Afera GetBack – finansowy skandal, w którym ponad 9 tysięcy inwestorów straciło łącznie ok. 3,5 mld zł – doczekała się miażdżącej oceny Najwyższej Izby Kontroli. NIK wskazuje palcem instytucje państwa, które miały chronić obywateli, a zawiodły na całej linii. Kontrolerzy wykazali, że nadzór finansowy, organy ścigania, a nawet sądy i politycy nie podjęli skutecznych działań, by zapobiec stratom lub pomóc pokrzywdzonym. Dziś poszkodowani obligatariusze pytają: kto za to odpowie i czy są szanse odzyskać utracone oszczędności?
Państwo zawiodło na wielu frontach
Z ustaleń NIK wynika, że zawiodły niemal wszystkie instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo rynku finansowego i pieniądze obywateli. Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) nie wykorzystała swoich uprawnień, by ograniczyć skalę strat – nie zapewniła skutecznej ochrony konsumentów i nie zrealizowała swojego podstawowego celu, czyli prawidłowego funkcjonowania rynku. Zdaniem NIK działania Komisji cechowała „opieszałość i niezrozumienie”sytuacji. KNF miała np. możliwość formalnie włączyć się do postępowania restrukturyzacyjnego GetBack, ale tego nie zrobiła, choć pojawiały się sygnały o nieprawidłowościach w tym procesie. Co więcej, nadzór KNF nad kluczowymi operacjami GetBack okazał się nierzetelny – analiza transakcji sprzedaży portfeli długów w 2019 r. pomijała istotne aspekty, takie jak rzetelna wycena aktywów czy realna wartość odzysków.
Prokuratura również nie stanęła na wysokości zadania. Do dziś nie wyjaśniła w pełni przyczyn ani mechanizmu afery ani nie wskazała osób odpowiedzialnych za utratę środków 9 tysięcy obligatariuszy. NIK ujawnił wręcz „budzące poważne wątpliwości” powiązania między śledczymi a ludźmi powiązanymi z GetBack. Według kontrolerów doszło do nacisków ze strony ówczesnego kierownictwa prokuratury, by za wszelką cenę pokazać surowość wobec winnych – np. Bogdan Święczkowski, jako Prokurator Krajowy, miał naciskać na podwładnych, by ci wnioskowali o areszty dla członków władz GetBack, nawet gdy brakowało ku temu podstaw. Paradoksalnie jednak takie działania „pod publiczkę”nie przełożyły się na realną pomoc poszkodowanym – prokuratura nie zabezpieczyła skutecznie majątku ani nie zdołała ochronić interesów wierzycieli. Sądy z kolei podejmowały decyzje ocenione przez NIK jako niekorzystne dla poszkodowanych. W przyspieszonym postępowaniu układowym (PPU) dotyczącym GetBack pojawiły się poważne uchybienia: sąd ustanowił nadzorcę układu bez wymaganej zgody największych wierzycieli, nie zweryfikowano kondycji finansowej spółki ani wartości jej aktywów, a mimo to przegłosowano i zatwierdzono układ, w którym wierzyciele mieli odzyskać zaledwie ułamek należności.
„Państwo zostawiło nas z tą sprawą samych. Straciliśmy nie tylko pieniądze, ale i godność” – mówiła na konferencji przedstawicielka pokrzywdzonych inwestorów. To gorzkie podsumowanie najlepiej oddaje odczucia tysięcy osób, które zaufały obligacjom GetBack, a dziś czują się oszukane podwójnie – przez spółkę i przez instytucje państwa, które miały chronić obywateli.
Politycy i lobbyści w tle afery
Nieudolność organów państwa w sprawie GetBack, jak ujawnia NIK, nie była przypadkowa – na kulisy sprawy cieniem kładzie się polityka. Według prezesa NIK Mariana Banasia, ówczesny rząd i służby specjalne także nie zdały egzaminu. Mateusz Morawiecki, premier w czasie wybuchu afery, miał ignorować ostrzeżenia o zagrożeniach. Jak podaje NIK, gdy w sierpniu 2018 r. szef KNF Marek Chrzanowski chciał przedstawić raport o sytuacji GetBack na posiedzeniu kolegium ds. służb specjalnych, nie dopuszczono go do głosu – sygnały alarmowe pozostały bez reakcji władz. Dziś NIK zapowiada zawiadomienia do prokuratury wobec ponad 20 osób z tamtego okresu, w tym premiera Morawieckiego, Bogdana Święczkowskiego, a także byłego szefa KNF Chrzanowskiego oraz obecnego przewodniczącego KNF Jacka Jastrzębskiego. Zarzuty dotyczą podejrzenia niedopełnienia obowiązków – instytucje państwa zamiast ratować pieniądze ludzi, skupiły się na działaniu pokazowym i politycznym.
Ciekawy wątek poboczny stanowi rola Przemysława Wiplera, byłego posła, a w tamtym czasie lobbysty działającego za kulisami. NIK badał, czy główny akcjonariusz GetBack – fundusz Abris Capital – zlecał usługi doradcze właśnie Wiplerowi. Pojawiają się pytania, czy Wipler mógł pośredniczyć w kontaktach między GetBack/Abris a urzędnikami państwowymi lub prokuraturą, wpływając na bieg wydarzeń. Media ujawniły np., że w 2018 r. dochodziło do spotkań w siedzibie KNF z udziałem przedstawicieli Abris i Altus TFI, szukających ratunku finansowego dla GetBack – do dziś niejasne pozostaje, czemu propozycje dofinansowania spółki od prywatnych funduszy zostały odrzucone. Czy ktoś lobbował za określonym scenariuszem? Sam Wipler publicznie wypowiadał się o aferze GetBack jako polityk opozycji, jednak niechętnie komentuje swój ewentualny udział zawodowy. Nieoficjalnie wiadomo, że w latach następujących po odejściu z Sejmu uzyskiwał on wysokie dochody z działalności doradczej – w jednym z rankingów jego roczne wpływy oszacowano na ponad 1,25 mln zł. To rodzi spekulacje, czy część tych pieniędzy mogła pochodzić z usług świadczonych przy okazji afery GetBack. NIK nie przedstawił jeszcze pełnych wyników tego wątku, ale sam fakt zainteresowania kontrolerów sugeruje, że w tle finansowej piramidy mógł działać cichy lobbying, na którym ktoś zarobił krocie kosztem obligatariuszy.
Prokuratura pod wodzą Zbigniewa Ziobry również nie jest tu bez winy. NIK wskazuje, że śledczy nie tylko byli poddawani politycznym naciskom, ale też zaniechali działań, które mogły pomóc ofiarom. Przykładem jest bierność prokuratury wobec wspomnianego układu restrukturyzacyjnego GetBack – układu uznanego za krzywdzący, bo zapewniającego poszkodowanym zaledwie 25% środków w wieloletnich ratach. Prokuratura nie wniosła sprzeciwu ani nie interweniowała w sądzie, choć mechanizm ten budził poważne zastrzeżenia co do zgodności z prawem i interesem pokrzywdzonych. Pojawiają się też doniesienia o personalnych roszadach i rezygnacjach prokuratorów podczas prowadzenia sprawy – część doświadczonych śledczych miała zostać odsunięta lub sama zrezygnować, nie godząc się na sposób, w jaki forsowano pewne decyzje. To wszystko składa się na obraz śledztwa podporządkowanego politycznej narracji, zamiast rzetelnego dążenia do odzyskania utraconych pieniędzy obywateli.
Kontrowersyjne układy i decyzje sądów
Jednym z najbardziej krytykowanych etapów afery GetBack jest przyspieszone postępowanie układowe z wierzycielami, zakończone w 2019 r. NIK nazywa nadzór nad tym procesem “nierzetelnym i nieprawidłowym”. Sąd restrukturyzacyjny we Wrocławiu przyjął układ zaproponowany przez nowy zarząd GetBack, mimo że w ostatniej chwili dokonano zmian niekorzystnych dla obligatariuszy – zrezygnowano m.in. z opcji konwersji długu na akcje, która dawałaby poszkodowanym udział w majątku spółki. Finalnie układ przewiduje spłatę tylko 25% należności głównej w ciągu 8 lat, bez odsetek. Wierzyciele zabezpieczeni (np. banki) mają dostać swoją część najpierw, a obligatariusze niezabezpieczeni – rozłożone na raty resztki, co budziło sprzeciw wielu z nich.
Sąd argumentował, że to jedyna realna możliwość (upadłość GetBack groziłaby brakiem jakichkolwiek wypłat). Niemniej, NIK wytyka sądowi szereg uchybień: sędzia-komisarz Jarosław Mądry zgodził się na głosowanie nad układem bez pełnej informacji dla wierzycieli i bez wymaganej zgody największych obligatariuszy na powołanie nadzorcy. W dodatku sąd zatwierdził układ (ostateczna decyzja zapadła 6 czerwca 2019 r. przed Sądem Rejonowym dla Wrocławia-Fabrycznej, w składzie z sędzią Tomaszem Poprawą jako przewodniczącym) pomimo sygnałów, że GetBack nie realizował na bieżąco swoich zobowiązań już w trakcie postępowania. To sytuacja bez precedensu – normalnie takie naruszenia powinny skutkować przerwaniem układu i ogłoszeniem upadłości, tymczasem tutaj przymknięto oko na alarmujące symptomy, niejako kosztem wierzycieli.
NIK zwraca uwagę, że do dziś żadna instytucja (ani KNF, ani prokuratura, ani sąd) nie ustaliła faktycznej wartości majątku GetBack ani jej portfeli wierzytelności. Innymi słowy, wierzyciele do dziś nie wiedzą, ile realnie warta jest masa majątkowa, z której mają dostać owe 25%. Nowy zarząd GetBack (obecnie działającej pod nazwą Capitea S.A.) szacował w 2018 r., że z posiadanych długów da się odzyskać nawet 5,65 mld zł – gdyby tak było, obligatariusze mogli zostać spłaceni w całości wraz z odsetkami. Mimo to propozycje układowe dla nich ograniczono do ćwiartki należności. Do dziś nie wyjaśniono też, dlaczego wycofano korzystniejsze dla wierzycieli scenariusze tuż przed głosowaniem – np. ofertę inwestora (firmy Hoist) gotowego przejąć część aktywów GetBack za ponad 1 mld zł, co mogło podnieść poziom spłat. Hoist nagle odstąpił od negocjacji w styczniu 2019 r., zamykając tzw. “wariant inwestorski” układu. Kulisy tych decyzji do dziś budzą kontrowersje, a NIK sugeruje wręcz, że interes poszkodowanych zszedł na dalszy plan – instytucje państwa nie stanęły po ich stronie w kluczowym momencie.
Czy poszkodowani odzyskają swoje pieniądze?
Kluczowe pytanie brzmi: co dalej z tysiącami osób, które straciły fortuny w aferze GetBack? Na razie obowiązuje układ restrukturyzacyjny, z którego – jeśli będzie realizowany – wierzyciele odzyskają tylko część środków. Pierwsze wypłaty według warunków układu miały ruszyć w 2020 r., jednak proces ten się przedłuża. Szanse na odzyskanie pełnych kwot wydają się odległe, chyba że na jaw wyjdą nowe okoliczności pozwalające unieważnić układ lub pozyskać dodatkowe środki.
Pewną nadzieję paradoksalnie daje… główny oskarżony w sprawie, były prezes Konrad Kąkolewski. Spędził on w areszcie prawie 4 lata (od czerwca 2018 do maja 2022), po czym wyszedł na wolność za poręczeniem majątkowym. Tuż po wyjściu Kąkolewski udzielił głośnego wywiadu, w którym oświadczył, że możliwe jest odzyskanie nawet 100% utraconych pieniędzy – jego zdaniem około 7 mld zł da się jeszcze “odzyskać” dla obligatariuszy. Twierdzi, że jako jeden z wierzycieli (!) prowadzi już działania prawne w sądzie, dążąc do odwrócenia zawartego układu i unieważnienia transakcji, przez które majątek GetBack miał zostać wyprowadzony za bezcen. Kąkolewski sugeruje, że duża część aktywów spółki została ukryta lub przejęta nielegalnie – gdyby to odwrócić, wierzyciele mogliby otrzymać swoje pieniądze z powrotem. Co więcej, były prezes utrzymuje, że współpracował z służbami specjalnymi (CBA i ABW), ostrzegając przed możliwą kradzieżą funduszy GetBack, ale prokuratura jego zdaniem nie zadziałała dość sprawnie. Kąkolewski przedstawia się wręcz jako „sygnalista” i ofiara układu – twierdzi, że zrobiono z niego kozła ofiarnego, a jego wcześniejsze zeznania zostały “wymuszone i zmanipulowane” przez śledczych. W toczącej się od lutego 2022 r. przed warszawskim sądem procesu karnym (obejmującym 16 oskarżonych, w tym byłych szefów GetBack i Idea Banku) Kąkolewski nie przyznaje się do winy i zapowiada, że dopiero przed sądem ujawni całą prawdę. Jego linia obrony sugeruje, że faktyczni sprawcy mogą pozostawać w cieniu, podczas gdy on sam był pionkiem w większej grze.
Jeśli miałoby się okazać, że część majątku faktycznie da się odzyskać (np. poprzez roszczenia wobec osób trzecich, firm współpracujących z GetBack lub funduszy, które przejęły portfele długów po zaniżonej cenie), to byłaby to przełomowa wiadomość dla poszkodowanych. Na razie jednak deklaracje byłego prezesa należy traktować ostrożnie – mogą być elementem jego obrony.
Poszkodowani inwestorzy nie składają broni, choć ich zaufanie do instytucji państwa jest poważnie nadszarpnięte. Wielu z nich zrzeszyło się w stowarzyszeniach i walczy o sprawiedliwość na drodze sądowej. Trwają pozwy zbiorowe i indywidualne – m.in. przeciwko pośrednikom finansowym, którzy sprzedawali feralne obligacje (np. Idea Bank, którego doradcy intensywnie oferowali papiery GetBacku klientom) oraz przeciwko samym członkom władz GetBack. Część spraw utknęła jednak w zawiłościach prawnych lub oczekuje na rozstrzygnięcia trwającego procesu karnego, po którym łatwiej będzie dochodzić roszczeń od skazanych osób.
Pojawia się też pytanie o odpowiedzialność Skarbu Państwa – czy ofiary afery mogą pozwać państwo za zaniedbania nadzorcze? NIK wprost wskazał, że instytucje państwowe nie dopełniły swoich obowiązków, co przyczyniło się do powstania gigantycznych strat. Na tej podstawie prawnicy analizują możliwość wystąpienia z pozwami przeciw Skarbowi Państwa o odszkodowania – argumentując, że gdyby KNF, prokuratura czy służby zareagowały w porę, szkody dałoby się ograniczyć. Tego rodzaju procesy byłyby precedensem (podobne próby podejmowano po aferze Amber Gold, z mieszanymi rezultatami), ale raport NIK dodaje ofiarom GetBack mocnych argumentów.
Na razie Najwyższa Izba Kontroli zapowiedziała skierowanie swoich ustaleń do prokuratury i zaapelowała o powołanie sejmowej komisji śledczej w sprawie GetBack. Taka komisja mogłaby publicznie zbadać zaniechania urzędników i polityków oraz nadać sprawie większy rozgłos. Dla opinii publicznej afera GetBack staje się symbolem kryzysu zaufania do państwa – jak ujął to Marian Banaś, obnażyła ona „głęboki kryzys instytucji państwa”. Poszkodowani liczą, że nowe działania – czy to śledczych, czy komisji – ujawnią pełną prawdę o tym, kto tak naprawdę zawinił. Wtedy łatwiej będzie wskazać odpowiedzialnych przed sądem i – być może – sięgnąć do ich kieszeni po zadośćuczynienie. Na odzyskanie 100% utraconych oszczędności wciąż nie ma gwarancji, ale presja społeczna rośnie. Afera GetBack pokazuje, że miliony mogą znikać po cichu, ale rachunek za zaniedbania prędzej czy później ktoś będzie musiał zapłacić. Pozostaje pytanie: czy będzie to szef upadłej spółki i jego wspólnicy, czy też instytucje, które nie zapobiegły finansowej katastrofie? Poszkodowani zapowiadają, że nie spoczną, dopóki nie uzyskają odpowiedzi – i sprawiedliwości.






