Choć przekaz mBanku przed spodziewanym wyrokiem TSUE w sprawie kredytów opartych o WIBOR ma pozory rzeczowości i spokoju, wystarczy wczytać się w wypowiedzi przedstawicieli banku, by dostrzec elementy manipulacji. Bank zdaje się rozmywać sedno problemu – możliwość uznania klauzul odwołujących się do WIBOR-u za nieuczciwe – zastępując je narracją o rzekomym „ataku” na sam wskaźnik oraz strasząc katastroficznymi skutkami dla kraju.
Sedno sprawy: nieuczciwe klauzule, nie wskaźnik WIBOR
Już 12 lutego 2026 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma odpowiedzieć na pytania prejudycjalne dotyczące kredytów opartych o WIBOR. Pytania zadane przez Sąd Okręgowy w Częstochowie sprowadzają się do zasadniczej kwestii: czy postanowienia umów odwołujące się do stawki WIBOR mogą być nieuczciwe na gruncie dyrektywy 93/13/EWG o ochronie konsumentów. Innymi słowy – czy banki należycie informowały klientów o mechanizmie ustalania WIBOR-u i ryzyku z tym związanym, a jeśli nie, to czy takie klauzule można unieważnić jako abuzywne.
Opinia Rzecznika Generalnego TSUE z września 2025 r. sugeruje odpowiedź korzystną dla konsumentów. Rzecznik stwierdziła, że klauzule WIBOR w umowach kredytowych podlegają kontroli pod kątem nieuczciwości, jeśli banki nie zapewniły kredytobiorcom pełnych i przejrzystych informacji o mechanizmie wskaźnika oraz związanych z nim ryzykach. Mówiąc prościej – bank ma obowiązek rzetelnie poinformować klienta o wszystkich konsekwencjach oprocentowania opartego na WIBOR, tak aby przeciętny konsument mógł świadomie ocenić koszt i ryzyko kredytu. Brak takiej rzetelnej informacji otwiera drogę do uznania umowy za nieuczciwą. Dla kredytobiorców oznacza to potencjalną możliwość usunęcia WIBOR z umów i obniżenia rat – a więc realne korzyści – co może wywołać falę pozwów podobną do tej w sprawach frankowych.
Warto podkreślić: spór dotyczy uczciwości klauzul umownych, a nie legalności samego wskaźnika WIBOR jako takiego. Rzecznik TSUE zaznaczyła wręcz, że krajowe sądy nie mogą kwestionować metody ustalania WIBOR-u – kwestie te regulują odrębne przepisy unijne. Konsument nie „atakuje” więc wskaźnika jako fundamentu rynku finansowego, lecz sposób, w jaki został on wykorzystany w umowie bez dostatecznego wyjaśnienia. To sedno sprawy, które niestety łatwo umyka w publicznych wypowiedziach przedstawicieli banku.
Kontrola klauzul czy „atak na WIBOR”? Narracja wybiórcza mBanku
Oficjalne komentarze mBanku przed ogłoszeniem wyroku TSUE sprawiają wrażenie uspokajających i podporządkowanych faktom. Wiceprezes mBanku Marek Lusztyn podczas telekonferencji z dziennikarzami stwierdził, że bank spodziewa się wyroku zgodnego z wnioskami większości uczestników postępowania – Rzecznika Generalnego, Komisji Europejskiej, Polski i Portugalii. Jego zdaniem „najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada, że TSUE podzieli opinię Rzecznika Generalnego i dopuści badanie powiązanych z WIBOR-em klauzul, jednocześnie sprzeciwiając się jakiejkolwiek kontroli samego wskaźnika WIBOR. Naszym zdaniem orzeczenie to powinno ograniczyć próby kwestionowania umów opartych o WIBOR” – dodał Lusztyn.
Na pozór brzmi to rozsądnie. Wypowiedź potwierdza, że TSUE zapewne pozwoli badać klauzule umów (czyli rozstrzygnie zgodnie z opinią Rzecznika, a więc zgodnie z prawem konsumenckim), ale jednocześnie podkreśla, że nie dojdzie do podważenia samego wskaźnika. Problem w tym, jakie akcenty rozkłada bank. mBank z zadowoleniem odnotowuje, że Trybunał sprzeciwi się „kontroli WIBOR-u” jako indeksu – tak jakby istotą sporu była obrona wskaźnika przed atakiem. To odwraca uwagę od kluczowej kwestii: kontrola klauzul to przecież właśnie to, czego domagają się pozywający klienci. Bank przypisuje jednak nadchodzącemu orzeczeniu oczekiwaną przez siebie moc – „ograniczenia prób kwestionowania umów opartych o WIBOR”. Innymi słowy, w narracji banku wyrok TSUE ma uciąć zapędy pozywających, uśmierzyć całą sprawę.
To dość życzeniowe myślenie. Owszem, TSUE najpewniej potwierdzi, że nie wolno w ramach tej sprawy unieważnić samego wskaźnika – bo tego nikt rozsądny nie postuluje. Jednak jeśli Trybunał potwierdzi prawo badania klauzul, to droga do kwestionowania konkretnych umów z WIBOR pozostanie otwarta. mBank zdaje się przedstawiać to tak, jakby wyrok miał zamknąć temat, podczas gdy dla kredytobiorców może on dopiero go otworzyć na oścież. Narracja o „powstrzymaniu ataku na WIBOR” to retoryczny wybieg – sugeruje istnienie ataku na fundament (wskaźnik), by odwrócić uwagę od faktycznego problemu, jakim jest rzetelność umów kredytowych.
WIBOR „problemem Polski” – straszenie skutkami dla gospodarki
Drugim filarem przekazu mBanku jest akcentowanie zagrożeń systemowych, jakie rzekomo niosłoby uznanie racji kredytobiorców. Prezes mBanku Cezary Kocik posunął się do bardzo mocnego stwierdzenia: „O ile franki to jest problem sektora bankowego, to WIBOR jest problemem Polski. Wiem, że wszyscy uważają, że nie da się przewrócić sektora bankowego, ale w paru różnych regionach geograficznych to się udało. W wyjściu z kredytów frankowych całemu sektorowi bankowemu pomogły rekordowo wysokie stopy procentowe” – oznajmił Kocik. Takie słowa, padające publicznie z ust szefa jednego z największych banków, to już niemal alarm na poziomie państwowym.
Co właściwie sugeruje prezes mBanku? Najpierw przeciwstawia dwie sytuacje: problem kredytów frankowych określa jako kłopot sektora bankowego, podczas gdy ewentualny problem z WIBOR-em ma być „problemem Polski”. To bardzo sugestywne zestawienie – brzmi jak ostrzeżenie, że uderzenie w WIBOR (czytaj: masowe kwestionowanie umów złotówkowych) zagrozi stabilności całej polskiej gospodarki, a nie tylko bilansom banków. Kocik przypomina też, że gdzie indziej banki już „przewrócono” i że tylko sprzyjające okoliczności (rekordowo wysokie stopy procentowe) uratowały polski sektor bankowy w czasie wychodzenia z problemu frankowego. Przekaz jest jasny: nie igrajcie z ogniem, bo tym razem może spłonąć nie tylko bank, ale i cała chata.
Takie alarmistyczne tony to klasyczny element strategii obronnej banków. Podobnie było w szczycie sporów o franki szwajcarskie – słyszeliśmy wtedy groźby o zachwianiu stabilności sektora, miliardowych stratach, konieczności pomocy publicznej, itp. Rzeczywistość okazała się mniej dramatyczna: sektor przetrwał, choć musiał ponieść koszty pozwów. Trzeba też pamiętać, że przestrzegając dziś przed „przewróceniem sektora”, bankowcy nie wspominają o innym scenariuszu: załamaniu domowych budżetów tysięcy rodzin, gdyby okazało się, że w umowach ukryto przed nimi istotne ryzyka. Stabilność systemu finansowego jest ważna, ale równie ważne jest zaufanie obywateli do tego systemu – a to zaufanie niszczą właśnie potencjalnie nieuczciwe praktyki, których ofiary szukają sprawiedliwości w sądach.
„Zgodnie z przepisami” kontra brak rzetelnej informacji
W przekazie mBanku pojawia się także element usprawiedliwiania się zgodnością z prawem. Wiceprezes Lusztyn zapewnił, że mBank zawsze przestrzegał wszystkich obowiązujących wymogów dotyczących stosowania WIBOR-u i związanych z nim obowiązków informacyjnych. Innymi słowy – bank twierdzi, że dopełnił wszelkich formalności, jakich wymagały od niego przepisy. I zapewne ma rację, w sensie literalnym: WIBOR jest oficjalnym wskaźnikiem referencyjnym, banki publikują regulaminy, formułki i tabele oprocentowania, spełniają narzucone wymogi raportowania.
Pytanie jednak brzmi: czy faktycznie przekazano klientom pełnię wiedzy o ryzyku zmiennego oprocentowania opartego na WIBOR? Tu dochodzimy do sedna zarzutów podnoszonych w sprawach sądowych. Rzecznik Generalny TSUE podkreśliła, że bank musi przekazać konsumentowi informacje w sposób precyzyjny, rzetelny i zrozumiały, tak aby mógł on ocenić konsekwencje finansowe umowy. Jeśli nawet formalnie wszystko odbywało się zgodnie z przepisami, to brak pełnej przejrzystości wobec klienta może oznaczać, że klauzula umowna nie była indywidualnie uzgodniona i jest potencjalnie nieuczciwa. Krótko mówiąc: to, co zgodne z minimalnymi wymogami prawa bankowego, niekoniecznie spełnia wyższe standardy prawa konsumenckiego.
Zapewnienie mBanku o przestrzeganiu „wszystkich wymogów” należy więc czytać z ostrożnością. Bank chwali się, że grał według zasad – ale to właśnie zasady gry mogą okazać się niewystarczające z punktu widzenia ochrony konsumenta. Jeśli TSUE potwierdzi możliwość badania klauzul WIBOR, będzie to sygnał, że liczy się nie tylko formalna zgodność z przepisami, ale realna przejrzystość i uczciwość wobec klienta. A tę uczciwość – zdaniem wielu kredytobiorców – banki zapewniały jedynie pozornie.
Lekcja z frankowiczów: patrzmy bankom na ręce
Historia sporów frankowych nauczyła nas, że deklaracje banków trzeba traktować z dużą dozą krytycyzmu. Przez lata słyszeliśmy zapewnienia o pełnej legalności zapisów w umowach walutowych, widzieliśmy próby zrzucania winy na klientów, a nawet straszenie ich pozwami odwrotnymi. Gdyby wtedy uwierzono bezkrytycznie w narrację sektora, wiele tysięcy rodzin nie doczekałoby się sprawiedliwości. Dopiero konsekwentne patrzenie bankom na ręce – przez klientów, media i uczciwych sędziów – ujawniło skalę problemu.
Dziś, w przeddzień wyroku TSUE w sprawie WIBOR-u, sytuacja się powtarza. Banki próbują tonować nastroje, przekierowywać uwagę na boczne tory i kreślić wizje grozy, byle tylko obronić status quo. Nie twierdzimy, że każdy kredyt złotowy był oferowany z naruszeniem prawa – tak samo, jak nie każdy „frank” był wadliwy. Jednak skala zjawiska (setki tysięcy aktywnych kredytów złotowych opartych na WIBOR-ze) i znajome schematy narracji ze strony bankowców każą zachować czujność.
Miejmy zatem ograniczone zaufanie do uspokajających komunikatów. Jeśli bank rzeczywiście nie ma nic do ukrycia, to rzetelny proces sądowy mu nie zagrozi. A jeśli próbuje wpływać na opinię publiczną strachem lub półprawdami – tym bardziej powinniśmy przyglądać się jego praktykom. Tak jak w przypadku frankowiczów, tak i teraz obowiązuje prosta zasada: nie dajmy się zwieść ani poklepywaniu po plecach, ani straszeniu pożarem. Patrzmy bankom na ręce – dla dobra klientów i stabilności całego systemu.






