Nowy projekt tzw. ustawy frankowej – według oficjalnych deklaracji – ma usprawnić postępowania sądowe i pomóc frankowiczom. Piotr Kuczyński, analityk finansowy znany z probankowych sympatii, przekonuje w swoim artykule pt. „Ustawa frankowa w Sejmie. Co się zmieni w sytuacji prawnej frankowiczów? Zyskają konsumenci, stracą kancelarie”, że nowe przepisy „są korzystne przede wszystkim dla konsumentów”, a pogłoski o „prezencie dla banków” to rzekomo wymysł chciwych prawników. Naprawdę? Czytając wywody Kuczyńskiego trudno nie odnieść wrażenia, że białe usiłuje on przedstawić jako czarne (a raczej odwrotnie) – i że ustawa, która faworyzuje banki, jest sprzedawana opinii publicznej jako prokonsumencka.
Już sam tytuł analizowanego tekstu sugeruje nastawienie autora: „Zyskają konsumenci, stracą kancelarie”. Kuczyński ochoczo maluje obraz, w którym biedni kredytobiorcy z kredytami we frankach zyskają szybkie wyroki i mniejsze koszty, a jedynym poszkodowanym nowego prawa będą kancelarie prawne tracące część wynagrodzeń. Autor uspokaja, że frankowicze nie utracą żadnych praw – jak podkreśla, „projekt nie odbiera kredytobiorcom żadnego prawa – frankowicze zachowują wszystkie uprawnienia wynikające z prawa unijnego i polskiego”. Według Kuczyńskiego ustawa to jedynie techniczna „próba uproszczenia i usprawnienia procedury”, a głosy krytyki pochodzą wyłącznie od sfrustrowanych prawników, którym ukróci się łatwy zarobek. Mało tego – analityk twierdzi, że ani konsumenci, ani banki nie protestują przeciw zmianom, bo ci pierwsi skorzystają, a drudzy nic nie tracą. Problem w tym, że takie przedstawienie sprawy to narracja jednostronna i bardzo wygodna… przede wszystkim dla banków właśnie.
Manipulacje i przemilczenia w narracji Kuczyńskiego
Kuczyński konsekwentnie pomija lub bagatelizuje te elementy ustawy, które realnie poprawiają sytuację banków kosztem kredytobiorców. Przykład? Choćby nowe zasady tzw. potrącenia – czyli rozliczenia wzajemnych roszczeń. Mec. Karolina Pilawska (reprezentująca frankowiczów) zwraca uwagę, że projekt daje bankom prawo podnoszenia zarzutu potrącenia aż do końca postępowania apelacyjnego. Bank będzie mógł w najdogodniejszym dla siebie momencie przedstawić swoje roszczenie (np. o zwrot kapitału kredytu) i dać tym samym sędziemu pretekst aby “skasować” należne konsumentowi odsetki za długi okres procesu. “W ten sposób banki oszczędzą miliardy złotych na odsetkach, które zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą należały się konsumentom” – podkreśla mec. Pilawska. Jej zdaniem przepis ten „de facto nagradza banki za przewlekanie spraw”, dając im potężne narzędzie do minimalizowania własnych strat kosztem klientów. Krótko mówiąc, nowe przepisy mogą zachęcić banki, by dalej masowo składać apelacje – bo skoro na końcu i tak mogą potrącić swój kapitał, to po co szybko kończyć spór? O takim „drobiazgu” nasz analityk jednak nie wspomina ani słowem.
Co więcej, Kuczyński sugeruje, że nikt poza kancelariami prawnymi nie krytykuje ustawy. To nieprawda. Głos sprzeciwu płynie od wielu środowisk – w tym od samych frankowiczów i organizacji konsumenckich. Kredytobiorcy frankowi protestują przeciw ustawie jako regulacji “faworyzującej banki, stawiającej konsumenta w gorszej sytuacji, a w dodatku w wielu punktach sprzecznej z orzecznictwem TSUE i Konstytucją RP”. Określenie “prezent dla banków” wcale nie wzięło się z powietrza czy wyłącznie od “chciwych prawników”. To reakcja na konkretne zapisy – takie jak wspomniane potrącenie czy ograniczenie jawnych rozpraw (większość wyroków miałaby zapaść na posiedzeniach niejawnych, bez udziału stron).
Narracja autora pomija też fakt, że sądy już znacznie przyspieszyły rozpatrywanie spraw frankowych – bez żadnej nowej ustawy. Mec. Pilawska wskazuje, że jej najdłuższe sprawy, kiedyś trwające 7 lat, dziś kończą się średnio w 2–3 lata. Linia orzecznicza jest już ustabilizowana na korzyść konsumentów. Mimo to Kuczyński – powtarzając za resortem – straszy paraliżem sądów i argumentuje, że „w interesie całego społeczeństwa” jest odciążenie wymiaru sprawiedliwości. Tylko czy społeczeństwo zyska, jeśli nowe przepisy zniechęcą część obywateli do dochodzenia swoich praw? Bo i takie mogą być skutki uboczne. Sianie wątpliwości i nieufności wobec prawników (narracja jakoby chodziło im tylko o kasę) może sprawić, że niektórzy kredytobiorcy zrezygnują z pozwu przeciw bankowi w obawie przed “nielojalnym adwokatem”. Takie ostrzeżenie formułują przedstawiciele środowiska adwokackiego, oburzeni retoryką władz i ekspertów atakujących kancelarie. I znowu – ten aspekt debaty Kuczyński całkowicie przemilcza.
Trzeba też odnotować pewien plot twist: ministerstwo sprawiedliwości w obronie ustawy posłużyło się… bardzo podobnymi argumentami co Kuczyński. Pełnomocniczka ministra ds. ochrony praw konsumentów stwierdziła wręcz, że “jedynym przegranym ustawy frankowej będą kancelarie”, które stracą nawet 500 mln zł zarobku. Brzmi znajomo? Urzędniczka posunęła się do oskarżeń, że prawnicy wprowadzają konsumentów w błąd co do skutków ustawy, rzekomo kierując się wyłącznie własnym zyskiem. Takie słowa wywołały burzę – prawnicy zarzucili jej podważanie zaufania do całej profesji.
Kuczyński zdaje się jednak przyklaskiwać tej samej narracji: winni zamieszania są prawnicy, a banki i rząd niosą dobrą zmianę. Ciekawe, że analityk mieniący się obiektywnym nie widzi problemu w tym, iż głównymi “wygranymi” nowych regulacji mogą być właśnie banki – instytucje, które przez lata oferowały wadliwe produkty finansowe i zalały sądy tysiącami pozwów. Czy nie one powinny ponosić konsekwencje swoich działań, zamiast otrzymywać ułatwienia prawne? To pytanie, którego autor nawet nie zadaje.
Ten analityk zawsze na straży banków
Nie jest tajemnicą, że Piotr Kuczyński od lat występuje w obronie banków w sporach z klientami. Przyglądając się jego publicznym wypowiedziom, widać wyraźną linię programową. Przykład z ostatnich miesięcy: gdy zaczęły się masowe pozwy o WIBOR (kredytobiorcy złotówkowi kwestionujący poprawność wskaźnika oprocentowania), Kuczyński bił na alarm. Na łamach jednego z portali roztoczył katastroficzną wizję polskiej gospodarki, jeśli sądy unieważniać będą umowy oparte o WIBOR. Skierował wręcz “dramatyczny apel” do kredytobiorców, prawników, mediów i władz o powstrzymanie fali pozwów. Strachy na lachy? Według Kuczyńskiego masowe podważanie tych umów grozi bankructwami banków, wyczerpaniem środków funduszu gwarancyjnego, załamaniem akcji kredytowej i recesją. Brzmi jak opis apokalipsy. Problem w tym, że identycznie straszono przecież przy frankowiczach – i co? do tej pory nic z apokaliptycznych prognoz KNF, banków oraz sprzyjających im ekspertów się nie wydarzyło.
Weźmy wypowiedzi Kuczyńskiego o frankowiczach z ostatnich lat. Od początku forsował narrację, że winni są sami kredytobiorcy: „nie wierzę […] że wszyscy kredytobiorcy nie wiedzieli, co podpisują” – pisał, zaznaczając, iż jego zdaniem nie tylko banki odpowiadają za problemy frankowe. To dokładnie to, co przez lata powtarzał bankowy PR: „głupi-cwani frankowicze” sami wpakowali się w kłopoty, więc niech teraz nie obarczają banków. Nieważne, że sądy i TSUE orzekły czarno na białym: to banki stosowały nieuczciwe klauzule i wprowadzały klientów w błąd, więc umowy są nieważne.
Kuczyński najwyraźniej “wie lepiej”, skoro pisze że polskie sądy „bezrefleksyjnie doprowadzają do unieważniania umów”. Trudno o bardziej jawne lekceważenie prawomocnych wyroków i ochrony konsumentów.
Gdy w 2015 r. dyskutowano nad systemowym rozwiązaniem dla frankowiczów, Kuczyński straszył kosztami dla budżetu. Grzmiał w mediach, że “każdy Polak dopłaci ok. 150 zł” do pomocy frankowiczom, bo państwo straci 5–6 mld zł. Ten przekaz – choć oparty na wątpliwych wyliczeniach – pięknie wpisywał się w strategię banków, by skłócić frankowiczów z resztą społeczeństwa. I znów: czy naprawdę chodziło o “pomoc z budżetu” frankowiczom? W rzeczywistości banki chciały wtedy ugód finansowanych ulgami podatkowymi, czyli de facto z kieszeni podatnika. To banki liczyły na rekompensaty za własne błędy, ale narracja postawiona została na głowie – że to klienci coś “dostaną” kosztem reszty obywatel. Kuczyński chętnie uczestniczył w takim odwracaniu kota ogonem.
Podobnie rok później, gdy Związek Banków Polskich zaproponował ograniczoną pomoc dla frankowiczów w najgorszej sytuacji, nasz analityk zareagował entuzjastycznie. „Jestem tego samego zdania co banki” – oświadczył w TVN24 BiS, popierając pomoc tylko dla tych, którzy „kupili mieszkanie, a nie pałac” i wpadli w tarapaty nie z własnej winy.
Innymi słowy: pomóżmy garstce „najbiedniejszych” kredytobiorców, resztę zostawmy z problemem – dokładnie tak, jak chciały banki. Kuczyński jeszcze dopytywał dramatycznie: „Na Boga, dlaczego jedni mają być uprzywilejowani?” – sugerując, że nie można za bardzo ulżyć frankowiczom, bo to skrzywdzi innych (np. złotówkowiczów). Jakże wygodny argument dla sektora, który najbardziej nie chciał powszechnego rozwiązania odgórnego.
Wisienką na torcie jest słynna już wypowiedź Kuczyńskiego o bankach jako… kury znoszącej złote jajka. „Problemu frankowiczów nie można rozwiązać tak, by zarżnąć kurę znoszącą złote jajka, bo sektor bankowy pomaga gospodarce” – powiedział ekspert w 2016 r.. Ta metafora chyba najlepiej odsłania jego sposób myślenia. Banki według niego są dobrem samym w sobie – wręcz skarbem narodowym – więc każda ich dolegliwość odbije się na całej gospodarce. Oczywiście stabilny sektor bankowy jest ważny, lecz czy obowiązkiem analityka nie powinna być też troska o rzetelność i uczciwość tego sektora? Czy Kuczyński kiedykolwiek równie stanowczo potępił banki za nieetyczne praktyki, jak atakuje prawników za obronę konsumentów? Czy przejął się losem tysięcy ludzi wplątanych w toksyczne kredyty, tak jak przejmuje się potencjalnym spadkiem zysków banków? Pytania retoryczne.
Kim jest człowiek, który tak zawzięcie broni banków
Warto na koniec zapytać: z czego wynika taka tendencyjność Piotra Kuczyńskiego? Kim jest ów ekspert i skąd jego perspektywa? Przedstawia się on jako niezależny analityk, ale pamiętajmy, że od lat jest głównym analitykiem Domu Inwestycyjnego Xelion, który należy do sektora finansowego (do niedawna był częścią grupy banku Pekao). Mówiąc wprost – Kuczyński pracuje dla instytucji powiązanej z bankami, więc trudno oczekiwać, by był zupełnie bezstronny w sprawach dla banków niewygodnych. Wcześniej zresztą pełnił podobną rolę w niesławnej Warszawskiej Grupie Inwestycyjnej (WGI) – prywatnym domu maklerskim, który upadł w 2006 r. w atmosferze skandalu. WGI zdefraudowała setki milionów złotych należących do klientów (ok. 1200 poszkodowanych), a proces jej władz ciągnie się latami. Piotr Kuczyński był wówczas głównym analitykiem WGI. Choć sam nie został oskarżony o udział w nieprawidłowościach, fakt pozostaje faktem: jego kariera od dawna splata się z instytucjami finansowymi, które – delikatnie mówiąc – nie cieszą się dobrą sławą. Czy to dziwne, że poglądy takiego analityka “dziwnym trafem” pokrywają się z interesem banków?
Oczywiście każdy ekspert ma prawo do własnej opinii. Jednak felieton Kuczyńskiego w sprawie ustawy frankowej próbuje nas przekonać, że czarne jest białe. Autor zarzeka się, że to “nie prezent dla banków”, podczas gdy największymi beneficjentami przepisów będą właśnie banki, którym ustawa oszczędzi miliony (jeśli nie miliardy) złotych i pozwoli przejąć kontrolę nad tempem spłaty toksycznych kredytów. Kuczyński zapewnia, że “zyskają konsumenci”, ale najgłośniej biją brawo bankowcy. Jego tekst pełen jest połajanek wobec prawników i frankowiczów, a zarazem wybiórczo chwali rozwiązania wygodne dla sektora finansowego. Czy tak wygląda rzetelna, bezstronna analiza? A może raczej publicystyka pisana pod dyktando pewnej branży?
Na koniec zostawmy czytelnikom małe ćwiczenie z logiki. Jeżeli Związek Banków Polskich i Piotr Kuczyński mówią jednym głosem, że ustawa frankowa jest świetna dla konsumentów – to kto tak naprawdę na niej skorzysta? Frankowicze, którzy od lat wygrywają w sądach na podstawie obowiązującego prawa? Czy banki, którym grunt pali się pod nogami, więc potrzebują nowych przepisów, by ograniczyć swoje straty? Odpowiedź wydaje się aż nazbyt oczywista. I nawet najbardziej zagorzałe wywody prorbankowego analityka tego nie zmienią.






