Prezes Związku Banków Polskich Tadeusz Białek skomentował styczniowy wyrok TSUE w sprawie C-902/24 (Herchoski) dotyczący kredytów frankowych, przedstawiając go jako potwierdzenie korzystnej dla banków teorii salda i prawa banku do potrącenia kapitału. Jego wypowiedzi, choć utrzymane w tonie obiektywnej analizy, zawierają manipulacyjne uproszczenia i interpretacje mogące wprowadzać opinię publiczną w błąd. Poniżej weryfikujemy te tezy – zestawiamy stanowisko prezesa ZBP z treścią orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE oraz wcześniejszym orzecznictwem, wskazując, co jest zgodne z faktami, a co stanowi element narracji branży bankowej.
Stanowisko prezesa ZBP: teoria salda i potrącenie kapitału po unieważnieniu umowy
W reakcji na wyrok TSUE z 22 stycznia 2026 r. w sprawie C-902/24 (Herchoski) prezes ZBP Tadeusz Białek przekonywał, że Trybunał wyraźnie opowiedział się za rozliczaniem unieważnionych umów kredytowych według tzw. teorii salda, czyli poprzez potrącenie wzajemnych należności stron w jednym postępowaniu. Według Białka TSUE „przypomniał” wcześniejszy wyrok (sprawa Lubreczlik, C-396/24) i wskazał, że teoria salda jest najprostszym i dominującym sposobem rozliczenia – zamiast podejścia, w którym każda ze stron dochodzi osobno swojego roszczenia (tzw. teoria dwóch kondykcji). W praktyce oznaczać to ma traktowanie rozliczeń kredytobiorcy i banku jako jednego zagregowanego roszczenia, co ma uprościć i skrócić spory.
Prezes ZBP podkreślił też, że TSUE dopuścił potrącenie przez bank kwoty wypłaconego kapitału z roszczeniem konsumenta o zwrot rat – nawet w sytuacji, gdy bank nadal utrzymuje, że umowa jest ważna. Białek zaznaczył, iż Trybunał jednoznacznie potwierdził prawo banku do podniesienia zarzutu potrącenia w takim procesie, nawet tytułem ewentualnym (subsydiarnie) – czyli na wypadek, gdyby sąd jednak uznał umowę za nieważną. Dzięki temu możliwe byłoby rozliczenie wzajemnych świadczeń w ramach jednego postępowania, zamiast dwóch odrębnych procesów – co, zdaniem prezesa ZBP, ma leżeć w interesie konsumenta, unikać mnożenia kosztów i przewlekłości.
W swoich wypowiedziach Tadeusz Białek kładł nacisk na to, że przytaczane informacje „nie są interpretacjami ZBP, ale fragmentami uzasadnienia orzeczenia TSUE”. W dalszej części konferencji prezes ZBP poszedł o krok dalej, stawiając retoryczne pytanie: „W czyim interesie jest prowadzenie dwóch postępowań zamiast jednego?”, po czym sam odpowiedział, że na pewno nie konsumenta, ani sądów, ani nawet banku – „to wyłącznie w interesie kancelarii prawnej, która wtedy pobiera dwa honoraria”. Tą wypowiedzią zasugerował, że jedynie prawnicy prowadzący sprawy frankowe są zainteresowani utrzymaniem rozdzielenia roszczeń (oddzielnego dochodzenia przez konsumenta zwrotu rat i przez bank zwrotu kapitału), podczas gdy dla konsumentów lepsze i tańsze byłoby jedno kompleksowe postępowanie.
W drugiej części wystąpienia Białek odniósł się natomiast do kwestii kredytów złotówkowych opartych o WIBOR, przekonując, że nie ma podstaw do kwestionowania tego wskaźnika. Argumentował, iż dotychczas zapadło ponad 150 prawomocnych wyroków potwierdzających zgodność WIBOR z prawem, a skala nowych pozwów jest znikoma – ok. 2200 spraw na 2,4 miliona aktywnych umów hipotecznych, co określił jako „kroplę w morzu”. Jego zdaniem statystyki te oraz opinia Rzecznika Generalnego TSUE (że mechanizm ustalania WIBOR nie podlega wprost ocenie sądu cywilnego) świadczą o trwałości i legalności wskaźnika, mimo głośnych medialnie pozwów grupowych.
Co naprawdę orzekł TSUE w sprawie C-902/24 (Herchoski)?
Aby rzetelnie ocenić powyższe tezy, należy sięgnąć do samego wyroku TSUE w sprawie Herchoski (C-902/24). Pytaniem prejudycjalnym było m.in., czy bank może żądać potrącenia kwoty wypłaconego kapitału z roszczeniem konsumenta o zwrot rat – nawet jeśli bank jednocześnie utrzymuje, że umowa jest ważna. Trybunał odpowiedział, że dyrektywa 93/13/EWG w zasadzie nie sprzeciwia się takiej krajowej wykładni prawa, która pozwala bankowi dokonać potrącenia w opisanej sytuacji. Innymi słowy, TSUE dopuścił możliwość potrącenia: przedsiębiorca (bank) może w procesie z powództwa konsumenta zgłaszać swoje roszczenie zwrotne, nawet alternatywnie, nie wyrzekając się stanowiska o ważności umowy.
Kluczowe jest jednak to, co dalej – Trybunał postawił wyraźne warunki i zastrzeżenia dla takiego potrącenia. Po pierwsze, roszczenie banku nie może zostać uznane za wymagalne zanim sąd nie stwierdzi nieważności umowy. Oznacza to, że bank nie ma prawa żądać od konsumenta zapłaty kapitału z góry, przed prawomocnym unieważnieniem kontraktu. Samo wysłanie przez bank wezwania do zapłaty czy oświadczenia o potrąceniu (co miało miejsce w sprawie Herchoski) nie może skutkować tym, że konsument nagle staje się dłużnikiem – dopóki sąd nie orzeknie nieważności, żądanie zwrotu kapitału jest warunkowe i nierzeczywiste. TSUE mocno zaakcentował w związku z tym, że bank nie jest uprawniony do żądania odsetek za opóźnienie od kwoty kapitału przed stwierdzeniem nieważności umowy. Dopóki umowa formalnie obowiązuje (a bank stoi na stanowisku, że jest ważna), dopóty roszczenie banku o kapitał nie jest wymagalne – a naliczanie odsetek od takiego „przyszłego” roszczenia prowadziłoby do wewnętrznej sprzeczności i naruszenia zasady pewności prawa.
Po drugie, TSUE zastrzegł, że uwzględnienie zarzutu potrącenia przez sąd nie może automatycznie przesądzać o obciążeniu konsumenta kosztami postępowania. W ocenie Trybunału fakt, że bank w toku sprawy skutecznie potrąci część czy całość roszczenia konsumenta, nie może czynić kredytobiorcy „przegranym” w zakresie kosztów sądowych. Gdyby każde częściowe oddalenie powództwa konsumenta (na skutek potrącenia) miało skutkować obciążeniem go kosztami, mogłoby to zniechęcać klientów do dochodzenia swoich praw – a na to nie ma zgody z perspektywy prawa UE. Trybunał podkreślił, że system rozliczania kosztów nie może być instrumentem wywierania presji na konsumenta i ograniczania efektywnej ochrony, jaka przysługuje mu na mocy dyrektywy 93/13.
Po trzecie, TSUE zaznaczył konieczność, aby konsument był wcześniej poinformowany o skutkach nieważności umowy. Innymi słowy, bank powinien uprzedzić kredytobiorcę (np. na etapie zawierania umowy czy w toku sporu) o tym, że unieważnienie kontraktu będzie się wiązać z wzajemnym zwrotem świadczeń – tak, by decyzja klienta o wejściu na drogę sądową była świadoma. To zastrzeżenie wpisuje się w ogólny wymóg TSUE, by sankcje za klauzule abuzywne nie zaskakiwały konsumenta i by miał on pełną wiedzę o konsekwencjach (w tym konieczności oddania kapitału) zanim zdecyduje się na unieważnienie umowy.
Podsumowując, TSUE w sprawie Herchoski dopuścił mechanizm potrącenia, ale jednocześnie zadbał o to, by nie osłabić ochrony konsumenta. Trybunał starał się wyważyć dwie wartości: z jednej strony prawo przedsiębiorcy do obrony i rzetelnego procesu (art. 47 Karty Praw Podstawowych UE przysługuje obu stronom sporu), z drugiej – efektywność ochrony konsumenta przed skutkami nieuczciwych klauzul. W uzasadnieniu wskazano, że odebranie bankowi w ogóle możliwości potrącenia mogłoby naruszać jego prawo do obrony, bo mechanizm ten stanowi istotny środek procesowy umożliwiający rozliczenie obu stron w jednym postępowaniu. Równocześnie jednak TSUE zaznaczył, że korzystanie z tego środka nie może odbywać się kosztem klienta – ani poprzez obciążenie go odsetkami za okres, gdy de facto dochodzi on swoich roszczeń, ani poprzez przerzucenie na niego kosztów w sposób zniechęcający do procesu. Takie stanowisko Trybunału jest logiczną kontynuacją jego dotychczasowej linii orzeczniczej: ochrona konsumenta ma być realna, a nie iluzoryczna, a przedsiębiorca nie może używać instrumentów prawa krajowego w sposób osłabiający pozycję klienta w sporze sądowym.
Tezy zgodne z TSUE a elementy dezinformujące: konfrontacja wypowiedzi z faktami
Niektóre twierdzenia prezesa ZBP rzeczywiście znajdują pokrycie w orzeczeniu TSUE, inne jednak są wynikiem selektywnej interpretacji bądź pominięcia istotnych zastrzeżeń. Prawdą jest, że TSUE potwierdził dopuszczalność potrącenia kapitału z roszczeniem konsumenta w jednym postępowaniu – to sedno wyroku w sprawie C-902/24. Zgodne z wyrokiem jest też stwierdzenie, że bank ma prawo odzyskać wypłacony kapitał po unieważnieniu umowy (Trybunał nigdzie nie odmawia bankom zwrotu nominalnej kwoty pożyczki). Natomiast sugerowanie, jakoby TSUE opowiedział się za dominacją „teorii salda” we wszystkich przypadkach rozliczeń po nieważności umowy, to już daleko idące uproszczenie, które może wprowadzać w błąd. W rzeczywistości ani wyrok Herchoski, ani poprzedzające go orzeczenia nie ogłaszają „tryumfu” teorii salda nad teorią dwóch kondykcji.
Wręcz przeciwnie – w kontekście wcześniejszej sprawy C-396/24 (Lubreczlik), którą sam Tadeusz Białek przywoływał, TSUE wyraźnie zaznaczył granice stosowania teorii salda. Tamten wyrok dotyczył sytuacji, gdy to bank pozywa konsumenta o zwrot kapitału (przy nieważnej umowie), nie oddawszy wcześniej klientowi tego, co sam otrzymał. Trybunał uznał, że takie działanie banku jest niezgodne z prawem – bank nie może żądać zwrotu całości wypłaconego kapitału, jeśli nie rozliczył się najpierw z konsumentem. Innymi słowy, w sporze na tle nieważności umowy pierwszeństwo ma roszczenie konsumenta. Nie ma mowy o odebraniu frankowiczom prawa do pełnego zwrotu wszystkich zapłaconych rat ani o podważeniu teorii dwóch kondykcji. Ta ostatnia w dalszym ciągu obowiązuje w polskiej judykaturze jako podstawowa zasada – każda ze stron nieważnego kontraktu ma odrębne, niezależne roszczenie o zwrot swojego świadczenia nienależnego.
Teoria dwóch kondykcji gwarantuje konsumentowi pełną rekompensatę (odzyskanie całości niesłusznie pobranych rat wraz z odsetkami za opóźnienie od momentu wezwania banku do zapłaty). TSUE w wyroku Lubreczlik absolutnie tego konsumentom nie odebrał – przeciwnie, potwierdził dotychczasową linię orzeczniczą korzystną dla klientów, akcentując, że nadrzędnym celem dyrektywy 93/13 jest skuteczna ochrona słabszej strony, a nie interes banków.
Dlaczego zatem część przekazu medialnego – i wypowiedzi prezesa ZBP – sugeruje powrót do teorii salda?
Jest to efekt pewnej nadinterpretacji wyroków przez sektor bankowy. Po czerwcowym orzeczeniu w sprawie Lubreczlik w 2025 r. niektórzy eksperci związani z bankami ogłosili „zmianę kierunku” i zaczęli postulować odejście od dwóch kondykcji na rzecz salda jako remedium na przeciążone sądy. W rzeczywistości TSUE nic takiego nie nakazał – wskazał jedynie, że gdy bank sam pozywa, powinien najpierw potrącić swoje roszczenie z roszczeniem klienta lub zaproponować ugodowe kompensacyjne rozliczenie. Logika Trybunału jest spójna: skoro to bank dysponuje środkami i mechanizmami, by nie narażać konsumenta na dodatkowe koszty i ryzyka, to bank musi wykazać inicjatywę w rozliczeniu. Do czasu, aż konsument nie odzyska wszystkich wpłaconych pieniędzy, bank nie ma podstaw pozywać go o kapitał. Takie stanowisko de facto wzmacnia ochronę klientów – zmusza bank najpierw do „oddania tego, co sam otrzymał” zanim zażąda reszty. Nie oznacza to jednak, że gdy konsument pozywa bank (jak w większości spraw frankowych), to nagle sąd ma rozliczać tylko nadwyżkę ponad kapitał. TSUE nigdzie nie powiedział, że polskie sądy mają z automatu pomijać roszczenia konsumentów i zasądzać jedynie saldo. Przeciwnie, z wcześniejszych wyroków unijnych wynika wprost, że rozwiązania odbierające konsumentowi należne odsetki albo zniechęcające go do wstępowania na drogę sądową są niedopuszczalne.
Prezes Białek, powołując się na wyrok C-902/24, pomija te niuanse i warunki, które Trybunał postawił, aby teoria salda (potrącenie w jednym postępowaniu) nie uderzyła w konsumenta. W jego relacji słyszymy o „jednym roszczeniu zamiast dwóch” i o braku interesu konsumenta w dwóch sprawach – nie słyszymy natomiast o tym, że TSUE zagwarantował konsumentowi brak odsetek karnych przed wyrokiem czy ochronę przed kosztami sądowymi. Takie przemilczenia to forma niedopowiedzenia: przekazując tylko wygodne dla banków fragmenty orzeczenia, kreuje się obraz, że Trybunał poparł całą retorykę sektora finansowego. Tymczasem TSUE wsparł pewne rozwiązanie procesowe (potrącenie), ale jednocześnie ograniczył jego nadużywanie przez banki. Przypomnijmy – celem Trybunału nie było „ułatwienie życia bankom” per se, lecz raczej dopuszczenie praktycznego sposobu szybszego zamknięcia sporu pod warunkiem poszanowania praw konsumenta.
Kolejną zauważalną techniką w wypowiedziach prezesa ZBP jest przypisywanie własnym tezom autorytetu TSUE. Białek wielokrotnie poprzedza swoje stwierdzenia sformułowaniem „TSUE wskazał, że…”, po czym wygłasza interpretację korzystną dla banków. Przykładowo zdanie o tym, iż „mechanizm potrącenia zapobiega mnożeniu postępowań i kosztów, co nie leżałoby w interesie konsumenta” jest przedstawiane jako cytat z wyroku. Owszem, Trybunał zauważył efektywność jednego postępowania, ale kontekst był szerszy – chodziło o to, by konsument nie musiał pozywać i być pozywany oddzielnie, o ile jego prawa (terminy, koszty) są zabezpieczone. TSUE nie stwierdził nigdzie expressis verbis, że teoria salda jest „najlepsza dla konsumenta” – to sformułowanie to już język prezesa ZBP. Warto zwrócić uwagę, jak łatwo granica między przytoczeniem wyroku a jego interpretacją może się zatrzeć. Dlatego tak istotne jest, aby w publicznej debacie oddzielać słowa samego TSUE od komentarzy interesariuszy, nawet jeśli są one podawane w dobrej wierze.
Czy dwa postępowania leżą tylko w interesie kancelarii? Odwracanie uwagi od konsumenta
Sugestia Tadeusza Białka, że tylko kancelarie prawne mają interes w prowadzeniu dwóch odrębnych postępowań (zamiast jednego z potrąceniem) to przykład retoryki odwracającej uwagę od sedna sprawy. Takie stwierdzenie imputuje, że dążenie do rozdzielenia roszczeń wynika wyłącznie z chciwości prawników, którzy rzekomo chcą podwójnego wynagrodzenia. Jest to uproszczenie pomijające rzeczywiste interesy konsumentów oraz powody systemowe, dla których w polskim prawie ugruntowała się teoria dwóch kondykcji.
Po pierwsze, separacja roszczeń chroni konsumenta. Gdy kredytobiorca występuje z powództwem o unieważnienie umowy i zwrot wszystkich zapłaconych rat, jego żądanie obejmuje całość nienależnego świadczenia, jakie przekazał bankowi – i sądy dotąd przyznawały te kwoty w całości, wraz z należnymi odsetkami za opóźnienie. Bankowe roszczenie o zwrot kapitału jest natomiast odrębną kwestią, często odłożoną w czasie: bank może je zgłosić w formie pozwu przeciw konsumentowi, ale w praktyce bywało, że zwlekał z tym latami lub w ogóle nie pozywał (np. z obawy przed zarzutami przedawnienia lub kosztami). To oznaczało, że konsument po wygraniu swojej sprawy mógł cieszyć się pełnym odzyskanym świadczeniem, a ewentualna sprawa o kapitał mogła nigdy nie nastąpić albo zakończyć się ugodą. Dla konsumenta było to korzystne – otrzymywał swoje pieniądze i zyskiwał przewagę negocjacyjną, podczas gdy bank stawał przed dylematem, czy ryzykować oddzielny proces.
Z perspektywy banków taki stan rzeczy był niewygodny, stąd ich postulaty, by od razu kompensować kapitał i pomniejszać kwoty należne klientom. Jednak przedstawianie tego jako „interesu kancelarii” zamiast „interesu banku” jest zabiegiem retorycznym. Trzeba wyraźnie powiedzieć: interes konsumenta polega na pełnym i sprawiedliwym rozliczeniu unieważnionej umowy, z poszanowaniem jego praw do odsetek i bez narażania na nieuzasadnione koszty. Teoria dwóch kondykcji właśnie to zapewnia, choć faktycznie oznacza dwa potencjalne procesy – co wynika ze specyfiki roszczeń wzajemnych, a nie z czyjejś złej woli. Prawnicy reprezentujący frankowiczów dążą do maksymalizacji korzyści klientów (odzyskania wszystkich nadpłat z odsetkami) w ramach obowiązującego prawa – a nie do mnożenia procesów dla samego honorarium. Gdyby banki od razu zwracały klientom wszystko, co pobrały na podstawie wadliwej umowy, żaden dodatkowy proces nie byłby potrzebny. Argument prezesa ZBP pomija więc przyczynę problemu (stosowanie przez banki abuzywnych klauzul i niechęć do dobrowolnego zwrotu świadczeń), przerzucając uwagę na rzekomą pazerność pełnomocników.
Warto podkreślić, że nawet TSUE w swoich orzeczeniach zwraca uwagę na interes konsumenta, nie adwokatów. Gdy Trybunał pisze o unikaniu „mnożenia postępowań”, czyni to w kontekście ochrony konsumenta przed nadmiernymi kosztami i przewlekłością, a nie w trosce o profitowość kancelarii. To banki w przeszłości stosowały praktyki określane mianem pozwów typu SLAPP – pozywały klientów o kapitał czy o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału głównie w celu wywołania efektu mrożącego. Unijny trybunał takie działania piętnował, czego przykładem jest choćby wyrok w sprawie Lubreczlik: wszelkie środki, które utrudniają konsumentom dochodzenie praw lub ich do tego zniechęcają, są sprzeczne z prawem UE. Zatem narracja, że dwa postępowania to wyłącznie interes adwokatów, odwraca uwagę od faktu, iż chodzi tu o zabezpieczenie praw konsumenta. Jeżeli jedno postępowanie ma się obyć bez uszczerbku dla klienta, to w porządku – TSUE daje taką możliwość pod warunkami. Ale jeśli jednoprocesowe „saldo” miałoby pozbawić konsumenta części należnych pieniędzy (np. odsetek za wieloletnie opóźnienie) albo zastraszyć go wizją natychmiastowej spłaty kapitału, to taki model byłby korzystny przede wszystkim dla banku, nie dla klienta. Prezes ZBP tych aspektów nie porusza, zamiast tego sugerując, że opór wobec teorii salda to sztuczne kreowanie spraw przez prawników. Jest to retoryka obliczona na zdyskredytowanie drugiej strony sporu i jej motywacji, bez merytorycznej odpowiedzi na pytanie: czy konsument na pewno nie traci na natychmiastowym potrąceniu?
Krótko mówiąc, prowadzenie dwóch postępowań nie jest celem samym w sobie – jest konsekwencją przyjęcia określonego standardu ochrony konsumenta. Prawnicy walczą o ten standard, bo leży on w interesie ich klientów (konsumentów). Natomiast banki chciałyby jednego postępowania, bo to ogranicza ich ryzyka i potencjalne koszty (np. odsetek za opóźnienie). Obie strony sporu mają swoje interesy, ale sprowadzanie sprawy do tezy „klient by chciał szybko, tylko adwokat mu każe iść dwa razy do sądu” jest nieuprawnionym uproszczeniem. Rolą mediów i ekspertów jest punktowanie takich przekazów, zanim wejdą one do powszechnego obiegu jako „fakt”.
WIBOR pod lupą – czy liczba pozwów świadczy o legalności wskaźnika?
Wypowiedzi Tadeusza Białka na temat WIBOR-u również zasługują na krytyczną analizę, choć były krótszym fragmentem jego wystąpienia. Prezes ZBP stwierdził, że nie ma podstaw do kwestionowania WIBOR, powołując się na dwie rzeczy: po pierwsze, opinię Rzecznika Generalnego TSUE z listopada 2025 r. w toczącej się sprawie dotyczącej kredytów złotowych (gdzie stwierdzono, że sąd może badać abuzywność klauzul oprocentowania, ale nie może podważać samego mechanizmu wyznaczania wskaźnika); po drugie, statystyki – około 2200 pozwów „wiborowych” na tle ponad 2,4 mln czynnych hipotek, a także fakt, że wszystkie z ponad 150 dotychczasowych prawomocnych wyroków oddaliły powództwa kwestionujące WIBOR.
Argument z liczby pozwów jest jednak pozorny. Sam fakt, że tylko promil umów został zaskarżony, nie przesądza o braku wadliwości postanowień związanych z WIBOR-em. Na początku afery frankowej też liczba pozwów była znikoma – wielu konsumentów latami nie zdawało sobie sprawy z istnienia klauzul abuzywnych lub obawiało się kosztów procesu. Dopiero korzystne orzecznictwo (zarówno TSUE, jak i polskich sądów) uruchomiło lawinę pozwów frankowych. Podobnie może być z WIBOR-em: to stosunkowo nowy front sporów z bankami (pierwsze większe pozwy pojawiły się w 2022–2023 r.), więc nie dziwi, że na razie spraw są tysiące, a nie setki tysięcy. Liczba „2200” może szybko wzrosnąć, jeśli np. TSUE w oczekiwanym wyroku z lutego 2026 potwierdzi, że pewne aspekty umów wiborowych są nieuczciwe. Ponadto praworządność danego mechanizmu nie jest kwestią plebiscytu – nawet pojedynczy wyrok może wykazać niezgodność praktyki z prawem unijnym, niezależnie od tego, ile osób poszło do sądu.
Również powoływanie się na dotychczasowe wygrane banków (150 korzystnych dla nich wyroków) nie jest rozstrzygające. Warto zauważyć, że zdecydowana większość z tych orzeczeń to wyroki pierwszoinstancyjne lub wczesne rozstrzygnięcia apelacyjne, zapadające przed stanowiskiem TSUE. Polskie sądy na początku mogą orzekać zachowawczo, czekając na wskazówki z Luksemburga. Historia spraw frankowych pokazuje, że to, co początkowo bywało oddalane, po wytycznych TSUE zaczęło być uwzględniane. Innymi słowy: brak przełomowego wyroku nie oznacza braku problemu. Gdy TSUE wypowie się co do WIBOR, linia orzecznicza może ulec zmianie – i wtedy dzisiejsze statystyki stracą znaczenie. Dlatego posługiwanie się nimi teraz służy raczej minimalizacji wrażenia, że problem istnieje, niż rzetelnemu dowodzeniu, że klienci nie mają racji.
Wreszcie, należy rozdzielić dwie kwestie: mechanizm wyznaczania wskaźnika WIBOR oraz transparentność i uczciwość zapisów umownych dotyczących zmiennego oprocentowania. Rzecznik Generalny TSUE istotnie stwierdził, że sąd krajowy nie może kwestionować samego wskaźnika administracyjnego (WIBOR jest nadzorowany przez KNF i oparty o decyzje administracyjne). To jednak nie oznacza, że umowa kredytowa odnosząca się do WIBOR automatycznie jest uczciwa. Sąd może badać, czy bank w umowie jasno i zrozumiale poinformował klienta o sposobie działania WIBOR, o ryzyku zmienności stóp procentowych i skutkach ekonomicznych. Sam Rzecznik TSUE zaznaczył, że bank musi przekazać konsumentowi co najmniej nazwę wskaźnika, dane jego administratora oraz informacje o potencjalnych konsekwencjach zastosowania indeksu. Sporne jest więc nie istnienie WIBOR per se, ale np. to, czy banki należycie wywiązały się z obowiązku informacyjnego i czy klauzule dotyczące oprocentowania nie są abuzywne z powodu niedozwolonych mechanizmów zmiany oprocentowania. Te zagadnienia będą przedmiotem orzeczenia TSUE i wielu toczących się spraw. Odwoływanie się do liczby pozwów nic tu nie załatwia – istotna będzie treść wyroku i konkretne ustalenia sądów.
Prezes ZBP, mówiąc o „kropli w morzu” i „braku podstaw” do podważania WIBOR, stosuje swoistą argumentację przez bagatelizację. Wykorzystuje heurystykę statystyczną: skoro 99,9% kredytobiorców nie poszło do sądu, to widocznie wszystko jest w porządku. Jest to jednak wnioskowanie zawodzące – równie dobrze można by powiedzieć, że skoro przez lata nikt nie pozywał za franki, to problemu frankowego nie było (co wiemy, że nie jest prawdą). Legalność danego rozwiązania powinna być oceniana na podstawie prawa i faktów, a nie popularności pozwów.
Zakończenie: weryfikujmy narrację bankową z oryginalnymi orzeczeniami
Przypadek styczniowych wypowiedzi prezesa ZBP dobitnie pokazuje, jak ważne jest krytyczne podejście do komentarzy przedstawicieli sektora bankowego na temat orzeczeń sądowych. Choć Tadeusz Białek operował językiem pozornie obiektywnym i odwoływał się do autorytetu TSUE, jego interpretacja wyroku C-902/24 uwypuklała te aspekty, które służą interesowi banków, pomijając elementy kluczowe dla ochrony konsumentów. Taka narracja – podana jako obiektywna analiza – może łatwo utrwalić się w mediach, jeśli nie zostanie skonfrontowana z treścią samego orzeczenia.
Apelujemy zatem do wszystkich frankowiczów i konsumentów: nie przyjmujcie bezkrytycznie interpretacji orzeczeń podsuwanych przez banki. Sięgajcie do źródeł – do oryginalnych wyroków TSUE, komunikatów Rzecznika Finansowego, niezależnych analiz prawniczych. Tam często czarno na białym widać, co jest rzeczywistym stanowiskiem Trybunału, a co jedynie życzeniową interpretacją danej strony sporu. Jak pokazuje omówiona sytuacja, pewne tezy (np. o „dominacji teorii salda”) okazały się autorską nadinterpretacją, podczas gdy TSUE nadal konsekwentnie stoi na straży zasady, że ochrona konsumenta ma być realna, a nie iluzoryczna.
W sporach o kredyty frankowe i wiborowe stawka jest wysoka, a argumentacja – nieraz skomplikowana. Tym bardziej warto samodzielnie weryfikować komunikaty płynące z ust bankowców. Najlepszą bronią konsumenta jest rzetelna informacja. Dlatego każde stanowisko banku konfrontujmy z treścią wyroków i opiniami instytucji stojących na straży praw klientów. Tylko w ten sposób nie damy się zwieść narracji, która brzmi przyjaźnie i rozsądnie, ale może skrywać uproszczenia i manipulacje służące przede wszystkim zachowaniu interesów sektora finansowego. Sprawdzajmy u źródła – bo w prawie, podobnie jak w finansach, diabeł tkwi w szczegółach.






