Polskie sądy od lat zmagają się z lawiną pozwów frankowych, powodującą coraz większe zatory. W niektórych sądach na pierwszą rozprawę czeka się już 4–6 lat, a w skrajnych przypadkach wyznaczane są terminy dopiero na 2031 rok. W Warszawie utworzono specjalny XXVIII Wydział Cywilny do spraw frankowych rozpatrujący sprawy frankowe w pierwszej instancji, ale wciąż na rozprawę trzeba czekać w skrajnych przypadkach nawet 2 lata. Według szacunków w polskich sądach zalega blisko 200 tysięcy spraw frankowych, co poważnie obciąża wymiar sprawiedliwości. Zamiast jednak sięgnąć po oczywiste rozwiązanie – wzmocnienie sądów kadrowo – rząd lansuje proceduralne eksperymenty, takie jak program „Mediacji Frankowej” czy specjalna ustawa frankowa. Rządowe pomysły mają rzekomo przyspieszyć postępowania, ale w praktycy wskazują, że nie rozwiązują one problemu i są postrzegane jako nieefektywne półśrodki.
Nie ustawa frankowa tylko kadry działają cuda: przykład warszawskiej apelacji
W ostatnim czasie najlepszą ilustracją skuteczności podejścia opartego na kadrach jest Sąd Apelacyjny w Warszawie. To właśnie w tej jednostce – najbardziej obciążonej sprawami frankowymi w kraju – postanowiono stawić czoła kryzysowi w tradycyjny sposób: poprzez utworzenie nowego wydziału i zwiększenie liczby orzeczników oraz personelu. W styczniu 2025 r. powołano w warszawskiej apelacji VIII Wydział Cywilny dedykowany sprawom frankowym (symbol repertorium 049cf), do którego przeniesiono 2163 sprawy z innych wydziałów na start. Wydział ten obsadzono 12 etatowymi sędziami (wszystkie wakaty od razu zapełniono) oraz wsparto dodatkowymi delegacjami sędziów z sądów okręgowych – na koniec półrocza delegowanych było 7 sędziów.
Efekt? Statystyki poszybowały w górę. W I półroczu 2025 r. wydziały cywilne warszawskiej apelacji (I, V, VI i VIII) otrzymały 15 595 spraw, a załatwiły 13 917 spraw – niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Wskaźnik opanowania wpływu (stosunek załatwień do wpływu) wzrósł do 89,2%, podczas gdy rok wcześniej wynosił tylko 48,4%. Szczególnie imponujący postęp widać w sprawach frankowych: w pierwszej połowie 2025 r. załatwiono 3685 spraw 049cf (głównie apelacji frankowych) przy wpływie 5473 – co daje opanowanie na poziomie 67,3% (rok wcześniej zaledwie 24,2%). Liczba merytorycznych rozstrzygnięć (wyroków i umorzeń) w sprawach frankowych wzrosła o 151% rok do roku. Innymi słowy, warszawska apelacja w pół roku niemal podwoiła swoją wydajność orzeczniczą dzięki lepszemu zorganizowaniu pracy i zwiększeniu liczby sędziów.
Co prawda zaległość w sprawach frankowych wciąż rośnie (na koniec czerwca 2025 r. w SA Warszawa pozostawało 18 647 nierozpoznanych spraw frankowych, o 32% więcej niż rok wcześniej). Jednak wzrost ten wynika z ogromnego punktu wyjścia – lat zaniedbań, gdy sprawy napływały masowo, a sąd nie miał kim ich rozpoznawać. Teraz trend udało się odwrócić: nowych spraw zaczyna wpływać mniej (w I połowie 2025 r. wpływ frankowy spadł o 10% rok do roku), a załatwialność gwałtownie wzrosła o 149%. Jeśli warszawska apelacja utrzyma obecne tempo, jest szansa, że już w III kwartale 2025 r. będzie załatwiać więcej frankowych apelacji niż otrzymuje – i zacznie realnie redukować zaległości.
Nie stało się to dzięki jakiejkolwiek ustawie czy rewolucji procedury, lecz dzięki oddolnym działaniom samego sądu. Prezes i kierownictwo SA w Warszawie skutecznie zabiegali o zwiększenie obsady: już w pierwszej połowie 2025 r. średnio aktywnie orzekało tam równoważnik 51,4 etatów sędziowskich (łącznie sędziów etatowych i delegowanych), podczas gdy rok wcześniej było to tylko około 40. Liczba sędziów delegowanych z innych sądów wzrosła w ciągu roku z 3 do 14. Warto podkreślić, że limit etatów formalnie niewiele się zmienił – w 2024 r. wynosił 52, w 2025 r. 50 – ale dopiero jego faktyczne wypełnienie i wzmocnienie delegacjami przełożyło się na wynik. Do tego doszła oczywiście ciężka praca sędziów i referendarzy, ale bez zwiększenia ich liczby nawet największa gorliwość nie zdziałałaby cudów.
Sukces warszawskiej apelacji nie przeszedł bez echa. Sędzia Alicja Fronczyk, rzeczniczka prasowa ds. cywilnych tego sądu, komentując te wyniki, celnie zauważyła: „Jak widać, do wzrostu liczby załatwień spraw nie są nieodzowne proceduralne zmiany ustawowe; wystarczy zwiększenie obsady sędziowskiej i urzędniczej.” Innymi słowy – wytężona praca plus kadry są w stanie nadgonić nawet ogromny kryzys, i to bez czekania na specjalne ustawy czy „cudowne” programy z Ministerstwa Sprawiedliwości.
Program mediacji frankowych – dobre chęci, fatalne skutki
W tym samym czasie, gdy warszawski sąd apelacyjny poprawiał statystyki tradycyjnymi metodami, Ministerstwo Sprawiedliwości promowało alternatywne rozwiązanie: pilotaż mediacji w sprawach frankowych. Od 1 lutego 2025 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie (Wydział XXVIII Cywilny, tzw. „frankowy”) ruszył program zachęcający strony do zawierania ugód. Na papierze brzmi to świetnie – odciążyć sędziów dzięki polubownym porozumieniom – jednak rzeczywistość okazała się brutalna. Frankowicze nie chcą mediacji, a banki nie oferują ugód atrakcyjnych dla klientów. W efekcie program stał się organizacyjną porażką, która zamiast usprawnić postępowania, tylko je komplikuje.
Statystyki mówią same za siebie: w ciągu pierwszych 7 tygodni trwania pilotażu (14.02–4.04.2025) sędziowie SO Warszawa skierowali do mediacji 1418 spraw frankowych. Do 7 kwietnia ugodą zakończyły się zaledwie 27 spraw! To mniej niż 2% skuteczności – praktycznie błąd statystyczny, ukazujący, że strony nie są zainteresowane polubownym załatwieniem. Mimo to procedura toczy się dalej: do lata skierowano do mediacji kolejne tysiące spraw. Do 30 lipca 2025 r. w ramach programu mediacji frankowej objęto już 3982 sprawy, z czego ugodę zawarto w niewielkiej liczbie. Wiele wskazuje na to, że cały ten program nie tylko nie pomaga obywatelom, ale też tworzy nowe problemy i budzi frustrację.
Presja i chaos zamiast ugód
Frankowicze od początku patrzyli na pomysł mediacji sceptycznie – i nic dziwnego. Zdecydowana większość pozwów frankowych trafiających do sądów to sprawy osób, które świadomie odrzuciły oferty ugód bankowych i wybrały drogę sądową, licząc na korzystny wyrok. Banki od 2020 r. masowo proponowały klientom przewalutowania lub inne porozumienia – do początku 2024 r. zawarto ok. 130 tysięcy ugód pozasądowych. Jednocześnie w samym tylko 2023 r. do sądów wpłynęło niemal 70 tysięcy nowych spraw frankowych. To pokazuje, że dziesiątki tysięcy kredytobiorców odrzuciły polubowne rozwiązania i celowo wybrały sąd. Powód jest prosty: wygrywając proces frankowicz zyskuje znacznie więcej niż poprzez ugodę. Dodatkowo nawet jeśli musi czekać latami na wyrok to i tak się to opłaca.
Orzecznictwo sądów (wsparte wyrokami TSUE) jest obecnie jednolite – kredytobiorcy wygrywają 97–98% spraw przeciw bankom. Prawomocny wyrok oznacza zwykle unieważnienie umowy kredytu i zwrot bankowi tylko kwoty wypłaconego kapitału, podczas gdy bank musi oddać wszystkie wpłacone raty, prowizje i odsetki. Co więcej, od tych kwot naliczane są ustawowe odsetki za opóźnienie (obecnie dwucyfrowe – np. 11,25% w 2024 r.) za cały czas trwania procesu. W praktyce zatem każdy miesiąc opóźnienia rozstrzygnięcia to rosnąca korzyść finansowa dla frankowicza – bank będzie musiał zapłacić mu dodatkowo pokaźne odsetki za zwłokę. Wg wyliczeń prawników, przy roszczeniu o zwrot 200 tys. zł trzyletni proces powiększa należność konsumenta o ok. 67,5 tys. zł odsetek. Nie dziwi więc, że świadomi kredytobiorcy nie mają bodźca, by na siłę skracać postępowanie poprzez rezygnację z części roszczeń w ugodzie. Jak ujął to obrazowo jeden z analityków rynku: po co frankowicz ma godzić się na warunki ugody – np. przewalutowanie kredytu i częściowe umorzenie – skoro wie, że ma prawo do całkowitego unieważnienia „toksycznej” umowy i pełnego zwrotu?
Krótko mówiąc: kto chciał ugody, ten już ją zawarł. Ci, którzy dotarli ze swoją sprawą do sądu w 2025 r., chcą wyroku, nie rozmów. Wprowadzanie mediacji na etapie, gdy praktycznie wszyscy ugodowo nastawieni dawno “odsiali się” z kolejki, jest działaniem spóźnionym i chybionym – co sami frankowicze podkreślają. Ich zdaniem program „Mediacja Frankowa” jest nikomu niepotrzebny (no, może poza mediatorami, którzy zarabiają na nim niemałe pieniądze). Przeciętny frankowicz nie widzi w mediacji żadnej wartości dodanej, bo nie otrzyma dzięki niej nic, czego nie zagwarantowałby mu sąd. Wręcz przeciwnie – ugoda wymaga ustępstw na rzecz banku i rezygnacji z części należnych pieniędzy. W oczach klientów każda ugoda jest więc gorsza niż wygrana w procesie.
Ministerstwo liczyło, że groźba wieloletniego procesu skłoni część kredytobiorców do rozmów z bankami. Jednak dla wielu frankowiczów paradoksalnie długi proces to nie problem, a czasem wręcz dodatkowy zysk. „Presja czasu leży po stronie banków, nie klientów” – zauważają prawnicy. Banki chcą zamknąć sprawy szybko, by ograniczyć koszty odsetek i rezerw, ale konsumenci nie mają powodu się spieszyć. Trudno więc przypuszczać, by kredytobiorca, który świadomie odrzucił ugody i wybrał sąd, nagle zmienił zdanie pod wpływem sądowego mediatora.
Błędne założenia i organizacyjny chaos w mediowaniu ugód w Warszawie
Nie tylko motywacja stron okazała się przeszkodą. Również organizacja programu mediacyjnego pozostawia wiele do życzenia – co podnoszą zarówno prawnicy, jak i sami sędziowie. Wielu obserwatorów uważa, że Ministerstwo Sprawiedliwości nie przygotowało należycie projektu, co poskutkowało falstartem. „Mediacje frankowe to program, który od samego początku wzbudza mieszane uczucia… niestety dużo w tym winy resortu, który nie podszedł do projektu z należytą starannością” – ocenia jedna z analiz.
Przede wszystkim kontrowersje wzbudziło narzucenie obowiązkowych spotkań informacyjnych z mediatorem. Z dnia na dzień sędziowie tzw. wydziału frankowego SO Warszawa zaczęli wzywać strony na przymusowe posiedzenia z mediatorem, nierzadko z bardzo krótkim (kilkudniowym) wyprzedzeniem. Kredytobiorcy dostawali wezwania na spotkanie np. za 2–3 dni, co uniemożliwiało im rzetelne przygotowanie się czy konsultację z pełnomocnikiem. Często też termin wyznaczano zanim strona zdążyła formalnie odmówić udziału w mediacji, przez co odmowa stawała się fikcją – spotkanie i tak się odbywało, czy tego chcieli czy nie. Co gorsza, do mediacji kierowano nawet sprawy bardzo zaawansowane, które toczyły się od lat i były tuż przed finałem. Zdarzały się przypadki, że strony czekały na ostatnią rozprawę przed wyrokiem, a zamiast tego dostały z sądu zaproszenie do mediatora.
O jakości samej mediacji też trudno powiedzieć wiele dobrego. Mediatorzy zaangażowani w pilotaż – zwłaszcza na początku – nie popisali się profesjonalizmem.
Raport Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości wskazał, że w polskich mediacjach cywilnych pokutują niskie kwalifikacje mediatorów i łatwy dostęp do tego zawodu. Niestety, potwierdziło się to na przykładzie spraw frankowych. Mediatorom brakuje szkolenia z tematyki finansowej i bankowej – wielu nie orientuje się w specyfice umów kredytowych ani aktualnym orzecznictwie w sprawach frankowych. Skutkiem są liczne nieprofesjonalne zachowania podczas posiedzeń mediacyjnych. Frankowicze skarżą się w mediach społecznościowych, że mediatorzy często byli natarczywi, próbując na siłę namówić ich na ugodę mimo jasnej odmowy już na wstępie.
Pojawiły się nawet relacje o mediatorach, którzy próbowali „zmiękczać” kredytobiorców groźbami: strasząc ich, że jeśli nie wezmą udziału w mediacji, to sąd może ich obciążyć kosztami procesu bez względu na wynik sprawy. Takie sygnały są wyjątkowo alarmujące – oznaczają, że idea dobrowolności mediacji została wypaczona, a zaufanie obywateli do bezstronności postępowania jeszcze bardziej nadwątlone.
Prawnicy zauważają, że banki opieszale podchodzą do mediacji – zdarza się, że nie odsyłają na czas dokumentów, przeciągają terminy pierwszych spotkań, a ich decyzje zapadają na ostatnią chwilę. – „Problem ujawnił się już na początku programu – sądy wysyłały wnioski o mediację do banków, a te milczały przez wiele tygodni” – opowiada nam jeden z warszawskich adwokatów. W efekcie mediacja tylko wydłuża postępowanie – sprawa stoi w miejscu, czekając aż bank raczy zająć stanowisko. Gdy ugoda i tak nie zostaje zawarta, wraca do punktu wyjścia, a sędzia musi wyznaczać kolejne rozprawy po miesiącach przerwy.
Podsumowując: program mediacji frankowych w obecnej formie zawodzi na wielu polach. Społecznie – bo nie odpowiada na potrzeby kredytobiorców, którzy czują się raczej przymuszani niż zachęcani. Organizacyjnie – bo generuje chaos, opóźnienia i dodatkową pracę (np. organizacja posiedzeń informacyjnych, korespondencja z mediatorami, itp.). Statystycznie – bo niemal nie przynosi ugód, które odciążyłyby sędziów. I wreszcie wizerunkowo – bo podważa zaufanie do sądów, gdy obywatele widzą, że bardziej niż wyrok próbuje im się „sprzedać” ugodę na gorszych warunkach. Nic dziwnego, że środowiska frankowiczów mówią wprost: „Zmuszanie nas do mediacji to droga donikąd. To tylko gra na czas – sądy markują działania, a my tracimy cenny czas i nerwy”.
Ustawa frankowa – leczenie dżumy cholerą?
Drugim filarem rządowego planu ratunkowego jest specjalna ustawa frankowa, nad którą Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje od końca 2024 r. Projekt tej ustawy – oficjalnie nazywanej ustawą o szczególnych rozwiązaniach w zakresie rozpoznawania spraw kredytów frankowych – został wpisany do planu prac rządu na 2025 r. Założenie jest takie, by uproszczonymi procedurami i innymi mechanizmami usprawnić rozpoznawanie pozwów frankowych w sądach. Według resortu zmiany te mają być „odpowiedzią na wyzwania wynikające z obecnej sytuacji w polskim wymiarze sprawiedliwości”, czyli mówiąc wprost – panaceum na sądowy paraliż frankowy.
Ministerstwo przedstawia tę ustawę jako cudowną receptę na kolejki w sądach. Co ciekawe jednak, oficjalnie argumentuje, że nowe przepisy mają służyć nie tyle frankowiczom czy bankom, co… sądom i pozostałym obywatelom.
Pełnomocniczka ds. ochrony praw konsumentów przy rządzie, dr Aneta Wiewiórowska-Domagalska, broni projektu mówiąc, że chodzi o odciążenie sądów, by inni obywatele nie cierpieli na wydłużających się postępowaniach cywilnych. Taka retoryka mocno niepokoi frankowiczów i ich rzeczników, bo sugeruje gotowość do ograniczenia praw jednej grupy w imię poprawy statystyk ogółu. Rzecznik Praw Obywatelskich oceniał wprost, że Ministerstwo chce „pozbawić kredytobiorców frankowych przysługujących im gwarancji procesowych” w imię przyspieszenia innych spraw.
W podobnym tonie wypowiadają się organizacje społeczne – stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu – w konsultacjach skrytykowało projekt. Ich zdaniem ustawa skupia się na ułatwieniach dla banków, a nie ochronie konsumentów. Wskazują, że prawdziwą „receptą na paraliż w sądach” powinno być raczej większe obciążenie banków kosztami i odsetkami za opóźnienie, tak aby to banki przestały przedłużać sprawy – a nie dawanie im ulg kosztem konsumentów.
Banki zresztą również nie są do końca zadowolone. O ile popierają one pomysły proceduralne (jak łączenie roszczeń czy uproszczenie postępowań), o tyle obawiają się innych zapisów. Poza wspomnianym sprzeciwem wobec wykonalności wyroków I instancji, Związek Banków Polskich negatywnie ocenia też zbyt daleko idące – ich zdaniem – przywileje dla pozywających. Przykładowo, automatyczne wstrzymanie spłaty rat już od złożenia pozwu budzi sprzeciw bankowców. Postulują oni, by ograniczyć tę ochronę tylko do sytuacji, gdy kredytobiorca spłacił już przynajmniej równowartość pożyczonego kapitału. Inaczej banki boją się nadużyć (np. zaprzestania spłaty przez osoby, które oddały niewiele). Ministerstwo Finansów z kolei ostrzega, że ustawa… może odbić się negatywnie na ugodach. MF zauważyło, że niektóre planowane rozwiązania mogą zniechęcić frankowiczów do zawierania ugód pozasądowych i skłonić kolejnych do wejścia na drogę sądową, co paradoksalnie pogorszy bilanse banków (wskutek większych rezerw i mniejszych wpływów od ugodowiczów) oraz zmniejszy ich wpłaty z tytułu CIT. Widać więc, że nawet w rządzie opinie o projekcie są podzielone.
Wśród sędziów orzekających w sprawach frankowych projekt również nie wzbudza entuzjazmu. Wielu z nich wskazuje, że proponowane zmiany to w gruncie rzeczy kosmetyka, która nie usunie głównej bolączki – braków kadrowych i logistycznych. – „Owszem, pewne usprawnienia proceduralne są potrzebne, ale to tylko półśrodek. Bez doinwestowania sądów w ludzi i narzędzia dalej będziemy dreptać w miejscu” – mówi anonimowo jeden z sędziów warszawskiego Sądu Okręgowego.
Głośnym echem odbiło się w środowisku orzeczniczym stanowisko warszawskiej apelacji, która wprost udowodniła skuteczność drogi kadrowej. Jak wspomniano wcześniej, dzięki utworzeniu VIII Wydziału i zasileniu sądu dodatkowymi sędziami, udało się radykalnie poprawić wyniki. W rzeczonym sądzie apelacyjnym nie czekano na ustawę frankową ani inne obietnice resortu – pracowano według obowiązujących przepisów, wykorzystując każdy dostępny wakat i delegację. Co więcej, sąd ten nie miał jeszcze żadnych „prezentów” od ministerstwa w postaci nowych narzędzi.
„W I półroczu 2025 roku warszawska apelacja nie miała do dyspozycji zapowiadanych przez resort modułów cyfrowych (tzw. Digitalnego Asystenta Sędziego), nie mogła też pozostawiać bez rozpoznania spraw zażaleniowych – bo taką możliwość dopiero planuje ustawa frankowa – a mimo to odrobiła straty wynikające z kryzysu frankowego” – wylicza jedna z analiz.
Autorzy tych analiz konkludują, że Ministerstwo Sprawiedliwości w minionych kwartałach obiecywało bardzo wiele, ale nie „dowieźli” większości zapowiadanych rozwiązań. Sądy do dziś nie doczekały się np. zapowiadanego kalkulatora rozliczeń frankowych czy narzędzi AI do pisania uzasadnień.
Co prawda resort zwiększył na papierze liczbę etatów asystentów sędziego, ale realnie brakuje chętnych – oferowane wynagrodzenie jest tak niekonkurencyjne (zwłaszcza w dużych miastach), że młodzi prawnicy wolą pracę w sektorze prywatnym. Krótko mówiąc, ministerialne inicjatywy w obszarze frankowym to na razie więcej marketingu niż rzeczywistej pomocy dla sądów.
Zamiast PR-u – realne wsparcie dla sądów
Przykład warszawskiej apelacji pokazuje, że sądy potrafią aktywnie szukać rozwiązań pozwalających pokonać frankowy kryzys, i robią to niezależnie od działań Ministerstwa. Dla tysięcy kredytobiorców to pozytywny sygnał – oznacza bowiem, że bez względu na to, czy i kiedy wejdzie w życie ustawa frankowa, sądy są w stanie reagować na alarmujące statystyki własnymi środkami. Co więcej, reagując, dobierają działania nakierowane na rzeczywistą poprawę wyników, a nie na kreowanie medialnego wizerunku.
Wnioski? Rozwiązanie kryzysu frankowego (i szerzej – usprawnienie postępowań sądowych) nie leży w mnożeniu specjalnych ustaw ani tworzeniu iluzorycznych programów, lecz w wzmocnieniu sądów od wewnątrz. Dodatkowe etaty sędziowskie, więcej wyspecjalizowanych wydziałów, więcej asystentów i urzędników, lepsza organizacja pracy – to środki, które działają tu i teraz. Z kolei półśrodki w postaci odgórnie forsowanych mediacji czy ustaw pisanych na kolanie mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego: wydłużyć postępowania, zwiększyć chaos proceduralny i podważyć zaufanie obywateli.
Nie jest tajemnicą, że rok 2025 to czas ważnych decyzji politycznych. Jednak pozorowane ruchy mogą obrócić się przeciw nim. Frankowicze to grupa dobrze zorganizowana i świadoma swoich praw – trudno ich zadowolić fasadową ustawą czy symbolicznym programem.
Dlatego ostrzegamy przed dalszą zwłoką w realnym wspieraniu sądów. Czas pięknych obietnic i półśrodków minął. Statystyki nie kłamią: tam, gdzie poszły za nimi etaty i pieniądze, widać poprawę. Tam zaś, gdzie pojawiły się tylko nowe pomysły bez pokrycia – problem pozostał. Frankowicze i całe społeczeństwo oczekują od wymiaru sprawiedliwości konkretnych działań i efektów, a nie PR-owych sztuczek. Jeśli rząd faktycznie chce „odkorkować” sądy i przywrócić obywatelom prawo do rozpatrzenia spraw w rozsądnym terminie, powinien na poważnie zająć się kadrowym dofinansowaniem sądownictwa. Bez tego nawet najlepsza ustawa okaże się tylko kolejną kartką papieru, a mediacje – kolejnym straconym czasem.
Polskie sądy potrzebują dziś przede wszystkim rąk do pracy i mądrego zarządzania, nie iluzji. Warszawska apelacja pokazała drogę – teraz pora, by decydenci wyciągnęli z tego lekcję. Jak celnie ujęła to sędzia Fronczyk: „do poprawy nie są niezbędne nowe ustawy, wystarczy dać sądom ludzi do pracy”. Trudno o bardziej klarowny drogowskaz. Jeśli dalej będziemy go ignorować, kryzys wymiaru sprawiedliwości będzie się pogłębiał – z niebezpiecznymi skutkami dla obywateli, gospodarki i państwa prawa. Czas najwyższy przejść od słów do czynów i zainwestować w realne wzmocnienie sądów, zanim stracimy coś więcej niż tylko czas.






