Polscy kredytobiorcy hipoteczni z niepokojem wyczekują przełomowego orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) zaplanowanego na 12 lutego 2026 r.. Sprawa dotyczy kredytów złotowych ze zmiennym oprocentowaniem opartym o wskaźnik WIBOR. Stawka ta – Warszawski Interbankowy WIBOR – od lat decyduje o wysokości rat milionów kredytów w Polsce. Dziś jednak staje się przedmiotem sporu prawnego, który może przesądzić o losie tych umów. Jak zauważają eksperci, „to w istocie nie jest spór o WIBOR, a o klauzulę zmiennego oprocentowania”, czyli o sposób, w jaki WIBOR został wprowadzony do umów kredytowych. Innymi słowy, nikt nie oczekuje, że TSUE uzna sam wskaźnik za nielegalny lub „zły” – problem leży w transparentności i uczciwości zapisów umownych odsyłających do WIBOR. Jeśli okaże się, że klauzule te były niejasne lub nieuczciwe wobec konsumentów, konsekwencje mogą być dalekosiężne. Miliony kredytobiorców złotowych mogą zyskać podstawę do kwestionowania swoich umów, analogicznie jak wcześniej stało się to w przypadku kredytów frankowych. Już samo oczekiwanie na orzeczenie wywołuje napięcie – czy czeka nas kolejne trzęsienie ziemi na rynku finansowym, porównywalne z „frankowym” przewrotem?
Nie indeks, lecz klauzula – gdzie tkwi problem?
WIBOR sam w sobie jest oficjalnym wskaźnikiem finansowym – administrowanym przez spółkę GPW Benchmark S.A. podlegającą nadzorowi KNF – i jako taki spełnia formalne wymogi prawa krajowego oraz unijnego. Kluczowe organy państwa (Komisja Nadzoru Finansowego, Narodowy Bank Polski, Ministerstwo Finansów) jednogłośnie zapewniają, że brak jest podstaw, by podważać legalność samego wskaźnika.
W tej dyskusji nie chodzi więc o to, czy WIBOR jest “legalny”, czy rynkowy z natury – lecz o to, czy sposób wykorzystania WIBOR-u w umowie kredytowej był przejrzysty i uczciwy wobec klienta. Banki od lat stosują klauzulę oprocentowania zmiennego według formuły: oprocentowanie = WIBOR + marża banku. Taka konstrukcja sama w sobie nie budziłaby zastrzeżeń, gdyby została jasno i jednoznacznie przedstawiona kredytobiorcy.
Niestety, wiele wskazuje na to, że tak nie było. Jak przypominają prawnicy podobne klauzule były przedmiotem ocen sądowych już od lat 90., i ciągle powraca pytanie, czy zapis o zmiennej stopie procentowej „pozostaje transparentny, jednoznaczny, konkretny – a nie blankietowy” oraz czy bank spełnił swój obowiązek informacyjny. To właśnie te kwestie – język umowy i obowiązki banku – stanowią sedno obecnego sporu.
W praktyce oznacza to, że WIBOR jako taki nie jest „oskarżonym”, lecz pod lupą znalazły się umowne postanowienia odsyłające do WIBOR. Przykładowo, jeśli umowa kredytowa lakonicznie stwierdzała, że oprocentowanie oparte jest o WIBOR, nie wyjaśniając przy tym prostym językiem, czym WIBOR jest, kto go ustala ani jakie może mieć skutki dla kosztów kredytu, to powstaje wątpliwość, czy klient rzeczywiście rozumiał, na co się godzi. Problemem są więc wady konstrukcyjne takich klauzul – ich potencjalna abuzywność, czyli nieuczciwy charakter wynikający z braku przejrzystości.
Brak przejrzystości i asymetria informacji
Jednym z najpoważniejszych zarzutów wobec umów kredytowych z WIBOR-em jest niedostatek informacji przekazanych klientom. Banki, formułując umowy, nie zawsze dbały o to, by konsument miał pełną wiedzę na temat mechanizmu zmiennego oprocentowania. W wielu umowach zupełnie nie precyzowano, kto ustala WIBOR, czym on jest ani gdzie będzie publikowany. Klauzule ograniczały się często do samej nazwy wskaźnika i suchej formuły oprocentowania, nie tłumacząc czynników wpływających na jego wysokość ani ryzyka związanego z jego zmiennością.
Taka sytuacja tworzyła rażącą asymetrię informacji – bank jako profesjonalista doskonale rozumie mechanizm WIBOR, podczas gdy przeciętny konsument nie miał szans posiąść tej wiedzy. Co gorsza, nawet dociekliwy klient, który próbowałby zgłębić temat, napotykał bariery: regulamin określania WIBOR-u jest dokumentem skomplikowanym, wymagającym specjalistycznej wiedzy, a i tak nie był wręczany kredytobiorcy przy podpisaniu umowy. Konsument nie miał możliwości zweryfikowania, czy bank faktycznie przestrzega zasad ustalania wskaźnika. Trudno więc mówić o świadomym i poinformowanym podjęciu ryzyka przez klienta.
Brak przejrzystości tych zapisów znajduje odzwierciedlenie i został pośrednio dostrzeżony w opinii Rzeczniczki Generalnej TSUE Laili Mediny z września 2025 r. w sprawie C-471/24. Rzeczniczka wyraźnie zaznaczyła, że unijna dyrektywa 93/13 o nieuczciwych warunkach umów może mieć zastosowanie do klauzul oprocentowania opartych na WIBOR, jeżeli nie zostały one sformułowane prostym i zrozumiałym językiem.
Wskazała przy tym, że przedsiębiorca (bank) musi poinformować konsumenta precyzyjnie o nazwie stosowanego wskaźnika referencyjnego, nazwie jego administratora oraz o potencjalnych konsekwencjach stosowania tego wskaźnika, tak aby klient mógł oszacować całkowity koszt kredytu. Co więcej, sposób udzielenia tych informacji musi w pełni ujawniać metodę ustalania stawki i główne czynniki powodujące jej wahania, nie zniekształcając obrazu charakteru wskaźnika. To bardzo konkretny standard przejrzystości – standard, którego wielu kredytodawców prawdopodobnie nie dochowało. W niektórych umowach ogólnikowość klauzuli dawała bankowi wręcz zbyt szeroką swobodę w kształtowaniu oprocentowania, co Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ocenił jako praktykę niedopuszczalną (np. kary dla PKO BP za niejasne zasady zmiany oprocentowania). Taki brak jednoznacznych kryteriów zmian sprawia, że klient nie ma narzędzi, by zweryfikować, czy podwyżka raty jest słuszna.
Asymetria dostępu do wiedzy jest tu oczywista: silniejsza strona umowy (bank) dysponuje pełnią informacji i kontrolą nad mechanizmem, podczas gdy słabsza strona (kredytobiorca) jest zdana na wiarę w uczciwość banku. W rezultacie konsument niejako w ciemno akceptował ryzyko zmiennej stopy procentowej, często nie zdając sobie sprawy z jego skali. Nie jest tajemnicą, że banki niechętnie informowały wprost, iż w początkowym okresie spłaty kredytu rata składa się niemal wyłącznie z odsetek, a wzrost stóp procentowych dodatkowo wydłuży okres spłaty kapitału.
Co prawda od kilku lat, za sprawą rekomendacji KNF, banki zaczęły przedstawiać klientom symulacje wrażliwości rat na wzrost stóp (w różnym stopniu), jednak wcześniej tego typu edukacja finansowa praktycznie nie istniała. Banki nie uprzedzały wprost: „WIBOR może wzrosnąć w sposób nieograniczony – czy akceptuje Pan/Pani takie ryzyko?”. Takie sformułowanie obowiązków informacyjnych post factum sugeruje Rzecznik Generalny TSUE, podkreślając analogię do kredytów walutowych – tam banki powinny były powiedzieć klientom, że kurs waluty może się zmienić drastycznie, tu zaś powinny mówić o nieograniczonych zmianach stawki WIBOR. Niestety, w praktyce takich klarownych ostrzeżeń w umowach brakowało. To poważne zaniedbanie, które dziś stanowi oręż w rękach pozywających banki.
Nieprzewidywalność rat – ryzyko zrzucone na klienta
Konsekwencją braku przejrzystości jest to, że kredytobiorcy nie mieli realnej możliwości przewidzenia wysokości swoich przyszłych rat. Oczywiście, każdy zdawał sobie sprawę, że oprocentowanie jest zmienne, ale niewielu rozumiało dynamikę i skalę potencjalnych zmian. Przez wiele lat WIBOR utrzymywał się na rekordowo niskim poziomie, co uśpiło czujność zarówno klientów, jak i – trzeba przyznać – samych banków udzielających kredytów na granicy zdolności kredytowej klienta. Sytuacja zmieniła się diametralnie wraz z inflacyjnym szokiem po pandemii. Od jesieni 2021 r. do połowy 2022 r. stopy procentowe NBP poszybowały w górę z 0,1% do ponad 6,5%, a za nimi – WIBOR. W efekcie stawka WIBOR 3M/6M wzrosła z ok. zera do ponad 7%. Dla setek tysięcy rodzin oznaczało to finansowy wstrząs: „w krótkim czasie raty wielu kredytobiorców hipotecznych wzrosły o ponad 100%”. Innymi słowy, raty niektórych kredytów podwoiły się w ciągu kilkunastu miesięcy. Taki wzrost obciążeń domowych budżetów przerósł możliwości części kredytobiorców.
Szczególnie trudna jest sytuacja osób, które zaciągnęły kredyty w okresie 2019–2020, gdy WIBOR oscylował wokół zera. Kusząco niskie raty początkowe okazały się pułapką – drastyczna podwyżka rat na skutek wzrostu WIBOR-u sprawiła, że wiele z tych osób ma dziś problem ze spłatą zobowiązań. Co więcej, wskutek konstrukcji rat równych i wysokiego oprocentowania, spłacają one przez długi czas niemal same odsetki, podczas gdy kapitał pozostaje prawie nietknięty. Takie zamrożenie spłaty kapitału dodatkowo potęguje frustrację – klient płaci coraz więcej, a dług niemal nie maleje. O ile sam mechanizm rat annuitetowych nie jest niczym niezwykłym, o tyle świadomość kredytobiorców na ten temat była niska, a banki nie kwapiły się, by ten fakt wyjaśniać. Wielu klientów nie wiedziało, że w początkowym okresie spłaca głównie odsetki, a banki rzadko to komunikowały wprost.
To wszystko składa się na obraz, w którym ryzyko zmiany stóp procentowych zostało przerzucone niemal w całości na konsumenta, bez odpowiedniego upewnienia się, że konsument rozumie to ryzyko i godzi się na nie w pełni świadomie. Taka nierównowaga – zdaniem prawników – może oznaczać „znaczącą nierównowagę praw i obowiązków stron ze szkodą dla konsumenta”, co jest jedną z przesłanek uznania klauzuli za nieuczciwą (art. 3 ust.1 dyrektywy 93/13). Sąd pytający TSUE słusznie podniósł, że należy zbadać, czy bank działając lojalnie mógł przypuszczać, iż konsument zgodziłby się na mechanizm WIBOR, gdyby został prawidłowo poinformowany o sposobie ustalania wskaźnika i wiążących się z nim ryzykach. Intuicyjnie można przyjąć, że wielu kredytobiorców nie zaakceptowałoby takiego ryzyka, gdyby zdawało sobie sprawę z możliwego podwojenia raty.
To wszystko nie oznacza oczywiście, że zmienna stopa procentowa jako taka jest wadliwym rozwiązaniem – problem tkwi w braku „poduszki bezpieczeństwa” i fair play. Banki mogły np. proponować mechanizmy zabezpieczające (wspomina się o tzw. „bezpiecznikach”, np. możliwości powrotu do oprocentowania zmiennego po okresie stałej stopy procentowej), lecz zwykle tego nie robiły, skupiając się na własnym interesie. Gdy w 2022 r. rząd zaoferował program czasowego zamrożenia rat (tzw. wakacje kredytowe), banki straszyły załamaniem systemu finansowego – choć jednocześnie same od lat zamrażały świadomość ryzyka u swoich klientów. Nieprzewidywalność WIBOR-u w połączeniu z niedostatkami informacyjnymi stworzyła mieszankę wybuchową, która teraz eksplodowała falą pozwów.
TSUE: pierwszy krok do weryfikacji milionów umów
Wróćmy do nadchodzącego wyroku TSUE. Eksperci zgodnie przewidują, że Trybunał nie wypowie się wprost, czy WIBOR jako wskaźnik jest „legalny czy nielegalny” ani czy wolno go stosować, czy nie. Nie taki jest zresztą przedmiot pytania prejudycjalnego.
Zamiast tego TSUE oceni, czy i na jakich warunkach klauzule odsyłające do WIBOR mogą być badane i zostać uznane za nieuczciwe w rozumieniu prawa konsumenckiego. Innymi słowy, możemy spodziewać się wytycznych: jakie informacje muszą być przekazane konsumentowi, aby zmienne oprocentowanie oparte na WIBOR było dopuszczalne. Już opinia Rzecznik Mediny sugeruje pewne kryteria (informacja o nazwie indeksu, administratorze, metodzie, konsekwencjach – jak omawialiśmy wyżej). Jeśli wyrok potwierdzi te wymagania, zacznie się żmudna weryfikacja milionów umów pod ich kątem. Każda umowa kredytowa będzie musiała przejść test: czy bank dopełnił obowiązków informacyjnych? czy klient mógł realnie zrozumieć mechanizm WIBOR i ocenić ryzyko? Jeżeli nie, klauzula zmiennego oprocentowania może zostać uznana za abuzywną (nieważną).
Co wtedy? Wbrew niektórym sensacyjnym wizjom, wyrok TSUE nie unieważni automatycznie wszystkich kredytów opartych na WIBOR. Otwarcie jednak drogę do realnej i skutecznej kontroli sądowej tych umów – czyli ułatwi konsumentom wygrywanie spraw w polskich sądach.
Będzie to pierwszy przełomowy krok: sygnał dla sędziów, że tak, wolno badać te klauzule pod kątem nieuczciwości, mimo iż dotyczą wskaźnika regulowanego prawem bankowym. Do tej pory wielu sędziów wstrzymywało się z rozstrzyganiem na korzyść „złotówkowiczów”, czekając na wskazówki z Luksemburga. Teraz te wskazówki nadejdą.
Można śmiało założyć, że jeśli TSUE podzieli argumentację Rzecznik Generalnej, to miliony kredytobiorców będą mogły wszcząć procesy sądowe w celu podważenia swoich umów – albo w całości, albo przynajmniej w części dotyczącej odsetek. Szacuje się, że w Polsce jest ok. 2 milionów czynnych umów kredytów hipotecznych opartych na WIBOR, co przekłada się na ponad 3 miliony osób spłacających takie zobowiązanie. Skala problemu jest więc ogromna. Nic dziwnego, że sektor bankowy drży – banki już uruchomiły kampanię informacyjną (zdaniem niektórych: dezinformacyjną), by zniechęcić klientów do pozywania i bagatelizować znaczenie opinii TSUE. Jednocześnie intensywnie przygotowują się na potencjalną falę pozwów, z nadzieją, że może uda się ograniczyć jej zasięg.
Warto przy tym podkreślić: TSUE nie nakaże żadnego konkretnego rozwiązania wprost. Nie powie np., czy po usunięciu WIBOR-u z umowy kredyt ma dalej istnieć z samą marżą (co oznaczałoby kredyt niemal darmowy), czy też umowę należy unieważnić w całości – te kwestie Trybunał pozostawia sądom krajowym. Jednak sam fakt uznania, że klauzule WIBOR-owe podlegają kontroli i mogą być abuzywne, będzie punktem zwrotnym. Dla kredytobiorców może on mieć znaczenie porównywalne z wyrokami frankowymi, bo otworzy furtkę do masowego dochodzenia swoich praw. Dla rynku finansowego będzie to test odporności – choć na razie mówimy tylko o krokach proceduralnych, stawką są potencjalnie dziesiątki miliardów złotych (banki mogą utracić przyszłe odsetki, a w razie unieważnień – zwrócić pobrane).
Niezależnie od wskaźnika – wątpliwości pozostają
Na koniec trzeba zaznaczyć ważną kwestię: niezależnie od tego, jaki indeks referencyjny jest użyty w umowie, jego wykorzystanie wymaga transparentności i rzetelności. Dzisiejszy spór dotyczy WIBOR-u, ale równie dobrze mógłby dotyczyć innego wskaźnika, gdyby został wprowadzony do umowy w sposób nierzetelny.
W istocie chodzi o fundamentalną zasadę ochrony konsumenta: postanowienia umowy muszą być sformułowane jasno i sprawiedliwie. Jeżeli bank kiedyś zastąpi WIBOR innym wskaźnikiem (np. trwają prace nad nowym benchmarkiem WIRON), to sam fakt zmiany niewiele da, jeśli stosunek bank–klient nadal będzie nacechowany asymetrią wiedzy i brakiem przejrzystości. Obecne orzeczenie TSUE dotyczy klauzul, nie instrumentu WIBOR jako takiego – temat „legalności WIBOR-u” w sensie ekonomicznym na razie nie jest przedmiotem bezpośredniego osądu (TSUE nie bada metodologii wyznaczania stawek międzybankowych).
Jednak niewykluczone, że w przyszłości także i sam WIBOR może trafić na cenzurowane, jeśli ujawnią się jego słabości. Już teraz sądy krajowe sygnalizują wątpliwości co do „rynności” WIBOR-u – dostrzegając choćby, że dane do jego wyliczenia pochodzą od samych banków i budzą pytania o potencjalny konflikt interesów. Polskie prawo nie nakazuje wcale stosowania akurat WIBOR-u, banki miały i mają swobodę wyboru formuły oprocentowania. Skoro więc wybrały wskaźnik, którego działania przeciętny klient nie rozumie, muszą teraz zmierzyć się z konsekwencjami tego wyboru.
Podsumowując:
Spór o WIBOR toczy się na polu ochrony konsumenta, a jego wynik może wstrząsnąć krajowym rynkiem kredytów. Wady WIBOR-u nie polegają na wadach czysto finansowych (wskaźnik spełnia wymogi formalne), lecz na wadach umów, które czynią z WIBOR-u “cichego zabójcę” domowych budżetów. Brak przejrzystości, niedopełnienie informacyjnych obowiązków, asymetria wiedzy i nieprzewidywalność kosztów – to grzechy główne, jakie wytyka się bankom.
Jeżeli TSUE potwierdzi, że takie praktyki są nie do pogodzenia z prawem konsumenckim, znajdziemy się u progu lawiny pozwów i weryfikacji setek tysięcy (jeśli nie milionów) umów kredytowych. To będzie sygnał, że w relacji bank–klient transparentność i uczciwość muszą wreszcie przeważyć nad krótkowzrocznym zyskiem. Być może już wkrótce WIBOR stanie się dla banków tym, czym kredyty walutowe stały się kilka lat temu – symbolem błędów, za które trzeba słono zapłacić. Niezależnie od losów samego wskaźnika, jedno jest pewne: era pisania klauzul drobnym druczkiem i chowania ryzyka w przypisach dobiega końca. Teraz to kredytobiorcy mają mocne argumenty, by powiedzieć: sprawdzam.





