Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG) od ponad dwóch dekad pełni kluczową rolę w ochronie oszczędności Polaków. To właśnie ta instytucja gwarantuje deponentom zwrot środków do równowartości 100 tys. euro w razie upadłości banku. BFG jest finansowany z obowiązkowych składek banków i ma za zadanie strzec bezpieczeństwa depozytów oraz prowadzić procesy przymusowej restrukturyzacji zagrożonych banków. Formalny nadzór nad BFG sprawuje minister finansów, a działalność Funduszu podlega też kontroli parlamentu (sprawozdania roczne trafiają do Sejmu, zatwierdza je Rada Ministrów). Ta instytucjonalna tarcza zaufania ma zapewniać, że nawet w razie kłopotów banku nasze depozyty są bezpieczne.
Jednak ostatnie doniesienia medialne podają w wątpliwość nieskazitelność BFG. Gazeta Wyborcza ujawniła kulisy afery związanej z upadkiem Getin Noble Banku i działalnością syndyka Marcina Kubiczka – i wskazała przy tym na niejasne powiązania finansowe osób z kierownictwa BFG. Te rewelacje rodzą pytania: czy depozyty faktycznie są pod czujną opieką ludzi o nieskazitelnych charakterach? Czy konieczna jest pilna kontrola i rozliczenie potencjalnych nadużyć, by odbudować zaufanie do strażnika depozytów?
Afera z syndykiem – miliony złotych poza kontrolą
Afera, którą wczoraj opisała Gazeta Wyborcza, dotyczy masy upadłościowej po bankach Leszka Czarneckiego – Getin Noble Banku oraz wcześniejszego Idea Banku. Zgodnie z ustaleniami dziennikarzy, setki milionów złotych z majątku tych upadłych instytucji zamiast trafić do poszkodowanych klientów i wierzycieli – popłynęły na konta wybranych kancelarii prawnych powiązanych z syndykiem. Ten “zamknięty układ” polegał na kierowaniu lukratywnych zleceń prawniczych do zaprzyjaźnionych podmiotów, co wygenerowało koszty rzędu 197 mln zł, obciążające masę upadłości. Najwięcej zarobiła kancelaria Rymarz-Zdort-Maruta – ponad 146 mln zł – powiązana z samym syndykiem Kubiczkiem poprzez wspólną spółkę restrukturyzacyjną. Inne kancelarie także otrzymały wielomilionowe wypłaty za obsługę prawną. Zamiast maksymalizować zaspokojenie roszczeń wierzycieli (w tym setek frankowiczów i obligatariuszy czekających na swoje pieniądze), środki krążyły w wąskim gronie beneficjentów układu.
Skala ujawnionych nieprawidłowości jest szokująca. Jednocześnie poszkodowani klienci – np. kredytobiorcy frankowi z Getinu – byli masowo pozywani przez syndyka w sprawach gdzie syndyk nie miał realnej szansy na wygraną. Na pierwszy rzut oka cała afera wskazuje na nadużycia i rażący konflikt interesów po stronie syndyka. Ale w cieniu tych wydarzeń pojawia się też niewygodne pytanie: gdzie był nadzór BFG, który z definicji ma stać na straży interesów deponentów i wierzycieli?
BFG – nadzorca czy uczestnik układu?
Bankowy Fundusz Gwarancyjny odegrał istotną rolę w przypadku Getin Noble Banku. To BFG jesienią 2022 r. zainicjował przymusową restrukturyzację Getinu, tworząc pomostowy VeloBank i przenosząc do niego zdrowe aktywa, a resztę pozostawiając w upadłości. Następnie sąd ogłosił upadłość Getinu, wyznaczając syndyka (Marcina Kubiczka) oraz ustanawiając BFG kuratorem upadłego banku. Rola kuratora miała w założeniu umożliwić Funduszowi pewien nadzór nad postępowaniem upadłościowym – BFG formalnie reprezentuje interesy upadłego banku i wierzycieli. Jednak według Gazety Wyborczej ta kontrolna funkcja BFG okazała się iluzoryczna. Co więcej, wyszło na jaw, że BFG stał się de facto częścią problemu.
Dziennikarze ustalili, że trzej wysoko postawieni urzędnicy BFG otrzymywali od syndyka wynagrodzenia, sięgające w sumie blisko 800 tys. zł. Wśród tych osób jest m.in. dyrektor w BFG odpowiedzialny za przymusową restrukturyzację banków (czyli kluczowy urzędnik zaangażowany w proces upadłości Getinu), który otrzymał od syndyka około 210 tys. zł. Pozostali dwaj to również wysocy rangą pracownicy Funduszu – oni także mieli przyjmować od Kubiczka wynagrodzenia rzędu kilkuset tysięcy złotych każdy. Przelewy te miały tytułem opisanym wprost jako „wynagrodzenie” – co sugeruje stałe, regularne opłacanie tych osób ze środków masy upadłości. Innymi słowy, urzędnicy, którzy z ramienia BFG mieli nadzorować działania syndyka, byli jednocześnie przez tego syndyka opłacani.
To potencjalnie skandaliczna sytuacja konfliktu interesów. Trudno oczekiwać, by nadzór był skuteczny i bezstronny, skoro osoby odpowiedzialne za kontrolę syndyka jednocześnie czerpały korzyści finansowe z jego decyzji. Takie powiązania naruszają elementarne zasady przejrzystości i zaufania publicznego. Fundusz zamiast pełnić funkcję strażnika interesu publicznego w postępowaniu upadłościowym, znalazł się w dwuznacznej roli beneficjenta systemu stworzonego przez syndyka.
BFG w odpowiedziach dla mediów bronił się, że po ogłoszeniu upadłości banku to już sąd i sędzia-komisarz sprawują nadzór nad syndykiem, a sam Fundusz nie dysponuje bezpośrednimi narzędziami kontroli gospodarowania masą upadłości. Rzecznik BFG podkreślał, że syndyka wyznacza sąd i to on odpowiada za ocenę jego pracy – BFG formalnie nie może wpływać na decyzje syndyka. Fundusz twierdził też, że nie miał wiedzy o powiązaniach syndyka z kancelariami drenującymi majątek Getinu. Innymi słowy, BFG sugeruje, że również padł ofiarą działań syndyka i nie dostrzegł w porę nieprawidłowości. Jednak takie tłumaczenia – pełne formalnych uników i przerzucania odpowiedzialności – nie rozwiewają wątpliwości. Skoro BFG zgodził się pełnić rolę kuratora, to powinien był aktywnie stać na straży masy upadłościowej, a nie biernie przyglądać się jej drenażowi. Tymczasem każdy kolejny miesiąc bierności oznaczał kolejne miliony ubywające z majątku, który miał chronić interesy klientów. Trudno nie odnieść wrażenia, że zaufanie do państwowej instytucji kontrolnej – jaką z definicji jest BFG – zostało w tej sprawie poważnie nadwyrężone.
Kto nadzoruje BFG i czy potrzebna jest kontrola NIK?
Ujawnione fakty rodzą pytanie o mechanizmy kontroli samego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Kto pilnuje strażnika depozytów? Zgodnie z ustawą o BFG, bieżący nadzór administracyjny sprawuje Ministerstwo Finansów, zaś Sejm i Rada Ministrów mają wgląd w działalność Funduszu poprzez procedurę zatwierdzania sprawozdań. Co więcej, BFG – choć gospodaruje środkami pochodzącymi z sektora bankowego, a nie bezpośrednio z budżetu państwa – powinien podlegać kontroli Najwyższej Izby Kontroli (NIK) ze względu na realizację ważnej publicznej funkcji. W praktyce jednak nadzór nad BFG okazał się słaby. Jak wykazała NIK już dwie dekady temu, Fundusz bywał bardzo samodzielny finansowo – czasem aż za bardzo.
Warto przypomnieć, że ostatnia kompleksowa kontrola NIK w BFG miała miejsce wiele lat temu. Izba prześwietliła działalność Funduszu za lata 1995–1999 i choć pozytywnie oceniła terminowe wypłaty gwarantowanych depozytów, wytknęła BFG złą gospodarkę finansową. Jaskrawym przykładem było wtedy kupno przez BFG własnej siedziby za astronomiczną kwotę 77,7 mln zł – bez przetargu i po cenie znacznie wyższej niż rynkowa. Ówczesny prezes NIK alarmował, że Fundusz wydaje publiczne środki bez należytego nadzoru.
Co więcej, w 2000 r. doszło do zmiany ustawy o BFG, wskutek której Fundusz przestał być uznawany za państwową osobę prawną. BFG argumentował wtedy, że gospodaruje przede wszystkim pieniędzmi prywatnymi (składkami banków), więc nie musi spełniać niektórych obowiązków sprawozdawczych i kontrolnych względem państwa. NIK krytykowała takie podejście, ostrzegając że wyłączenie BFG spod kontroli państwowej to błąd, bo Fundusz dysponuje środkami istotnymi z punktu widzenia interesu publicznego. Innymi słowy, już od dawna istniała luka w systemie – BFG z jednej strony pełni misję publiczną, z drugiej zaś nie podlega tak rygorystycznej kontroli jak typowe instytucje państwowe.
Obecna afera dobitnie pokazała konsekwencje tej luki. Brak zewnętrznej kontroli mógł umożliwić powstanie niezdrowych powiązań i zaniedbań wewnątrz samego Funduszu. Czy zatem nie nadszedł czas, aby NIK – lub inny niezależny organ – przyjrzał się działalności BFG tu i teraz? Przecież chodzi o zaufanie do filaru systemu finansowego. Już w kwietniu tego roku NIK zapowiedziała doraźną kontrolę w instytucjach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo rynku finansowego, obejmującą m.in. KNF i BFG, w kontekście spraw takich jak VeloBank (bank powstały po restrukturyzacji Getinu). Ta kontrola – choć dotyczy głównie procedur nadzoru nad Getinem i procesem sprzedaży VeloBanku – pokazuje, że Najwyższa Izba Kontroli dostrzega wagę problemu. Niewykluczone, że po najnowszych doniesieniach kontrolerzy NIK rozszerzą swoje zainteresowanie również na wewnętrzne praktyki BFG.
Z punktu widzenia interesu publicznego aż prosi się o pełny audyt BFG – zwłaszcza departamentu przymusowej restrukturyzacji – by wyjaśnić, jak doszło do opisywanych patologii. Taka kontrola mogłaby odpowiedzieć na kluczowe pytania: Kto i na jakiej podstawie zatwierdził udział urzędników BFG w pracach syndyka za wynagrodzeniem? Czy istniały procedury zapobiegania konfliktom interesów? Czy Fundusz informował ministerstwo lub KNF o problemach w upadłości Getinu? Wreszcie – kiedy BFG sam ostatnio weryfikował działania swoich ludzi w takich postępowaniach? Jeśli okaże się, że zabrakło wewnętrznego nadzoru i etycznej czujności, konieczne będą personalne i systemowe konsekwencje.
Utracone zaufanie i konieczność zmian
Bankowy Fundusz Gwarancyjny przez lata wypracował reputację gwaranta bezpieczeństwa – instytucji, która ma stać po stronie obywateli w obliczu bankowych krachów. Niestety, ujawnione niejasne powiązania uderzają w wiarygodność BFG. Trudno się dziwić, że przeciętny Kowalski zadaje sobie dziś pytanie: “Skoro ludzie z BFG mogli uwikłać się w taką historię, to czy moje depozyty na pewno są bezpieczne?”. Formalnie oczywiście gwarancje depozytów do 100 tys. euro pozostają nienaruszone – środki na ten cel są odłożone, a wypłaty w razie upadłości banku odbywają się sprawnie. Nadzwyczajna sytuacja Getin Banku nie zagroziła bezpośrednio wypłatom gwarancyjnym. Jednak wiarygodność BFG to nie tylko pieniądze na funduszu gwarancyjnym, ale także zaufanie społeczne. Jeśli instytucja ma nadal pełnić swoją rolę skutecznie, obywatele muszą wierzyć, że jest ona bezstronna, transparentna i wolna od układów.
Obecna sytuacja wymaga zdecydowanych kroków naprawczych, by odbudować to zaufanie. Po pierwsze, pełne wyjaśnienie i rozliczenie afery – zarówno po stronie syndyka (co już się dzieje – ministerstwo analizuje cofnięcie jego licencji), jak i po stronie BFG. Jeśli trzej urzędnicy Funduszu rzeczywiście pobierali nienależne wynagrodzenia z masy upadłości, powinni zostać co najmniej zawieszeni do czasu wyjaśnień. Należy sprawdzić, czy działania tych osób były legalne i aprobował je zarząd BFG, czy też doszło do przekroczenia uprawnień lub zaniedbania. Być może potrzebna będzie interwencja organów ścigania – choć tu sytuacja nie jest jednoznaczna, bo samo pobieranie pieniędzy za pracę nie musi być przestępstwem, jednak kontekst wskazuje na możliwość działania na szkodę wierzycieli (przez zwiększanie kosztów postępowania).
Po drugie, kontrola NIK lub innego niezależnego audytora powinna ocenić procedury wewnętrzne BFG. Trzeba upewnić się, że na przyszłość Fundusz wprowadzi jasne zasady unikania konfliktu interesów – np. jeśli BFG występuje jako kurator w upadłości banku, jego przedstawiciele nie powinni otrzymywać żadnych gratyfikacji od syndyka poza ewentualnymi refundacjami kosztów zatwierdzonymi transparentnie przez sąd. Być może konieczne będą zmiany legislacyjne: przywrócenie pełnej kontrolowalności BFG przez państwowe instytucje nadzorcze. Jak wskazywała NIK, obecny status BFG jako podmiotu poza sektorem finansów publicznych utrudnia kontrolę wydatkowania środków. Rozważenia wymaga powrót do traktowania Funduszu jako instytucji w pełni publicznej lub przynajmniej doprecyzowanie uprawnień NIK wobec BFG.
Po trzecie, transparentna komunikacja z obywatelami. BFG powinien otwarcie poinformować, co zamierza zrobić w obliczu opisanych zarzutów. Milczenie lub zdawkowe oświadczenia mogą tylko pogłębić kryzys zaufania. Być może potrzebne będzie powołanie niezależnej komisji (np. z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Finansów, NBP, organizacji konsumenckich), która przyjrzy się działaniom BFG w procesie upadłości Getinu i zarekomenduje zmiany.
Co dalej z BFG i bezpieczeństwem depozytów?
Sprawa BFG afera–syndyk to sygnał alarmowy. System ochrony depozytów jest tak mocny, jak mocne są instytucje go tworzące. Jeśli strażnik zawiedzie z powodu ludzkich słabości czy braku przejrzystości, cierpi na tym cały system finansowy. Na szczęście na obecnym etapie nie doszło do bezpośredniego zagrożenia dla oszczędności Polaków – “sektor bankowy w Polsce jest stabilny, a oszczędności obywateli z gwarancją BFG są bezpieczne” – uspokajały niedawno oficjalne komunikaty. Jednak zaufanie to sprawa krucha. Polacy muszą mieć pewność, że instytucje takie jak BFG działają wyłącznie w interesie publicznym.
Dalsze losy BFG w dużej mierze zależą teraz od tego, jak instytucja i nadzorujące ją organy zareagują na kryzys. Jeżeli sprawa zostanie zamieciona pod dywan, a odpowiedzialność nie zostanie wyegzekwowana, w świadomości społecznej może pozostać trwała rysa. To z kolei może przełożyć się na erosję zaufania do gwarancji depozytów, a w skrajnych wypadkach – zwiększyć ryzyko paniki bankowej w przyszłości (choćby w sytuacji kolejnej upadłości banku klienci mogliby bardziej nerwowo reagować, nie dowierzając zapewnieniom BFG).
Dlatego tak ważne jest, by już teraz podjąć działania naprawcze. Wszelkie wykryte nieprawidłowości powinny skutkować zmianami personalnymi na szczytach Funduszu. Jeżeli okazałoby się (hipotetycznie), że w BFG doszło do poważnego zaniedbania ze strony zarządzających, rząd i parlament musiałyby rozważyć nawet odwołanie władz Funduszu i powołanie nowych, z zadaniem przywrócenia najwyższych standardów.
Niezależnie od tego, BFG musi „prężyć muskuły” i pokazać, że wyciągnął lekcję. Nowy prezes Funduszu Maciej Szczęsny (urzędujący od maja 2024 r.) deklarował niedawno w wywiadach, że BFG wzmocnił systemy wczesnego ostrzegania i działa proaktywnie, by chronić stabilność banków. Teraz do tej listy zadań dochodzi naprawa reputacji. Być może paradoksalnie obecny kryzys okaże się katharsis – skłoni BFG i decydentów do wprowadzenia mechanizmów, które na przyszłość zapobiegną podobnym sytuacjom.
Podsumowanie
Afera z udziałem syndyka Getin Banku i niewygodne pytania o rolę BFG to test dla państwowego systemu gwarantowania depozytów. Polacy mają prawo oczekiwać, że instytucja strzegąca ich oszczędności sama będzie krystalicznie czysta. Aby tak było, konieczne są teraz zdecydowane działania naprawcze – rzetelne śledztwo, audyt NIK, rozliczenie winnych i wzmocnienie nadzoru. Tylko pełna transparentność i gotowość do poprawy pozwolą BFG odzyskać nadszarpnięte zaufanie. W interesie nas wszystkich leży, by strażnik depozytów znów stał na posterunku z tarczą, a nie na celowniku.






