Kiedy na początku lipca dwunastu najważniejszych ludzi od ryzyka w polskiej bankowości zasiadło przy okrągłym stole Europejskiego Kongresu Finansowego, w rozmowie o zagrożeniach dla sektora nie dominowały ani wojna, ani cyberataki, ani recesja. Padło za to sformułowanie, które mówi więcej niż niejeden raport analityczny: ogon ryzyka prawnego jest dziś „nieskończony”. Tak jeden z uczestników debaty CRO opisał sytuację, w której po stumiliardowej – jak ujął to inny panelista – traumie frankowej sektor bankowy stanął oko w oko z kolejnym frontem sporów: sankcją kredytu darmowego. Dla banków to scenariusz, którego nie da się domodelować. Dla milionów kredytobiorców konsumenckich – realna szansa na odzyskanie odsetek, prowizji i opłat.

Sankcja kredytu darmowego – kara, która przenosi ciężar błędu na bank
Sankcja kredytu darmowego (SKD) to instytucja zapisana w art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim. Jej konstrukcja jest prosta w skutkach, choć skomplikowana w szczegółach: jeżeli kredytodawca naruszył określone obowiązki – przede wszystkim informacyjne, wymienione m.in. w art. 30 ustawy – konsument może złożyć oświadczenie, po którym spłaca wyłącznie pożyczony kapitał. Bez odsetek. Bez prowizji. Bez kosztów okołokredytowych.
Mechanizm dotyczy kredytów konsumenckich do kwoty 255 550 zł, a oświadczenie trzeba złożyć przed upływem roku od wykonania umowy. W praktyce oznacza to, że w grze są zarówno kredyty gotówkowe wciąż spłacane, jak i te niedawno zamknięte. To odwrócenie logiki, do której rynek przywykł przez dekady: to nie klient ponosi konsekwencje niedoczytania umowy, lecz instytucja finansowa ponosi konsekwencje jej wadliwego napisania.
Katalog potencjalnych uchybień jest szeroki: od błędnego wyliczenia rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO), przez naliczanie odsetek od kredytowanych kosztów (prowizji czy ubezpieczenia), po niejasne mechanizmy zmiany oprocentowania. Spór o to, które z tych naruszeń rzeczywiście uzasadniają tak daleko idącą sankcję, toczy się dziś w tysiącach sal sądowych – i coraz częściej w Luksemburgu.
Liczby, które nie pozwalają bankowcom spać spokojnie
Skalę zjawiska najlepiej pokazują dane, które padły podczas wspomnianej debaty ryzyka na EKF. Według przywołanej tam ankiety Związku Banków Polskich, obejmującej 17 banków, liczba pozwów dotyczących sankcji kredytu darmowego wyniosła na koniec 2024 roku około 15 tysięcy, by na koniec 2025 roku sięgnąć już 25 tysięcy. Do tego dochodzi – według danych cytowanych przez Business Insider Polska – blisko 100 tysięcy reklamacji złożonych w bankach na tym tle. Dynamika jest więc geometryczna, a nie liniowa.
Uczciwość analityczna wymaga podkreślenia rzeczy, o której kancelarie reklamujące SKD mówią niechętnie: dotychczasowa linia orzecznicza sprzyjała bankom. Według danych sektorowych około 80–90 proc. wyroków w sprawach SKD było dla kredytodawców korzystnych, a same banki wskazują, że nawet po kwietniowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie C-744/24 większość rozstrzygnięć nadal wypada po ich stronie. SKD nie jest więc automatem – każda sprawa wymaga wykazania konkretnego naruszenia konkretnego przepisu.
Dlaczego zatem sektor traktuje temat aż tak poważnie? Bo zmienia się otoczenie orzecznicze. Wyrok TSUE z 23 kwietnia w sprawie C-744/24, dotykający kwestii kredytowania kosztów okołokredytowych, dał pełnomocnikom konsumentów nową amunicję, a Rzecznik Finansowy publicznie sugerował bankom, by same zaczęły proponować polubowne rozwiązywanie sporów o SKD. I co znamienne – prezes ZBP Tadeusz Białek przyznał w rozmowie z Business Insiderem podczas EKF, że sektor „pracuje nad odpowiednimi rozwiązaniami”, by nie doprowadzić do masowego wpływu spraw do sądów. Instytucje finansowe nie przygotowują programów ugodowych na zagrożenia, których nie traktują poważnie.
Świeże wyroki: PKO BP i Alior Bank przegrywają dziesiątki tysięcy złotych
Za statystyką stoją konkretne rozstrzygnięcia – i to zapadające w ostatnich tygodniach.
Poznań: umowa pożyczki PKO BP wolna od odsetek i kosztów
2 lipca 2026 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu (sygn. akt XII C 1158/25) zasądził – jak informuje prowadząca sprawę kancelaria pełnomocników kredytobiorców – kwotę 58 251,45 zł wraz z odsetkami za opóźnienie na rzecz klientów PKO BP w sporze dotyczącym umowy pożyczki z marca 2017 roku. Według relacji pełnomocników z ustnych motywów rozstrzygnięcia wynikało, że mechanizm zmiany oprocentowania pozostawiał bankowi arbitralną swobodę decyzji, czy i kiedy zmienić stopę procentową – bez obiektywnych, weryfikowalnych dla konsumenta kryteriów. Odwołanie do ogólnikowych „dobrych praktyk” sąd ocenił jako pozbawione realnej treści. Skutek: po oświadczeniu o skorzystaniu z SKD umowa stała się w całości nieoprocentowana i wolna od kosztów, a klienci oddają bankowi wyłącznie nominalny kapitał.
Warto odnotować niuans procesowy: powództwo główne o ustalenie nieistnienia stosunku prawnego zostało oddalone – wygrało dopiero roszczenie ewentualne oparte na sankcji kredytu darmowego. To praktyczna lekcja dla kredytobiorców i ich pełnomocników: wielotorowe formułowanie żądań w pozwie bywa rozstrzygające.
Olsztyn: ponad 114 tysięcy złotych w sporze z Alior Bankiem
Kilka tygodni wcześniej, 16 czerwca 2026 roku, Sąd Okręgowy w Olsztynie (sygn. akt I C 1385/24) uwzględnił – według informacji kancelarii prowadzącej sprawę – powództwo przeciwko Alior Bankowi oparte na SKD, zasądzając na rzecz konsumenta 114 789,79 zł z odsetkami i kosztami procesu. Podstawą było naruszenie obowiązków informacyjnych z art. 30 ust. 1 pkt 10 oraz pkt 15 ustawy o kredycie konsumenckim. Wyrok jest nieprawomocny – i trzeba to wyraźnie zaznaczyć, bo bank niemal na pewno wniesie apelację. Kierunek jest jednak czytelny: sądy coraz wnikliwiej badają, czy dokumentacja kredytowa rzeczywiście pozwalała konsumentowi zrozumieć pełny koszt zobowiązania.
Obie sprawy łączy wspólny mianownik: obowiązki informacyjne przestały być traktowane jako formalność. Stają się twardym standardem, z którego sądy rozliczają kredytodawców złotówka po złotówce.
Dlaczego banki boją się SKD bardziej, niż pokazują na zewnątrz
Podczas debaty CRO na EKF padło sformułowanie, które powinno przejść do historii tego sporu: sektor przeszedł od „ryzyka niewypłacalności klienta” do „ryzyka niewypłacalności umowy”. To fundamentalna zmiana. Klasyczne modele bankowe potrafią wycenić prawdopodobieństwo, że kredytobiorca przestanie spłacać raty. Nie potrafią natomiast wycenić prawdopodobieństwa, że umowa – podpisana pięć czy osiem lat temu i wykonywana bez zarzutu – zostanie uznana za wadliwą i pozbawiona zarobku.
Frankowicze byli dla sektora, jak przyznano na tym samym panelu, „poligonem doświadczalnym” budowy rezerw na ryzyko prawne. Tyle że portfel frankowy był skończony i topniejący. Kredyt konsumencki to produkt masowy, sprzedawany w milionach sztuk rocznie, w dużej mierze zdalnie i szybko – a więc z większym polem do uchybień dokumentacyjnych. Stąd obrazowa diagnoza z debaty: ogon tego ryzyka jest „nieskończony”, i to z akceleratorem w postaci kancelarii oraz firm skupujących wierzytelności.
Nie przypadkiem sektor gra równolegle na trzech fortepianach. Po pierwsze – sądy i TSUE, gdzie banki bronią tezy o nieproporcjonalności sankcji za drobne, formalne uchybienia. Po drugie – legislacja: przy okazji wdrażania unijnej dyrektywy CCD2 bankowcy zabiegają o „przeformułowanie” SKD i wprowadzenie miarkowania kary, a rząd odebrał niedawno prowadzenie prac nad ustawą UOKiK-owi, co samo w sobie pokazuje polityczny ciężar tematu. Po trzecie – ugody: pomysł polubownego zamykania sporów, zanim trafią do sądu. W ocenie redakcji ta trzecia ścieżka jest najbardziej wymowna. Sektor, który przez lata wygrywał 80–90 proc. spraw, nie proponuje ugód z pozycji siły – proponuje je, bo widzi, dokąd zmierza linia orzecznicza po wyrokach TSUE, i pamięta, jak kosztowne okazało się przespanie momentu na kompromis w sprawach frankowych.
Zaplecze prawne po frankowiczach: konsument nie startuje już od zera
Jest jeszcze jeden czynnik, który odróżnia spór o SKD od wszystkich wcześniejszych batalii konsumentów z bankami – i który dla sektora jest szczególnie niewygodny. Dekada procesów frankowych zbudowała w Polsce całą infrastrukturę prawniczą wyspecjalizowaną w sporach z instytucjami finansowymi: kancelarie z setkami wygranych spraw, wypracowane metodyki analizy umów, biegli, kalkulatory roszczeń, orzecznictwo TSUE przyswojone przez sądy powszechne.
Ta machina nie zdemobilizowała się wraz z topnieniem portfela frankowego – przestawiła się na nowe tory: sankcję kredytu darmowego, a równolegle spory o WIBOR. Prezes UOKiK Tomasz Chróstny wprost wskazywał w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej, że o SKD zaczęto mówić głośniej właśnie wtedy, gdy kancelarie rozwinięte na sprawach frankowych zaangażowały się w inne prawa kredytobiorców. Dla konsumenta oznacza to sytuację bez precedensu: wchodzi w spór z bankiem, mając za sobą doświadczonych pełnomocników, przetarte ścieżki procesowe i rosnącą liczbę korzystnych rozstrzygnięć do cytowania. Dziesięć lat temu frankowicze musieli tę drogę wykuwać od podstaw. Dziś kredytobiorca gotówkowy dostaje ją w pakiecie.
Cesja wierzytelności i pseudokancelarie – tu szansa potrafi zamienić się w pułapkę
Byłoby jednak dziennikarską nieuczciwością zatrzymać się na obrazie „banki kontra konsumenci”. Wokół SKD wyrósł bowiem także rynek, który z ochroną konsumenta ma niewiele wspólnego i przed którym trzeba ostrzegać równie głośno, jak przed wadliwymi umowami kredytowymi.
Chodzi o firmy działające w modelu cesyjnym: spółki masowo skupujące od kredytobiorców wierzytelności z tytułu SKD, często za ułamek ich wartości. Według szacunków przywoływanych przez prezesa ZBP takie podmioty odpowiadają za około połowę wszystkich spraw o SKD w sądach, a konsument otrzymuje w tym modelu typowo 10–15 proc. wartości roszczenia. Prawnicy cytowani przez Prawo.pl wskazują, że przeciętna wartość przedmiotu sporu w sprawach SKD waha się od 15 do 45 tysięcy złotych, a bywają roszczenia sięgające 150 tysięcy złotych – podczas gdy firmy skupujące proponują za nie kilka tysięcy złotych. Różnicę zatrzymuje pośrednik.
Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku z 9 października 2025 roku (C-80/24) przesądził, że sam skup wierzytelności konsumenckich jest dopuszczalny – ale umowy cesji zawierane z konsumentami podlegają badaniu pod kątem abuzywności, wad oświadczenia woli, a nawet wyzysku. I polskie sądy z tej furtki korzystają: zapadają już wyroki oddalające powództwa firm skupujących z powołaniem na nieważność samej umowy cesji jako sprzecznej z elementarną uczciwością. Skala zjawiska jest przy tym tak duża, że jeden poznański sąd rejonowy został zasypany około 10 tysiącami pozwów od takich podmiotów, a Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało zmiany w procedurze cywilnej doprecyzowujące właściwość sądów w sprawach po przelewie wierzytelności.
Osobną kategorią są parakancelarie działające bez cesji, ale przejmujące kontrolę nad sprawą poprzez umowy o obsługę prawną z lwią częścią wynagrodzenia od sukcesu. Granica między profesjonalnym pełnomocnikiem a podmiotem, dla którego konsument jest wyłącznie nośnikiem roszczenia, bywa cienka – i przebiega dokładnie tam, gdzie kończy się przejrzysta informacja o kosztach, ryzykach i realnej wartości sprawy.
Co dalej? Trzy scenariusze na najbliższe kwartały
Pierwszy scenariusz to legislacyjne złagodzenie sankcji przy okazji wdrażania dyrektywy CCD2 – sektor otwarcie zabiega o miarkowanie kary, a Komitet Stabilności Finansowej dwukrotnie negatywnie opiniował projekt idący w przeciwnym kierunku. Drugi to fala ugód: jeśli banki rzeczywiście uruchomią programy polubowne, część kredytobiorców odzyska pieniądze szybciej, choć zapewne mniej, niż mogłaby uzyskać w sądzie. Trzeci – kontynuacja wojny pozycyjnej w sądach, z TSUE w roli języczka u wagi, dokładnie według frankowego scenariusza.
W ocenie redakcji najbardziej prawdopodobna jest hybryda wszystkich trzech – i to ona najlepiej służy świadomemu konsumentowi. Kredytobiorca, który dziś zleci rzetelną analizę swojej umowy sprawdzonej kancelarii, nie odda roszczenia za ułamek wartości i zachowa kontrolę nad sprawą, wchodzi w ten spór z najmocniejszej pozycji, jaką konsument miał wobec banków od lat. SKD nie jest automatem i nie każda umowa zawiera wady – ale liczby z okrągłego stołu CRO nie kłamią: to banki, nie klienci, mówią dziś o tym ryzyku językiem „nieskończonego ogona”. A historia sporów frankowych uczy jednego: gdy sektor zaczyna publicznie rozważać ugody, znaczy to, że dobrze policzył, ile może kosztować ich brak.





