W przeddzień kluczowych obrad sejmowej komisji nad ustawą frankową (zaplanowanych na 17 grudnia 2025 r.) w Rzeczpospolita ukazał się artykuł prawników reprezentujących banki. Piotr Haiduk i Aleksandra Cyniak z kancelarii Romanowski i Wspólnicy – prawnicy zaangażowani w sprawy frankowe po stronie banków – opublikowali 14 grudnia 2025 r. tekst pt. „Teoria salda czy teoria półtorej kondykcji?”. Artykuł ten przedstawia analizę bieżącego sporu o to, jak rozliczać nieważne umowy kredytów indeksowanych do franka szwajcarskiego, zestawiając teorię salda (symetryczne rozliczenie obu stron) z tzw. „teorią półtorej kondykcji” (nazwa nadana rzekomo nowej koncepcji ograniczającej roszczenia banku). Prawnicy już we wstępie sugerują, że niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie Lubreczlik (C-396/24) diametralnie zmienił sytuację prawną – zmusił polskie sądy do rewizji podejścia i wpłynął na strategie banków – czego projekt ustawy frankowej nie uwzględnia, podważając sens proponowanych rozwiązań.
W swoim tekście Haiduk i Cyniak tłumaczą, że wyrok TSUE w sprawie Lubreczlik (czerwiec 2025) spowodował odejście od dotychczas dominującej teorii dwóch kondykcji (niezależnych roszczeń obu stron) na rzecz nowego podejścia. Według autorów, nie ma już mowy o pełnym rozdzieleniu roszczeń kredytobiorcy i banku, ponieważ TSUE „okroił” roszczenie banku tylko do nadwyżki ponad to, co wpłacił konsument. Pojawiły się zatem dwa sprzeczne poglądy: pierwszy zakłada symetryczne rozliczenie (czyli klasyczna teoria salda), gdzie skoro bank nie może odzyskać całego kapitału, to konsument nie powinien móc żądać zwrotu wszystkich wpłat – powinny one być pomniejszone o kwotę udostępnionego kapitału. Drugi pogląd to właśnie owa „teoria półtorej kondykcji”, wedle której ograniczenie w dochodzeniu roszczeń dotyczy tylko przedsiębiorcy (banku), ale konsument zachowuje prawo żądać zwrotu całości swoich wpłat; bank mógłby zaś dochodzić jedynie kwoty stanowiącej nadwyżkę ponad sumę wpłat klienta. Ten spór interpretacyjny jest na tyle poważny, że kolejne pytanie prejudycjalne trafiło już do TSUE (sprawa C-510/25, tzw. Adazik), by wyjaśnić, czy należy stosować salda symetrycznie czy aprobować ową nową hybrydową koncepcję.
Stronnicze tezy i manipulacyjne sformułowania
Choć artykuł prezentowany jest w formie profesjonalnej analizy prawnej, wiele jego fragmentów zdradza stronniczość autorów i retorykę korzystną dla banków. Przede wszystkim uderza język sugerujący negatywne intencje po stronie frankowiczów i ich pełnomocników. Autorzy piszą np., że „kancelarie frankowe liczą na sankcję darmowego mieszkania albo przynajmniej na wyższe odsetki”, a teoria dwóch kondykcji jest „kluczowym elementem tego planu”. Takie sformułowanie – „sankcja darmowego mieszkania” – jest nacechowane pejoratywnie i stanowi klasyczny zabieg retoryczny banków, mający zdyskredytować rozwiązanie korzystne dla konsumentów jako nieuczciwą „darowiznę”mieszkania kosztem banku. W rzeczywistości chodzi o konsekwencje prawne uznania umowy za nieważną – konsument zatrzymuje mieszkanie, a bank traci część roszczeń (możliwe też, że cały wypłacony kapitał jeśli odpowiednio w procesie nie zadbał o zabezpieczenie kwestii przedawnienia swoich roszczeń) – co jest sankcją za stosowanie niedozwolonych klauzul. Jednak w tekście przedstawiono to wybiórczo, pomijając kontekst ochrony konsumenta przed skutkami abuzywnych umów. Artykuł sugeruje wręcz, że frankowicze działają przebiegle, próbując wykorzystać pewien chaos prawny, by uzyskać „darmowe” korzyści – to insynuacja motywów, która zniekształca obraz sytuacji.
Inny fragment o podobnym wydźwięku dotyczy przedawnienia roszczeń banku. Prawnicy stwierdzają, że teoria dwóch kondykcji może prowadzić do przedawnienia roszczenia banku o zwrot kapitału u części klientów, którzy pozwali banki wcześniej – i że banki „słusznie” bronią się argumentem, iż zwlekały z roszczeniami z powodu „chwiejności orzecznictwa polskiego, a nie opieszałości”. Użycie oceniającego słowa „słusznie” pokazuje, że autorzy nie zachowują neutralności – otwarcie aprobują linię obrony banków. Pomijają przy tym niewygodny fakt, że banki przez lata same podejmowały ryzyko związane z klauzulami abuzywnymi i mogły przewidywać konsekwencje prawne. Zrzucanie winy wyłącznie na „niejednolitą linię orzeczniczą” pomija też wcześniejsze wyroki TSUE korzystne dla konsumentów – czego w artykule nie przypomniano. Mamy tu do czynienia z przemilczeniem okoliczności niepasujących do tez autorów.
Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki artykuł odnosi się do wyroków TSUE i orzecznictwa Sądu Najwyższego. Autorzy wspominają, że skład SN z 5 września 2025 r. (złożony z tzw. neosędziów powołanych w kontrowersyjnej procedurze) uznał nadrzędność uchwały pełnej Izby Cywilnej SN nad orzeczeniem TSUE, przedkładając krajową uchwałę (wydaną również w gronie neo-sędziów) ponad prawo unijne. Co prawda Haiduk i Cyniak dodają z pewną krytyczną nutą, że „niestety” motywy tego wyroku SN skupiły się na formalnej wyższości uchwały nad wyrokiem TSUE zamiast na merytorycznym zmierzeniu się ze skutkami Lubreczlika. Niemniej samo przywołanie takiego przypadku – gdzie SN ignoruje linię TSUE – może służyć podważeniu autorytetu wyroku unijnego w oczach czytelnika. Tekst w praktyce normalizuje narrację, że istnieją dwie równorzędne „linie” orzecznicze (TSUE vs SN-neo), nie przypominając jednoznacznie o zasadzie pierwszeństwa prawa unijnego. To subtelny przekaz: skoro nawet Sąd Najwyższy (choć w wadliwym składzie) kwestionuje wyrok TSUE, to może i ustawodawca nie musi się nim w pełni przejmować. Taka sugestia jest wysoce manipulacyjna, bo ignoruje fundamentalny porządek prawny, w którym orzeczenia TSUE powinny wiązać sądy krajowe w sprawach konsumenckich.
W artykule widać też jednostronne akcentowanie zasad prawa, które korzystają bankom, przy pominięciu innych. Przykładem jest odwołanie do zasady proporcjonalności – autorzy straszą, że jeśli ustawodawca uniemożliwi bankom odzyskanie wypłaconego kapitału, to sankcja taka naruszy proporcjonalność i może skutkować odpowiedzialnością odszkodowawczą Skarbu Państwa za „bezprawie legislacyjne”.
Jest to sugestia, że przyjęcie rozwiązań w pełni chroniących frankowiczów (np. odmowa zwrotu kapitału, czyli de facto „darmowe mieszkanie”) narazi państwo na pozwy od banków. Taki argument, choć oparty na realnej koncepcji (odpowiedzialność za legislację), w tym kontekście pełni rolę „straszaka” na posłów – ma wywrzeć presję, by nie uchwalać przepisów zbyt radykalnie prokonsumenckich.
Równocześnie autorzy ani słowem nie wspominają o zasadzie odstraszania przedsiębiorców od stosowania klauzul abuzywnych, która jest fundamentalnym celem dyrektywy 93/13/EWG. Gdy stwierdzają, że „brak możliwości żądania przez bank wynagrodzenia za korzystanie z kapitału przynosi skutek odstraszający”, sugerują iż to negatywna konsekwencja dla równowagi stron – podczas gdy z perspektywy ochrony konsumenta taki skutek odstraszający jest zamierzonym mechanizmem, by banki nie zarabiały na nieuczciwych umowach. Ten aspekt został przez autorów przemilczany, co zniekształca przekaz o celach unijnego prawa konsumenckiego.
Wreszcie, tekst posługuje się autorytetem Sądu Najwyższego selektywnie, by uwiarygodnić bankową narrację. Przytaczane są fragmenty uzasadnień sędziów SN przychylnych teorii salda – np. sędzia Marta Romańska w październikowym orzeczeniu stwierdziła, że „teoria salda (…) ma sens prawny, ekonomiczny i społeczny”, a sędzia Karol Weitz argumentował, iż działa ona na korzyść konsumenta, bo „nie naraża go na dodatkowe koszty procesu”. Te cytaty mają nadać wrażenie obiektywizmu – oto nawet sędziowie mówią, że saldo jest dobre, ba, korzystne dla konsumenta. Brakuje jednak zrównoważenia ich opiniami czy tezami z orzeczeń innych składów SN lub samego TSUE, które mogłyby wskazywać na potrzebę pełniejszej ochrony konsumenta nawet kosztem banku. W efekcie powstaje pozorna obiektywność: autorzy cytują źródła z pozoru niezależne, lecz wszystkie dobrane pod jedną tezę. Taki dobór faktów i opinii – pomijający kontrargumenty – również należy ocenić jako formę pół-manipulacji, która może wprowadzić w błąd niezorientowanych odbiorców co do rzeczywistego stanu debaty prawnej.
Próba wywarcia wpływu na posłów przed komisją
Analizowany artykuł nie jest zwykłą akademicką rozprawą – ukazał się w newralgicznym momencie i najpewniej ma na celu wpływ na kształt procedowanej ustawy frankowej. Jego przekaz jest czytelny: projekt rządowy jest „przestarzały” (bo powstał przed wyrokiem Lubreczlik) i może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Autorzy krytykują ustawę, która według nich „nie zauważa wyroku Lubreczlik” i powtarza błąd zaniechania rozwiązania systemowego, znów pozostawiając sprawy sądom.
Ten przekaz ma zapewne zasiać wątpliwości wśród posłów pracujących nad ustawą tuż przed posiedzeniem komisji. Warto zwrócić uwagę, że w komisji sejmowej zasiadają osoby o różnym przygotowaniu – nie wszyscy są prawnikami biegle śledzącymi zawiłości teorii kondykcji i potrąceń. Tego typu publiczne opinie „eksperckie” w prasie mogą więc kształtować narrację, jaka wybrzmiewa później na posiedzeniach. Na przykład argument odciążenia sądów i przyspieszenia postępowań brzmi bardzo rozsądnie i atrakcyjnie dla ustawodawców – wszak celem projektu frankowego jest m.in. „udrożnienie sądów”.
Cel autorów wydaje się jasny: przekonać decydentów, że lepszym rozwiązaniem jest ustawowe przyjęcie teorii salda – według prawników konsumentów – korzystnej dla banków i nie korzystnej dla frankowiczów.
Koresponduje z tym timing publikacji – na trzy dni przed posiedzeniem komisji. To typowy moment, gdy interesariusze podejmują działania lobbingowe. Artykuł w ogólnopolskiej gazecie może wywrzeć wpływ pośredni (poprzez debatę publiczną) lub bezpośredni (jeśli trafi do rąk parlamentarzystów jako „głos ekspertów”). Nie jest też odosobniony – w ostatnich dniach pojawiają się w mediach różne głosy na temat ustawy frankowej, co sugeruje skoordynowane próby dotarcia do opinii publicznej i polityków.
W czyim interesie? Refleksja nad przejrzystością debaty
Na koniec warto pokusić się o szerszą refleksję: czy analizowany tekst to rzetelna opinia prawna, czy raczej artykuł na zamówienie banków? Prawnicy Piotr Haiduk i Aleksandra Cyniak jawnie przyznali, kim są – z notki pod artykułem dowiadujemy się, że ich kancelaria (wraz z inną) reprezentuje bank PKO BP w postępowaniu przed TSUE C-510/25 (Adazik). Oznacza to, że pisząc swój artykuł, byli de facto rzecznikami interesów konkretnego banku i całego sektora bankowego zaangażowanego w spory frankowe. Nie ma nic zdrożnego w tym, że prawnicy stoją po stronie swojego klienta – taka jest ich rola. Problematyczne jest jednak, gdy przekaz lobbystyczny przebiera się w szaty neutralnej analizy, co może wprowadzać opinię publiczną i ustawodawców w błąd co do rzeczywistych intencji.
W demokratycznym procesie legislacyjnym przejrzystość debat jest niezwykle ważna. Dobrze, że autorzy ujawnili swój związek z bankiem – uważny czytelnik może dzięki temu lepiej ocenić ich motywacje. Jednak ilu odbiorców zagląda do stopki artykułu? Zwykle wrażenie kształtuje nagłówek i treść zasadnicza. Ta zaś – jak wykazano wyżej – selektywnie podaje fakty i argumenty pod z góry założoną tezę. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z działaniem na zamówienie określonej strony sporu, co rodzi lekki niesmak, gdy dzieje się pod szyldem poważnej gazety opiniotwórczej. Oczywiście, podobne teksty pojawiają się także po drugiej stronie (np. artykuły pisane przez pełnomocników frankowiczów), niemniej każdy taki przypadek pokazuje, jak trudno o obiektywizm w dyskusji, gdy stawka – liczone w miliardach złotych koszty dla sektora bankowego – jest tak wysoka.
Nie popadając w nadmierne moralizatorstwo, warto zauważyć, że tego rodzaju publikacje wpływają na debatę publiczną i proces legislacyjny w sposób nie zawsze czytelny dla postronnych. Mają moc oddziaływania na emocje (np. strach przed chaosem czy gniew wobec „darmowych mieszkań dla sprytnych kredytobiorców”) i na argumentację merytoryczną posłów. Dlatego kluczowe jest krytyczne podejście do takich opinii. Posłowie powinni zadawać pytania: czyj interes reprezentuje autor?; czy nie pomija istotnych faktów?; czy proponowane rozwiązanie rzeczywiście służy dobru ogółu, czy tylko jednej ze stron konfliktu?. Tylko w ten sposób można zapewnić, że stanowienie prawa – zwłaszcza tak wrażliwego społecznie jak ustawa frankowa – będzie przebiegać w atmosferze maksymalnej transparentności i uczciwej oceny racji wszystkich zainteresowanych.






