant rozsądny: ugoda, która naprawdę odwzorowuje sankcję
Mądre zagranie jest policzalne. To przejrzysty, ustandaryzowany program, w którym bank — proaktywnie, już na etapie reklamacji — proponuje rozliczenie realnie zbliżone do skutków SKD: rezygnację z odsetek i kosztów tam, gdzie umowa faktycznie była wadliwa, według jasnych, ogłoszonych z góry kryteriów. Korzyść jest obopólna. Bank zamyka ryzyko w sposób przewidywalny, zanim orzecznictwo utrwali gorszy dla niego scenariusz, odciąża sądy i — co w tej układance bywa niedoceniane — zatrzymuje klienta u siebie, zamiast oddawać 85–90 proc. wartości roszczenia firmom skupującym wierzytelności. W skali sektora uczciwy program ugód jest po prostu tańszy niż fala kilkudziesięciu tysięcy procesów, a przy okazji odbudowuje zaufanie, które po sadze frankowej jest na wagę złota. Bank, który zrobi to pierwszy i rzetelnie, może nawet zamienić problem w przewagę konkurencyjną.
Wariant „po bankowemu”: dialog na pokaz
Jest jednak druga droga — ta, którą sektor zna najlepiej. Polega na tym, by ogłosić „dialog”, a w praktyce oferować ugody przycinające ułamek kosztów, obwarowane drobnym drukiem i szerokim zrzeczeniem się roszczeń; zwlekać na etapie reklamacji, aż klient i tak pójdzie do sądu; rozliczać polubownie głównie sprawy najsłabsze, byle nie dopuścić do niewygodnego precedensu — dokładnie jak w manewrach wokół spraw zawisłych w Luksemburgu; a równolegle przepychać w ustawie „proporcjonalność”, która utnie sankcję także tym, którzy niczego nie podpiszą. Do tego dochodzi cichy repricing: rachunek za wczorajsze umowy ląduje na jutrzejszych kredytobiorcach w postaci wyższego oprocentowania. Krótkoterminowo wygląda to na opanowanie sytuacji. W dłuższej perspektywie to powtórka z franków — proces wlecze się latami, narrację i klientów przejmują kancelarie, zaufanie topnieje, a kolejna polska sprawa trafia do Trybunału, który, jak w 2022 r., może znów zapytać wprost, czy rynek finansowy jest u nas budowany na nieuczciwości.
Różnica między tymi drogami nie jest kosmetyczna. Pierwsza ogranicza straty i kupuje sektorowi coś, czego nie da się dotworzyć żadną rezerwą — wiarygodność. Druga pozwala stracić mniej dziś, by zapłacić więcej jutro, i to nie tylko w pieniądzu. W ocenie autora to, którą z nich wybiorą banki, będzie najlepszym testem, czy z sagi frankowej rzeczywiście wyciągnęły wnioski — czy tylko nauczyły się ją lepiej opakowywać.
Co dalej
Gotowość banków do rozmowy jest sama w sobie dobrą wiadomością — zwłaszcza w zestawieniu z frankową szkołą twardego oporu. Ale doświadczenie ostatniej dekady każe oceniać ją po warunkach, a nie po deklaracjach. Jeśli ugody realnie odwzorują skutki sankcji kredytu darmowego, a nowa ustawa wprowadzi karę miarkowaną, lecz wciąż odczuwalną, będzie to rzadki przykład wyciągnięcia wniosków z przeszłości. Jeśli zaś „polubowne rozwiązanie” okaże się sposobem na przeczekanie niewygodnego orzecznictwa i równoległe rozmiękczenie prawa — to znaczy, że rynek po prostu zmienił narzędzia, nie podejście.
Najbliższy test wypadnie szybko: na linii orzeczniczej po wyroku C-744/24 i na kształcie nowelizacji wdrażającej CCD2. Pytanie, które zostawiamy czytelnikowi, jest proste — czy tym razem banki naprawdę chcą rozwiązać problem z kredytobiorcami, czy tylko rozwiązać swój problem z kredytobiorcami?
| Stan prawny na 10 czerwca 2026 r. Tekst ma charakter informacyjno-publicystyczny i nie stanowi porady prawnej. Skutki sankcji kredytu darmowego w indywidualnej sprawie zależą od treści umowy oraz oceny sądu. Przywołane wyroki TSUE (m.in. C-744/24, C-472/23, C-520/21) wyznaczają kierunek wykładni, lecz o konsekwencjach w konkretnym sporze rozstrzygają sądy krajowe. Zapowiadana na 11 czerwca 2026 r. opinia Rzecznika Generalnego w sprawie C-831/24 jest niewiążącą propozycją rozstrzygnięcia i nie przesądza treści przyszłego wyroku, który zapadnie później; w chwili publikacji jej treść nie była jeszcze znana. |





