Mecenas Wojciech Wandzel w artykule „Jak WIBOR wpływa na ratę kredytu?” opublikowanym na łamach Infor.pl (luty 2026) przedstawił polemiczną odpowiedź na tekst radcy prawnego Łukasza Hirsza dotyczący mechanizmu kształtowania stawki WIBOR i jej wpływu na wysokość rat kredytów. Wandzel kwestionuje tezy Hirsza, zarzucając mu uproszczenia i przekłamania w opisie zasad wyznaczania wskaźnika referencyjnego WIBOR. Jego artykuł zawiera szereg istotnych informacji o charakterze eksperckim, ale też pewne sugestie, które mogą wprowadzać w błąd mniej zorientowanych odbiorców. Celem niniejszej analizy jest obiektywna ocena argumentów mec. Wandzla – wskazanie, gdzie ma rację (i dlaczego), a gdzie pojawiają się manipulacje, błędy prawne czy ekonomiczne. Wskażemy również, czemu mogą służyć tego typu narracje oraz jakie znaczenie mają one dla konsumentów (kredytobiorców). 
Co mec. Wandzel wyjaśnia trafnie? Regulacje i mechanizm WIBOR-u
Zacznijmy od punktów, w których argumentacja mec. Wandzla jest zasadna i warto je uczciwie przyznać. Przede wszystkim słusznie zauważa on, że WIBOR nie jest arbitralnie ustalaną stawką przez dowolną „prywatną spółkę” poza jakimkolwiek nadzorem. Autor polemiki zarzucił Hirschowi tworzenie wrażenia, iż WIBOR to wskaźnik kreowany według widzimisię prywatnego podmiotu. W rzeczywistości, jak podkreśla Wandzel, obowiązuje pełne ramy prawne w tym zakresie – unijne Rozporządzenie BMR (Benchmark Regulation, nr 2016/1011) wprowadziło legalną definicję „wskaźnika referencyjnego” oraz „wskaźnika referencyjnego stóp procentowych” (art. 3 ust. 1 pkt 3 i pkt 22 tego rozporządzenia). Co istotne, celem Rozporządzenia BMR było wzmocnienie ochrony konsumentów na rynku finansowym po doświadczeniach kryzysu z manipulacją LIBOR/EURIBOR. Cały system opracowywania wskaźników referencyjnych, w tym WIBOR, podlega regulacjom prawnym i nadzorowi: administratorem WIBOR jest spółka GPW Benchmark S.A., która uzyskała zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) na tę działalność (decyzja z 16.12.2020 na podstawie art. 34 Rozporządzenia BMR).
GPW Benchmark to spółka zależna Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW S.A., z udziałem Skarbu Państwa), co oznacza, że nie jest to byle jaki podmiot z ulicy – działa w otoczeniu instytucjonalnym rynku finansowego. KNF jako organ państwowy ściśle licencjonuje i nadzoruje proces ustalania WIBOR. Mało tego, Komisja Europejska uznała WIBOR za „kluczowy wskaźnik referencyjny” w rozumieniu BMR, co dodatkowo podkreśla jego znaczenie systemowe i konieczność dochowania wysokich standardów opracowywania.
Wszystkie te informacje przytoczone przez mec. Wandzla są faktami – WIBOR faktycznie jest tworzony według szczegółowo opisanej metodologii, zgodnej z przepisami unijnymi i podlega państwowemu nadzorowi. Nie jest więc prawdą, jakoby banki mogły „po uważaniu” zmieniać WIBOR – procedury są sformalizowane, a działanie administratora i uczestników fixingu (panelu banków) kontrolowane (KNF, audyty etc.).
Kolejnym trafnym wyjaśnieniem Wandzla jest opis mechanizmu ustalania stawki WIBOR (tzw. fixingu) oraz roli banków panelowych. Zgodnie z metodą przyjętą przez GPW Benchmark (zgodną z wymogami BMR), stosowana jest tzw. „kaskada danych”. Oznacza to, że przy wyznaczaniu stawki referencyjnej najpierw brane są pod uwagę faktyczne dane transakcyjne z rynku międzybankowego (transakcje depozytowe między bankami). Jeśli w danym dniu nie doszło do odpowiednich transakcji międzybankowych, paneliści (banki uczestniczące w fixingu) korzystają z danych z rynków powiązanych – np. transakcji z udziałem innych instytucji finansowych – aby wyznaczyć tzw. kwotowania modelowe (czyli stawki oszacowane na podstawie dostępnych danych rynkowych).
Dopiero gdy brakuje nawet takich danych, bank panelowy może przedstawić tzw. kwotowanie wiążące, nieoparte na danych transakcyjnych. I tu pojawia się kluczowa informacja: określenie „wiązące” oznacza, że bank składający taką ofertę zobowiązuje się do zawarcia transakcji z innymi uczestnikami – przez krótki okres po ogłoszeniu fixingu (tzw. okno transakcyjne, 15 minut) musi być gotów realnie pożyczyć (dla WIBOR) lub przyjąć (dla WIBID) środki po zadeklarowanej stopie. Innymi słowy, nawet jeżeli bank poda stawkę „z głowy” (gdy brak było transakcji), to nie jest to czysto hipotetyczna deklaracja – staje się wiążącą ofertą, którą inny bank może natychmiast przyjąć, wymuszając realną transakcję. Ta cecha odróżnia WIBOR od niesławnego LIBOR-u z przeszłości (o czym niżej) – paneliści nie mogą beztrosko zgłaszać zawyżonych stawek, bo zostaliby zmuszeni do faktycznego pożyczenia środków na tych warunkach, co dla nich byłoby nieopłacalne. Wandzel słusznie punktuje tu nieprecyzyjne nazewnictwo z tekstu Hirsza – używanie przez niego słowa „deklaracje” mogło sugerować, że banki jedynie deklarują abstrakcyjne wartości, tymczasem właściwym określeniem jest kwotowania wiążące. Te kwotowania w istocie mają charakter ofert kupna/sprzedaży pieniądza, które krótko obowiązują uczestników fixingu. Dzięki temu mechanizmowi WIBOR ma być z definicji jak najbliższy faktycznej cenie pieniądza na rynku – wprowadzono także regułę odrzucania wartości skrajnych (najwyższych i najniższych) przed wyliczeniem średniej, aby wynikowa stawka nie była zaburzona przez odstające kwoty.
Wandzel trafnie zauważa również, że WIBOR nie korzysta z tzw. „ocen eksperckich”, czyli najniższego szczebla kaskady danych dopuszczonego teoretycznie przez Rozporządzenie BMR. Choć BMR pozwala administratorowi indeksu w ostateczności oprzeć się na subiektywnych ocenach (gdy brak jakichkolwiek danych rynkowych), to metodologia WIBOR-u tego poziomu w ogóle nie przewiduje – kaskada zatrzymuje się na kwotowaniach wiążących. Sam wskaźnik WIBOR od początku istnienia (tj. od lat 90.) nigdy nie opierał się na czysto uznaniowych ocenach – nawet przed erą BMR bazował na ofertach banków gotowych zawrzeć transakcję, a nie na luźnych szacunkach jak LIBOR/EURIBOR w przeszłości. To ważne uściślenie, bo w dyskusji publicznej czasem pada zarzut, jakoby WIBOR „brał się z sufitu”. Nie – procedura jest sformalizowana i podporządkowana danym rynkowym wszędzie tam, gdzie to możliwe, a margines swobody banków jest ograniczony wymogiem gotowości do transakcji.
Podsumowując ten fragment: mec. Wandzel ma rację, że WIBOR jest wskaźnikiem mocno uregulowanym i nadzorowanym, a jego metodologia zawiera mechanizmy zabezpieczające przed arbitralnym kształtowaniem stawki. Te fakty służą zrozumieniu, że stawka referencyjna WIBOR nie jest dowolnie „manipulowana” na co dzień przez banki wedle ich kaprysu, lecz wynika (przynajmniej w założeniu) z rynkowej ceny pieniądza na rynku międzybankowym. Konsument zatem płaci odsetki według stopy, która powinna odzwierciedlać sytuację makroekonomiczną (wysokość stóp i koszt pieniądza między bankami), a nie widzimisię pojedynczego banku. To ważna informacja edukacyjna dla kredytobiorców – obala pewien mit, że „bank może sobie sam podnieść WIBOR jak zechce”.
Gdzie argumenty Wandzla mijają się z prawdą? Analiza kontrowersyjnych tez
Choć mec. Wandzel rzetelnie przybliża regulacje i zasady fixingu WIBOR, jego polemika zawiera też fragmenty, które można uznać za stronnicze półprawdy lub sugestie mogące wprowadzać konsumentów w błąd. Poniżej omawiamy główne wątki budzące wątpliwości, konfrontując twierdzenia autora z obiektywnymi faktami, przepisami prawa i aktualnym orzecznictwem. Chodzi zwłaszcza o kwestie: transparentności WIBOR dla przeciętnego klienta, rzeczywistej „transakcyjności” tego wskaźnika, porównań z innymi stawkami (LIBOR/EURIBOR) oraz narracji wokół rzekomych manipulacji i celów takich publikacji.
Brak transparentnej definicji WIBOR w umowach a przepisy prawa
Wandzel polemizuje z tezą, że „WIBOR nie ma legalnej definicji w kodeksie cywilnym ani innej ustawie, a opiera się jedynie na regulaminie prywatnej spółki”. Określa taką konkluzję jako „daleko posunięte zniekształcenie”, wskazując – słusznie, jak już omówiono – na unijne rozporządzenie BMR definiujące wskaźniki referencyjne i pełną regulację procesu. Jednak warto zauważyć, że obaj autorzy mogą tu mówić o nieco innych aspektach. Mec. Hirsch (według relacji Wandzla) kładł nacisk na brak definicji WIBOR-u jako takiego w przepisach polskiego prawa – innymi słowy, w treści umów z konsumentami pojawia się słowo „WIBOR 3M” bez odwołania do żadnej ustawy, a jedynie ewentualnie do nazwy administratora (GPW Benchmark) lub publikatora. I to jest fakt. Banki nie tłumaczą w umowach kredytowych zasad ustalania WIBOR-u – konsument otrzymuje do podpisu zapis typu: „Oprocentowanie = WIBOR 3M + marża X%”, często bez szerszego objaśnienia, czym ten WIBOR jest, jak powstaje i jakie czynniki na niego wpływają. Mec. Wandzel ripostuje, że przecież metodologia jest publicznie dostępna (w regulaminie GPW Benchmark), a rama prawna zapewniona przez BMR. Owszem, ale z punktu widzenia prawa ochrony konsumenta kluczowe jest coś innego: czy konsument został należycie poinformowany o tym mechanizmie i ryzykach z nim związanych przed zawarciem umowy.
Aktualne orzecznictwo (zarówno polskich sądów, jak i Trybunału Sprawiedliwości UE) wyraźnie akcentuje, że to, co jest poprawne ekonomicznie czy regulacyjnie, nie zawsze wystarczy, by spełnić standardy prawa konsumenckiego. Prawnicy reprezentujący sektor finansowy nierzadko chwalą się właśnie zgodnością z BMR czy „rynkowością” wskaźnika, argumentując, iż nie można go kwestionować. Tymczasem – jak trafnie ujął to radca prawny Piotr Pląska – takie argumenty ignorują fundamentalną regułę, że decydująca jest treść konkretnej umowy i równowaga stron. Innymi słowy, sąd badając abuzywność (nieuczciwość) postanowień umownych nie pyta, czy wskaźnik jest zgodny z regulaminem i nadzorowany, tylko czy wobec konsumenta bank dopełnił obowiązków informacyjnych i czy zapis umowny nie narusza równowagi interesów stron.
W przypadku WIBOR kluczowe jest, że to bank konstruuje umowę i narzuca klientowi mechanizm zmiennego oprocentowania – dlatego ciąży na nim obowiązek jasnego i zrozumiałego przedstawienia tego mechanizmu oraz ryzyka zmiany stopy procentowej w trakcie trwania umowy. Wandzel zdaje się bagatelizować ten wymóg, stwierdzając np., że zaskakujące jest oczekiwanie, iż konsument „zna i rozumie szczegółowe zasady ustalania wskaźnika WIBOR”. Porównuje to do analogii z inflacją: przeciętny Polak nie umie wyjaśnić metodologii liczenia wskaźnika inflacji (CPI), a jednak ten wpływa na jego budżet (np. na waloryzację emerytur). Tyle że ta analogia jest chybiona z punktu widzenia prawa konsumenckiego. Wskaźnik inflacji nie jest postanowieniem umownym narzuconym przez przedsiębiorcę konsumentowi, lecz wskaźnikiem ogólnogospodarczym ustalanym przez niezależny urząd statystyczny w oparciu o dane z koszyka dóbr. Konsument nie podpisuje z GUS umowy, że będzie mu płacić według inflacji – natomiast z bankiem podpisuje umowę, że będzie płacić odsetki według WIBOR-u. To zasadnicza różnica.
Prawo (dyrektywa 93/13/EWG oraz art. 385¹ Kodeksu cywilnego) wymaga, by klauzule dotyczące głównych świadczeń stron były sformułowane prostym i zrozumiałym językiem. Jeżeli tak nie jest, to nawet klauzula odnosząca się do głównego przedmiotu umowy (np. oprocentowania) może podlegać ocenie pod kątem nieuczciwego charakteru. Rzeczniczka Generalna TSUE Laila Medina w opinii z 11 września 2025 r. (sprawa C-471/24) potwierdziła, że postanowienia odsyłające do WIBOR stanowią główne świadczenie, ale sąd może badać ich uczciwość, jeśli nie są transparentne dla konsumenta.
Co więcej, określiła wprost, jakie informacje bank powinien precyzyjnie i jasno przekazać kredytobiorcy przed zawarciem umowy: (1) nazwę wskaźnika referencyjnego (tu: WIBOR 3M), (2) nazwę administratora wskaźnika (GPW Benchmark S.A.) oraz (3) potencjalne konsekwencje ekonomiczne wynikające ze stosowania tego wskaźnika dla wysokości zobowiązania. W szczególności konsument powinien móc oszacować, jak może zmieniać się całkowity koszt kredytu. Bank musi ujawnić zastosowaną metodę i główne czynniki wpływające na wahania stawki – nie wystarczy więc podać samej nazwy WIBOR; powinno być objaśnione, od czego on zależy (np. że jest skorelowany ze stopami NBP, że może rosnąć lub spadać zależnie od sytuacji rynkowej). Istotne jest też przedstawienie historycznych zmian wskaźnika (jak zachowywał się WIBOR w przeszłości), aby klient mógł zorientować się w skali ewentualnych wahań. TSUE już w wyroku z 3 marca 2020 r. (C-125/18, dot. hiszpańskiego indeksu IRPH) zaznaczył, że konsument powinien być w stanie zrozumieć konkretny mechanizm działania zmiennej stopy oraz ocenić jej potencjalny wpływ na swoje przyszłe raty.
Z powyższego wynika jasno: to nie konsument ma sam z siebie „znać szczegółowe zasady WIBOR”, tylko bank ma obowiązek mu je w przejrzysty sposób wyjaśnić przed zawarciem umowy. Tymczasem – i tu dochodzimy do sedna – w praktyce przez wiele lat tak się nie działo. Przed 2022 r. przeciętny klient zaciągający kredyt złotówkowy zmiennoprocentowy często nie miał świadomości, jak może zmieniać się WIBOR ani z czego to wynika. Banki nie przekazywały broszur o metodzie kalkulacji stawek, nie informowały o istnieniu Rozporządzenia BMR czy o roli panelistów. Ba, wielu doradców kredytowych nie poruszało tematu ryzyka wzrostu stóp – gdyż przez długi okres (2015-2021) stopy procentowe w Polsce były rekordowo niskie i stabilne, więc dla marketingu kredytu bardziej opłacało się ten temat bagatelizować. Konsument podpisywał umowę z klauzulą „WIBOR 3M” właściwie w ciemno, ufając, że to po prostu jakiś standard rynkowy. Jak obrazowo napisał mec. Pląska, przeciętny konsument nie miał – przynajmniej do 2021 r. – wiedzy o zasadach tworzenia tego wskaźnika i ryzykach z nim związanych. Z perspektywy prawa oznacza to, że taka klauzula może być uznana za nieuczciwą (abuzywną) – właśnie z powodu braku transparentności i wynikającego stąd nierównomiernego rozłożenia ryzyka. Kredytobiorca nie został bowiem wyposażony w informację, która pozwoliłaby mu świadomie zgodzić się na zmienne oprocentowanie w oparciu o WIBOR. Jak podsumowano w komentarzu do opinii Rzecznik Generalnej: „wadliwość WIBOR-u polega głównie na tym, że kredytobiorcy nie mogli być świadomi ryzyka związanego ze zmienną stopą procentową, skoro nie byli należycie poinformowani”.
Mec. Wandzel, podkreślając regulacyjny rygor WIBOR-u, zdaje się sugerować, że skoro wszystko odbywa się legalnie i pod nadzorem, to nie ma mowy o abuzywności. Jednak sądowa kontrola wzorca umowy patrzy na to inaczej – liczy się, czy postanowienie ukształtowane przez przedsiębiorcę nie godzi w interes konsumenta i dobre obyczaje (czyli m.in. obowiązek rzetelnego informowania). Przywołajmy tu konkretne orzeczenia polskich sądów: przełomem był wyrok Sądu Okręgowego w Suwałkach z 22 stycznia 2025 r. (sygn. I C 332/24), gdzie stwierdzono nieważność całej umowy kredytu opartej na WIBOR (nieistnienie stosunku prawnego z powodu wadliwości postanowień dotyczących oprocentowania). W ślad za tym poszły kolejne wyroki: Sąd Okręgowy w Olsztynie z 18 sierpnia 2025 r. (sygn. I C 207/25) oraz Sąd Okręgowy w Jeleniej Górze z 20 listopada 2025 r. (sygn. I C 383/24) – w tych sprawach sądy wyeliminowały WIBOR z umowy, pozostawiając ją w mocy z samą marżą banku lub uznając klauzule za niedozwolone, z obowiązkiem zwrotu nadpłaconych odsetek. Sądy te jednoznacznie podzieliły stanowisko, że kredytobiorcy nie zostali prawidłowo poinformowani, czym jest WIBOR, jak jest ustalany i jaki wpływ wywiera na ratę kredytu.
Wandzel ma rację, że WIBOR ma podstawy prawne i formalne – ale myli się sugerując, że to automatycznie przesądza o uczciwości klauzuli WIBOR w umowie konsumenckiej. W kontekście prawa ochrony konsumenta liczy się przejrzystość i zrozumiałość dla przeciętnego klienta. Tego zaś historycznie zabrakło, co obecnie jest nadrabiane (m.in. poprzez nowe regulacje wymuszające podawanie scenariuszy zmiany stóp przy ofertach kredytowych oraz planowaną zamianę wskaźnika WIBOR na nowy).
Warto tu wspomnieć, że w Polsce toczy się proces stopniowego zastępowania WIBOR-u wskaźnikiem POLSTR (Polish Short Term Rate) – jest to stawka oparta na rzeczywistych transakcjach depozytowych overnight między bankami i instytucjami finansowymi, wolna od komponentu ryzyka kredytowego i bardziej obiektywna. Od grudnia 2025 zaprzestano publikacji niektórych tenorów WIBOR (np. T/N, 2W, a WIBID 1Y całkowicie lub zmieniono metodę na algorytmiczną) właśnie z powodu niskiej transakcyjności i w ramach przygotowania gruntu pod nowy wskaźnik referencyjny. Pełne wycofanie publikacji WIBOR planowane jest z końcem 2027 r., z konwersją istniejących umów przy zastosowaniu odpowiedniego spreadu korygującego. Decyzja ta była efektem przeglądu przez KNF zdolności WIBOR-u do pomiaru realiów rynkowych – najrzadziej wykorzystywane i praktycznie nieoparte na transakcjach stawki postanowiono wygasić lub zmodyfikować. To pokazuje, że regulatorzy sami dostrzegają ograniczenia WIBOR-u (zwłaszcza dla dłuższych okresów) i dążą do zmiany.
„Rynek widmo” – ile realnych transakcji stoi za WIBOR-em?
Kolejnym polem, na którym stanowisko mec. Wandzla wymaga uzupełnienia, jest kwestia realnej bazy transakcyjnej WIBOR-u, czyli pytanie: czy WIBOR jest wskaźnikiem transakcyjnym, czy raczej teoretycznym? Mec. Hirsch – jak relacjonuje Wandzel – określił polski rynek międzybankowy mianem „miasta duchów”, sugerując, że banki panelowe prawie wcale nie zawierają faktycznych transakcji, na podstawie których kalkulowany jest WIBOR. Wandzel uważa to twierdzenie za nieprecyzyjne i przesadzone. Przywołuje przy tym konkretne dane: GPW Benchmark publikuje miesięczne statystyki tzw. poziomu transakcyjności WIBID/WIBOR – jest to procentowy udział kwotowań modelowych (czyli przygotowanych w oparciu o faktyczne dane transakcyjne z kaskady) w ogólnej liczbie kwotowań składanych przez banki w danym miesiącu. Według Wandzla dane za pierwszą połowę 2025 r. dla WIBOR 3M – czyli najczęściej wykorzystywanego tenoru w kredytach – wskazują, że odsetek kwotowań opartych na modelu (transakcjach) wynosił od 26% do 36%.
Rzeczywiście, opublikowane tabelaryczne dane GPW Benchmark potwierdzają, że w miesiącach styczeń–czerwiec 2025 poziom transakcyjności dla WIBOR 3M wahał się mniej więcej w tym przedziale (np. ~31% w styczniu, ~36% w lutym, ~29% w marcu, 35% w kwietniu, 26% w maju, 36% w czerwcu). Nie jest to więc 0% ani nawet parę procent – pewna część kwotowań faktycznie bazuje na twardych danych rynkowych.
Wandzel słusznie zatem zauważa, że nie można twierdzić, iż rynek międzybankowy to kompletny „ghost town”, skoro nawet dla 3M około jedna trzecia stawek wynika z transakcji lub konkretnych danych rynkowych. Dla krótkich terminów (O/N, 1T) ten odsetek bywa znacznie wyższy – np. overnight (O/N) często jest oparty w 80-90% na transakcjach, bo banki na bieżąco pożyczają sobie płynność z dnia na dzień.
Problem nasila się przy dłuższych tenorach – GPW Benchmark musiał ostatecznie ogłosić wygaszenie publikacji WIBOR 1Y, bo historycznie udział transakcji dla rocznych kwotowań bywał bliski zeru (niemal same oferty wiążące). Jednak dla głównych stawek (1M, 3M, 6M) panel największych banków w Polsce zapewnia pewien zasób informacji z rynku hurtowego, szczególnie w okresach ożywienia na rynku pieniężnym. Przykładowo, przy szybkim wzroście stóp procentowych w latach 2021–2022 banki musiały realnie pożyczać sobie środki, co zwiększało liczbę transakcji (lub przynajmniej wiarygodnych punktów odniesienia z rynku).
Niemniej, z drugiej strony warto podkreślić to, czego Wandzel już głośno nie mówi: jeżeli ~30% kwotowań opiera się na transakcjach, to ~70% nie ma takiego oparcia. Innymi słowy, w wielu przypadkach stawka WIBOR jest efektem szacunków banków, a nie bezpośrednim „odczytem” z rynku. Pamiętajmy też, że nawet gdy mówimy o „kwotowaniach modelowych” (tych 26–36%), to one często bazują na danych z rynków powiązanych, niekoniecznie na identycznych transakcjach międzybankowych – np. bank może wykorzystać dane z rynku bonów skarbowych, obligacji czy transakcji z instytucjami finansowymi, aby oszacować, po ile powinien pożyczyć inny bankowi na 3 miesiące. To wciąż modelowanie, choć wsparte pewnymi liczbami.
Pozostałe ~70% to czyste oferty wiążące, gdzie banki kierują się własnymi przewidywaniami co do stóp procentowych i sytuacji płynnościowej. Używając kolokwializmu: spora część WIBOR-u to jednak „ankieta” wśród bankowców, za ile skłonni byliby pożyczyć (z zastrzeżeniem gotowości do dealu). W praktyce transakcje w oknie 15-minutowym po fixingu zdarzają się bardzo rzadko – banki panelowe zazwyczaj nie potrzebują akurat wtedy pożyczać, a jeśli potrzebują, to i tak załatwiają to przed fixingiem lub w innym trybie. Mechanizm wiążący pełni więc rolę bezpiecznika, ale nie oznacza, że codziennie dochodzi do rzeczywistych operacji potwierdzających dany poziom WIBOR.
Dlatego, choć nie można nazwać WIBOR-u całkowitą fikcją, to trzeba uczciwie przyznać, że nie jest on czysto transakcyjnym indeksem. Wskaźnik ten ma pewien komponent ekspercki – opiera się na wiedzy i przewidywaniach największych banków co do ceny pieniądza. W stabilnych czasach banki te zwykle kwotują stawki bardzo zbliżone do siebie, bazując na wspólnych przesłankach (stopa referencyjna NBP, oczekiwania wobec decyzji RPP, popyt na pieniądz).
W czasach zawirowań (np. kryzys finansowy 2008 czy pandemiczny 2020) liczba transakcji międzybankowych spada, bo banki wolą trzymać płynność lub pożyczać ją od banku centralnego. Wtedy WIBOR siłą rzeczy opiera się prawie wyłącznie na deklaracjach, co rodzi pytania o jego zdolność do wiernego odzwierciedlenia realiów rynkowych. Jeśli rynek jest „suchy” (brak faktycznych pożyczek międzybankowych), to może faktycznie stać się „miastem duchów” – banki mogą podawać stawki w oderwaniu od transakcji, a jednocześnie nikt nie „sprawdzi” ich ofert, bo nie dojdzie do zawarcia umowy. O tym zapewne mówił mec. Hirsch.
Mec. Wandzel broni WIBOR-u, wskazując, że udział danych modelowych bywał znaczący i że np. obecność w panelu banku państwowego (Bank Gospodarstwa Krajowego) zwiększa wiarygodność danych. Rzeczywiście BGK jako uczestnik fixingu to ciekawostka (nie jest bankiem komercyjnym, ale może nadawać pewien ton). Jednak trudno stwierdzić, by samo to gwarantowało „prawdziwość” stawek – BGK również bazuje na podobnych przesłankach co inne banki, a niekoniecznie na własnych transakcjach (udział BGK w rynku międzybankowym jest marginalny).
Reasumując ten wątek: Wandzel słusznie koryguje, że WIBOR nie jest kompletnie oderwany od transakcji (jak by to wynikało z metafory „ghost town”) – jednak potwierdza jednocześnie, że znacząca część kwotowań faktycznie transakcji nie ma. Dla konsumenta konkluzja jest taka, że WIBOR to wskaźnik częściowo oparty na danych, a częściowo na eksperckiej ocenie banków. Czy to źle? Niekoniecznie, dopóki ta ocena jest rzetelna i zgodna z realiami. Ale historia międzynarodowa uczy, że mechanizmy oparte na deklaracjach bankowców mogą być podatne na nadużycia – stąd tak duży nacisk regulatorów na reformę wskaźników referencyjnych (IBOR-ów).
WIBOR a LIBOR/EURIBOR – czy polski wskaźnik jest poza podejrzeniem?
W swojej polemice mec. Wandzel stanowczo odrzuca analogie między WIBOR-em a skompromitowanymi zachodnimi benchmarkami, takimi jak LIBOR czy EURIBOR. Argumentuje, że choć należą one do „rodziny” stawek typu IBOR, to na tym podobieństwa się kończą. Przytacza przy tym kilka istotnych różnic: WIBOR od zawsze był wyliczany łącznie ze stawką WIBID (bid), z zachowaniem maksymalnego spreadu między nimi, podczas gdy LIBOR/EURIBOR funkcjonowały wyłącznie jako stawki oferowe (brakowało symetrycznej stopy bid). To prawda – w Polsce publikowany jest pełen zestaw stawek oferowanych (WIBOR) i odpowiadających im stawek przyjmowanych (WIBID), przy czym regulamin fixingu określa, że różnica między WIBOR a WIBID nie może przekraczać określonej wielkości (tzw. fixed spread, dawniej np. 0,25 pkt proc. dla 3M, choć obecnie mechanizm spreadu może być inny).
Dzięki temu, jeśli banki hipotetycznie chciałyby „zawyżyć” WIBOR, to musiałyby jednocześnie podnieść WIBID – a to oznaczałoby gotowość płacenia wyższych odsetek od pożyczanych depozytów, co dla nich jest niekorzystne. LIBOR czy EURIBOR takiego hamulca nie miały, bo tam nie publikowano równolegle stawek bid (LIBID istniał historycznie, ale nie był elementem mechanizmu fixingu LIBOR).
Ponadto Wandzel zwraca uwagę, że paneliści LIBOR/EURIBOR składali jedynie hipotetyczne deklaracje („po jakiej stopie pożyczyliby w razie potrzeby”), bez obowiązku zawarcia transakcji, podczas gdy w WIBOR mamy omówione już kwotowania wiążące i prawną obligację do ewentualnej transakcji. To również prawda – brak okna transakcyjnego był jedną ze słabości tamtych indeksów; banki mogły bez konsekwencji deklarować np. zaniżone LIBOR-y, by kreować wizerunek stabilności (co zresztą czynili). WIBOR ma mechanizm dyscyplinujący w postaci okna transakcyjnego, co utrudnia celowe zafałszowanie stawek.
Wandzel podkreśla jeszcze jeden fakt: w ponad 30-letniej historii WIBOR nie stwierdzono żadnych manipulacji ani nieprawidłowości. Rzeczywiście, nie było u nas skandalu na miarę LIBOR (gdzie udowodniono zmowę traderów z różnych banków fałszujących stawki). Żadne śledztwo KNF czy UOKiK dotąd nie wykazało, by polskie banki w panelu WIBOR kiedykolwiek celowo zniekształciły wyniki fixingu. Wandzel zaznacza, że sensacyjne doniesienia o rzekomych nieprawidłowościach to w jego ocenie jedynie element „negatywnej narracji” nakręcanej w celu zachęcenia kredytobiorców do masowych pozwów. Jako przykład podaje powoływanie się na raporty Najwyższej Izby Kontroli (NIK). Rzeczywiście, w mediach przewinęła się informacja, jakoby NIK dopatrzyła się jakichś problemów z WIBOR-em – co kancelarie prawnicze zaczęły cytować we wnioskach pozwów.
Prezes NIK Marian Banaś oficjalnie zdementował te rewelacje, stwierdzając że to nadinterpretacja treści raportów NIK przez kancelarie, które próbują zdobyć klientów bazując na autorytecie Izby. Powiedział m.in.: „z analizy dokumentów nie wynika, że NIK stwierdziła jakiekolwiek manipulacje czy nieprawidłowości w procesie ustalenia wskaźnika WIBOR. Mamy do czynienia z licznymi nadinterpretacjami, wyrywaniem zdań z kontekstu i przekłamaniami”. Ten cytat, przytoczony przez Wandzla, jest mocny i zasadny – pokazuje, że pewne argumenty używane przez niektóre kancelarie prokonsumenckie mogły być naciągane. Wypada się zgodzić: jeżeli ktoś twierdził, że „NIK potwierdziła nieprawidłowości WIBOR”, to mijał się z prawdą. Wandzel słusznie broni tu dobrego imienia wskaźnika w tym kontekście – dotąd żadna instytucja państwowa nie orzekła, iż WIBOR jest nielegalny czy zmanipulowany.
Czy z tego jednak wynika, że WIBOR jest całkowicie poza jakimikolwiek wadami? Niekoniecznie. Brak wykrytych manipulacji nie oznacza automatycznie pełnej sprawiedliwości tego mechanizmu. Po pierwsze, LIBOR też przez wiele lat uchodził za wiarygodny – dopóki nie wykryto zmowy. To, że w polskim panelu nikt nie wykrył zmowy, nie daje stuprocentowej gwarancji, że nigdy żaden uczestnik nie próbował choćby minimalnie wpłynąć na fixing pod swoje preferencje. Ale tu bądźmy sprawiedliwi – domniemanie uczciwości działa na korzyść banków, dopóki nie ma dowodów przeciwnych.
Znacznie ważniejsze jest jednak co innego: nawet uczciwie ustalany WIBOR może być uznany za klauzulę abuzywną, jeżeli klient nie rozumiał jego mechanizmu (co omówiliśmy wyżej). To nie jest „wina WIBOR-u” jako takiego, ale wina braku informacji. Po drugie, trwa obecnie globalny proces odchodzenia od wskaźników typu IBOR (opartych na deklaracjach banków) na rzecz stawek opartych o rzeczywiste transakcje rynkowe. W strefie euro i USA LIBOR/EURIBOR zastąpiono lub uzupełniono wskaźnikami typu overnight (np. €STR, SOFR), które są uznawane za bardziej obiektywne. W Polsce wdrażany jest POLSTR.
Gdyby WIBOR był ideałem bez skazy, zapewne nie planowano by jego wycofania. Planuje się to właśnie dlatego, że w warunkach współczesnego rynku finansowego WIBOR ma ograniczenia: niewielką bazę transakcyjną przy dłuższych okresach, wbudowany komponent prognostyczny (co czyni go mniej przejrzystym dla klientów) i ogólnie charakter wskaźnika „kredytowego” obarczonego premią za ryzyko bankowe. Nowy POLSTR jest stawką czysto transakcyjną, wolną od ryzyka kredytowego (mierzy koszt pożyczek o/n zabezpieczonych). Z punktu widzenia kredytobiorcy, docelowo oprocentowanie kredytu będzie zapewne oparte na POLSTR + marża, co oznacza, że zmienność stopy będzie bliższa decyzjom banku centralnego, a nie ocenom banków komercyjnych.
Mówiąc o analogiach do LIBOR, trzeba wspomnieć jeszcze o jednym: LIBOR został zdyskredytowany nie tylko przez celowe manipulacje, ale także przez zmianę realiów rynku – po 2008 r. rynek międzybankowy wysychał, banki nie chciały pożyczać sobie nawzajem bez zabezpieczeń, więc LIBOR stał się trochę fikcyjny. Bardzo podobny proces zaszedł u nas: polskie banki coraz mniej pożyczają sobie na dłuższe terminy. Nie dlatego, że spiskują, tylko dlatego, że mają inne możliwości (np. dostęp do taniego finansowania z NBP lub od klientów detalicznych) albo ograniczone zaufanie. WIBOR 3M nadal funkcjonuje, bo po części wyprzedza decyzje RPP – np. zanim Rada podniesie stopy, WIBOR już rośnie przewidując to.
Dla banków to wygodne narzędzie do szybkiego przenoszenia oczekiwań rynkowych na kredyty. Dla klientów – czasem szokujące (np. w końcówce 2021 r. WIBOR 3M skoczył znacznie powyżej stopy NBP, bo rynek zakładał dalsze podwyżki, co wielu kredytobiorców zaskoczyło in minus). To znów nie „manipulacja”, tylko cecha konstrukcyjna: WIBOR jest z natury stopą forward-looking (wybiega w przyszłość). POLSTR będzie backward-looking (patrzy wstecz na średnią z transakcji). Dla laika to technikalia, ale przekłada się na odczucia: WIBOR potrafi wzrosnąć zanim cokolwiek realnie się wydarzy ze stopami, co z punktu widzenia klienta może wydawać się nieuczciwe („NBP jeszcze nie podniósł, a rata już w górę!”). I tu wracamy do kwestii informacji: gdyby klient był uświadomiony, że WIBOR to stopa implikowana przez rynek i może rosnąć na bazie przewidywań, byłoby mu łatwiej to zaakceptować. Niestety większość nie miała o tym pojęcia – co znów kłania się obowiązek informacyjny banku.
Wandzel słusznie wytyka, że mechanizm WIBOR-u ma wbudowane zabezpieczenia, których brakowało LIBOR-owi. Nie ma dowodów, by polskie banki kiedykolwiek zmówiły się i świadomie oszukały klientów co do poziomu WIBOR – i warto to jasno powiedzieć. Jednak to, że nie było przestępstwa, nie znaczy, że nie ma problemu. Problem ma inny charakter: systemowy i konsumencki, a nie kryminalny. WIBOR jako taki jest legalny i był (w swoim czasie) przyzwoitym standardem rynkowym, ale zmieniły się czasy i oczekiwania co do transparentności. Dziś wiemy, że nawet w pełni legalny wskaźnik może zostać zakwestionowany, jeśli przeciętny konsument nie był w stanie rozeznać się w jego naturze i konsekwencjach dla swojego portfela. Sądy coraz częściej przychylają się do argumentacji kredytobiorców w tych sprawach – nie dlatego, że odkrywają spisek banków, ale dlatego, że widzą naruszenie praw konsumenta (nierównowaga informacyjna). To zresztą logiczna kontynuacja linii orzeczniczej zapoczątkowanej sprawami „frankowymi”, gdzie brak rzetelnej informacji o ryzyku walutowym skutkował uznawaniem klauzul za abuzywne. Teraz analogicznie rozpatruje się brak informacji o ryzyku stopy procentowej i mechanizmie WIBOR-u.
Narracje wokół WIBOR-u – komu i czemu służą?
Na koniec warto spojrzeć meta-poziom: po co mec. Wandzel (oraz inni autorzy na Infor.pl) publikują takie polemiki? Artykuł Wandzla nie jest odosobniony – w ramce „Zobacz również” widzimy kilka innych tekstów oznaczonych jako [polemika], m.in. „Kredyty z WIBOR nie są wadliwe, nie będzie masowego podważania umów w sądach…” czy „Polemika z wyrokiem SO w Suwałkach kwestionującym WIBOR”. Wydaje się więc, że mamy do czynienia z zorganizowaną kontrnarracją środowiska związanego z sektorem finansowym, mającą przeciwdziałać fali pozwów „WIBOR-owych”. Sam mec. Wandzel zresztą pisze wprost, że dostrzega po drugiej stronie „budowanie negatywnej narracji” nakierowanej na masowe wytaczanie powództw. Można odwrócić to stwierdzenie: jego własna narracja wydaje się zmierzać do zniechęcenia kredytobiorców do takich sporów sądowych oraz do kształtowania opinii publicznej i postawy władz na rzecz status quo. Co przez to rozumiemy?
Kształtowanie opinii publicznej: Jeżeli przeciętny czytelnik natknie się na artykuły ekspertów przekonujące, że „WIBOR jest OK, nie było przekrętów, wszystko pod kontrolą, a prawnicy nakręcają aferę dla zarobku”, to może nabrać sceptycyzmu wobec doniesień o wyrokach korzystnych dla kredytobiorców.
Wizerunkowo, banki i ich otoczenie starają się uniknąć łatki „drugiego frankowicza” – a więc społecznego przekonania, że znowu konsumentom należy się masowe unieważnianie umów. Artykuł Wandzla jest napisany w tonie eksperckim, ale jednocześnie dość jasno ustawia kancelarie pozywające banki w roli nie do końca rzetelnych graczy, którzy manipulują (vide sprawa NIK) i straszą ludzi na wyrost. Taki przekaz może budować w odbiorcach przeświadczenie, że pozwy WIBOR to naciąganie i próba „drugiego eldorado” dla prawników. W efekcie część klientów może uznać: „Nie dam się wciągnąć, pewnie i tak sądy tego nie uznają”. To bezpośrednio zniechęca konsumentów do dochodzenia roszczeń.
Wpływ na legislację i działania instytucji
Jeżeli narracja bankowa zdominuje dyskurs, to regulator czy ustawodawca może uznać, że nie ma potrzeby interweniować na rzecz kredytobiorców. Przykładowo, w przypadku kredytów frankowych nadzór bankowy i rząd długo stały na stanowisku, że „umowy są ważne, problemu nie ma”, aż TSUE i linia orzecznicza zmieniły tę optykę. W przypadku WIBOR-u wciąż jesteśmy na początku drogi – nie zapadło jeszcze rozstrzygnięcie TSUE (czekamy na wyrok w sprawie C-471/24), a krajowy Sąd Najwyższy również nie wydał wiążącej uchwały. Banki z pewnością chcą uniknąć sytuacji, w której politycy zaczęliby tworzyć rozwiązania ustawowe (choćby jak ustawa o wakacjach kredytowych w 2022 r., która de facto była przyznaniem racji kredytobiorcom, że skok WIBOR mocno ich dotknął). Artykuły takie jak Wandzla utwierdzają decydentów, że „wszystko gra, system jest uczciwy, to tylko szum informacyjny”.
Oddziaływanie na sądy
Choć sędziowie opierają się na dowodach i prawie, nie da się wykluczyć, że tworzenie atmosfery „pozytywnej wobec WIBOR” może pośrednio oddziaływać także na sądy. Gdy ekspert X czy Y (zwłaszcza powiązany z administratorem indeksu czy sektorem bankowym) publicznie wyraża swoje stanowisko, cytuje przepisy i przekonuje o braku nieprawidłowości, może to trafić do świadomości niektórych sędziów czy biegłych. Pojawia się zatem pewien lobbing opiniotwórczy – całkowicie legalny, bo odbywający się na polu prasy fachowej – który może utrudnić wytworzenie jednolitej linii orzeczniczej pro-konsumenckiej.
Zwróćmy uwagę, że mec. Wandzel w zakończeniu swojego artykułu przyznaje, że każdy ma prawo zabierać głos w debacie publicznej, ale apeluje o precyzję i unikanie uproszczeń, by nie wprowadzać czytelników w błąd. To brzmi jak manifest dbałości o rzetelność dyskursu, ale jednocześnie między wierszami jest zarzut, że druga strona (np. mec. Hirsz) takiej precyzji nie dochowała. W ten sposób Wandzel legitymizuje własną narrację jako tę „uczciwą i ekspercką”, podczas gdy narracja przeciwna jawi się jako sensacyjna i nierzetelna. Taki przekaz może mieć wpływ na postrzeganie spraw także poza gronem potencjalnych powodów – np. przez ekspertów, analityków czy właśnie sędziów.
Prewencja przed paniką finansową
Choć o tym się głośno nie mówi, możliwym celem takich publikacji jest też uspokojenie obecnych kredytobiorców i opinii publicznej, by nie powstała lawina kwestionowania WIBOR-u, co mogłoby zagrozić stabilności portfeli kredytowych banków. Gdyby bowiem nagle setki tysięcy „złotówkowiczów” poszły do sądów, banki stanęłyby przed ogromnym ryzykiem finansowym (utrata odsetek, zwroty nadpłat, potencjalnie nawet unieważnienia umów).
Dla systemu bankowego byłby to szok porównywalny z frankowiczami, a może większy (kredytów PLN opartych o WIBOR jest wielokrotnie więcej niż dawnych kredytów walutowych). Nic dziwnego, że sektor robi wiele, by takiej paniki zapobiec. Narracja „WIBOR jest w porządku, nie dajcie się zwieść kancelariom” jest elementem tej strategii.
Wspomniane wcześniej głosy w mediach branżowych sugerujące, że pozwy WIBOR to tylko powtórka z rozrywki frankowej, wykreowana sztucznie, mają odbiorcom zaszczepić myśl, że ewentualne sukcesy w sądach to pojedyncze przypadki, a masowo to się nie uda. Co prawda, jak widzieliśmy, orzeczenia polskich sądów w 2025 r. już wskazują na pewien trend korzystny dla kredytobiorców, jednak dopóki nie ma jednoznacznej linii SN/TSUE, los spraw nie jest pewny. Banki wykorzystują ten okres niepewności, by odwieść ludzi od pozywania – wszak pozwy niezłożone to dla nich wygrana walkowerem.
Warto tu dodać, że po stronie prokonsumenckiej też mamy narracje interesowne – kancelarie prawne reklamują się sukcesami, zachęcają do pozwów, obiecują odzyskanie odsetek. To oczywiście ich model biznesowy. Rolą świadomych konsumentów jest więc oddzielić ziarno od plew i zrozumieć swoje realne prawa, nie ulegając ani straszeniu przez jedną stronę, ani nadmiernym obietnicom drugiej.
Podsumowanie i wnioski dla konsumentów
WIBOR jako wskaźnik nie jest oszustwem ani samowolką – to prawnie umocniony, nadzorowany mechanizm oparty (w założeniu) o rynkowe dane. Nie stwierdzono dotąd żadnych manipulacji ani zmów banków przy ustalaniu WIBOR. Metodologia WIBOR ma wbudowane zabezpieczenia (stawka WIBID, obowiązek transakcji) odróżniające ją od skompromitowanych LIBOR/EURIBOR. Konsument płacący ratę według WIBOR-u nie jest zatem ofiarą jakiegoś tajnego spisku – płaci po prostu według stopy, która odpowiada cenie pieniądza dla banków, wynikającej z sytuacji gospodarczej (inflacji, stóp NBP, polityki monetarnej). Te fakty są ważne, by nie popadać w paranoję: sam WIBOR nie „psuje się” nagle dlatego, że bank chce zarobić – rośnie najczęściej dlatego, że rosną stopy procentowe w całej gospodarce (albo ich wzrost jest oczekiwany). Mec. Wandzel trafnie przypomina te realia i prostuje pewne mity.
Z drugiej strony, z perspektywy prawa konsumenckiego nie wszystko jest w porządku. Klauzule WIBOR-owe w umowach kredytowych mogą być uznane za nieuczciwe, jeśli bank nie zapewnił klientowi pełnej przejrzystości co do zasad ich działania. A wiele wskazuje, że nie zapewniał – co potwierdzają pierwsze wyroki w Polsce oraz opinia Rzecznik Generalnej TSUE. Problemem nie jest to, że WIBOR „jest nielegalny” – problem w tym, że konsumentów pozostawiono w niewiedzy na temat ryzyka związanego z tą zmienną stopą. Banki skorzystały na lata z faktu, że WIBOR był nisko i mało kto drążył temat. Gdy stopy wystrzeliły w górę w 2022 r., wielu kredytobiorców poczuło się zaskoczonych i poszkodowanych – i wtedy na jaw wyszło, że w dokumentacji kredytowej właściwie nie wyjaśniono im mechanizmu zmiany oprocentowania (poza hasłem „WIBOR 3M”). Prawo stoi po stronie konsumenta w tym sensie, że wymaga transparentności i równowagi – jeżeli ich brak, umowa może być zakwestionowana.
Dla obecnych i przyszłych kredytobiorców oznacza to, że warto dochodzić swoich praw, ale zarazem robić to z rozwagą. Nie każdy kredyt „WIBOR” automatycznie będzie unieważniony czy uwolniony od odsetek – to zależy od oceny konkretnego sądu i konkretnej umowy (np. jakie informacje przekazano przy podpisywaniu). Jednak istnieje realna szansa na wygraną, skoro już kilka sądów okręgowych przyznało rację konsumentom. Z kolei narracja przedstawicieli sektora bankowego, taka jak mec. Wandzla, ma nas przekonać, że te wygrane to pomyłki i że generalnie nie ma podstaw do roszczeń. Tę narrację należy czytać krytycznie. Wandzel wytknął pewne błędy w argumentacji drugiej strony (i słusznie np. w kwestii NIK), ale sam pominął kluczowy aspekt – właśnie aspekt abuzywności klauzul i braku transparentności. Jego artykuł ani słowem nie wspomina o obowiązkach informacyjnych banku wobec klienta czy o orzeczeniach TSUE dot. przejrzystości umów. To znaczące milczenie. Dlatego jako konsumenci powinniśmy poznać racje obu stron: i banków, i pozywających je kredytobiorców, aby wyrobić sobie własny pogląd.
Czekamy na wyrok TSUE w sprawie polskiego pytania prejudycjalnego o WIBOR (sygn. C-471/24). Opinia Rzecznik Generalnej sugeruje, że TSUE stanie po stronie konsumentów w kwestii możliwości badania tych umów. Jeśli tak się stanie, lawina pozwów może ruszyć szybciej, a sądy krajowe pójdą konsekwentnie w kierunku unieważnień lub odwiborowienia kredytów. Z drugiej strony, banki wraz z rządem mogą próbować zaproponować jakieś rozwiązania ugodowe.
Pewne jest jedno: konsumenci powinni być mądrzejsi o lekcję frankową. W przypadku kredytów frankowych wielu uwierzyło początkowo narracji banków, że „umowy są święte”, przez co zwlekali z pozwami całe lata – a finalnie okazało się, że mieli rację co do ich wadliwości. Teraz przy kredytach złotowych z WIBOR-em sytuacja się powtarza: trwa bój o postrzeganie problemu. Mec. Wandzel i jemu podobni eksperci zapewniają, że „kredyty z WIBOR nie są wadliwe”, a prawnicy alarmują, że „istnieją realne podstawy do kwestionowania WIBOR-u”. Prawda leży pośrodku: umowy te mogą być wadliwe pod kątem prawnym, ale tylko sąd indywidualnie może to stwierdzić. Dlatego każdy kredytobiorca musi sam zdecydować, czy czuje się poszkodowany brakiem informacji i czy chce dochodzić roszczeń.






