
W skrócie Po kwietniowym wyroku TSUE (C-744/24) sankcja kredytu darmowego z niszowego przepisu stała się realnym kosztem: Alior Bank obniżył wynik II kwartału o 96,5 mln zł, a banki masowo „częściowo uznają” reklamacje, oddając ułamek pełnej sankcji. Równolegle rząd — po odebraniu projektu UOKiK-owi — pisze ustawę o kredycie konsumenckim od nowa, a w uzgodnieniach dominuje jeden motyw: przepisy mogą być „zbyt skuteczne” wobec banków. Na stole leży miarkowanie sankcji, w tle tyka termin wdrożenia unijnej dyrektywy CCD2, a dla posiadaczy umów kluczowy pozostaje stary, ostry art. 45 — obowiązujący tu i teraz. |
Czym jest sankcja kredytu darmowego i dlaczego banki chcą jej zmiany
Mechanizm z art. 45 ustawy o kredycie konsumenckim jest prosty w konstrukcji i dotkliwy w skutkach. Jeżeli kredytodawca naruszy wskazane w ustawie obowiązki — przede wszystkim informacyjne oraz dotyczące limitów kosztów pozaodsetkowych — konsument po złożeniu pisemnego oświadczenia zwraca wyłącznie pożyczony kapitał. Bez odsetek, bez prowizji, bez składek ubezpieczeniowych.
Trzy rzeczy trzeba przy tym powiedzieć wprost, bo w publicystyce regularnie giną. Po pierwsze, SKD nie działa automatycznie — wymaga naruszenia konkretnego, wymienionego w zamkniętym katalogu obowiązku i skutecznego oświadczenia. Po drugie, dotyczy kredytów konsumenckich do 255 550 zł: gotówkowych, konsolidacyjnych, ratalnych — nie hipotek. Po trzecie, uprawnienie wygasa rok po wykonaniu umowy (art. 45 ust. 5), a sposób liczenia tego terminu — od wypłaty czy od spłaty kredytu — jest przedmiotem pytań prejudycjalnych czekających w TSUE. Zarzut sektora brzmi: sankcja jest zerojedynkowa i karze tak samo za przecinek, jak za zaniżone RRSO. Prezes UOKiK Tomasz Chróstny sprawdzał tę tezę na orzecznictwie i publicznie ją kwestionował: tam, gdzie konsumenci wygrywają, sądy wskazują na realne uchybienia w informowaniu o kosztach, a nie na literówki.
Wyrok TSUE C-744/24 wystawił pierwszy rachunek: 96,5 mln zł w jednym banku
Punktem zwrotnym był 23 kwietnia 2026 r. Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł — na kanwie umowy Banku Pekao — że kredytodawca nie może naliczać odsetek od skredytowanych kosztów: prowizji czy składki doliczonych do kwoty zobowiązania. Odsetki należą się od tego, co konsument faktycznie dostał do dyspozycji. Trybunał zastrzegł, że koszty wolno odzwierciedlić w wyższym oprocentowaniu, i nie przesądził, że każde uchybienie uruchamia SKD — to instytucja prawa polskiego, o której rozstrzygają polskie sądy.
Rynek policzył jednak szybko. 20 lipca Alior Bank poinformował w raporcie bieżącym, że aktualizacja szacunków przepływów po wyroku obniży jego wynik netto za II kwartał o 96,5 mln zł — to pierwsza opublikowana na giełdzie, policzalna cena orzeczenia dotyczącego kredytów konsumenckich. Równolegle banki zmieniły taktykę wobec klientów: Pekao i Alior, a według sygnałów z rynku także VeloBank, odpowiadają na oświadczenia o SKD formułą częściowego uznania reklamacji — zwracają odsetki naliczone od kredytowanych kosztów, konsekwentnie odmawiając samej sankcji. Według wyliczeń kancelarii reprezentujących kredytobiorców to zwykle 8–15 proc. wartości pełnej SKD. Nazwijmy rzecz precyzyjnie: to nie kapitulacja, lecz zarządzanie ryzykiem procesowym — tanie rozbrajanie roszczeń, zanim trafią do sądu.
Ile spraw o darmowy kredyt toczy się w sądach — i paradoks, o którym się milczy
Skala robi wrażenie: według danych sektora na koniec marca w bankach leżało już ponad 104,7 tys. reklamacji opartych na SKD, a do sądów trafiło ponad 27 tys. pozwów. Państwowy licznik uruchomiony w styczniu przez Ministerstwo Sprawiedliwości pokazał 4375 nowych spraw w samym pierwszym kwartale — z czego trzy czwarte wniosły firmy skupujące roszczenia, co opisywaliśmy szerzej na chf24.pl. Komitet Stabilności Finansowej już w marcu 2025 r. uznał SKD za nowe ryzyko systemowe, a przewodniczący KNF Jacek Jastrzębski stwierdził wprost, że jeśli nie da się skonstruować sankcji proporcjonalnie, „należy się poważnie zastanowić nad jej usunięciem”.
I tu dochodzimy do faktu, który w tej debacie wybrzmiewa najsłabiej: banki wygrywają 85–90 proc. prawomocnie zakończonych spraw o SKD. Jeżeli sankcja jest tak nieproporcjonalna i tak łatwa do uruchomienia, dlaczego statystyka sądowa wygląda właśnie tak? To pytanie powinno otwierać każdą ocenę skutków regulacji — a jest z niej systematycznie wypychane. Ryzyko „paraliżu sądów” dotyczy w świetle tych liczb mniejszości portfela: umów, w których naruszenia są realne.
Gold-plating i „UE plus zero”: jak spór o konsumentów zamienił się w spór o technikę legislacyjną
Największa zmiana ostatnich miesięcy zaszła jednak nie w sądach, lecz w rządzie. Projekt nowej ustawy o kredycie konsumenckim, wdrażającej dyrektywę CCD2, pisał UOKiK — i szedł dalej niż obecne przepisy: znosił limit kwotowy sankcji, wprowadzał jej gradację (pełna SKD, wariant „półdarmowy” — kapitał plus połowa odsetek — oraz sankcja za kredyt udzielony bez badania zdolności) i zaostrzał reguły reklamy. Uwagi zgłosiły Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Rozwoju i Technologii, Rządowe Centrum Legislacji, KNF i Komitet Stabilności Finansowej, a ich wspólnym mianownikiem stało się jedno słowo: gold-plating, czyli wychodzenie ponad minimum wymagane przez prawo unijne. W maju premier odebrał prezesowi UOKiK upoważnienie do prowadzenia projektu; pióro przejęły resorty sprawiedliwości i finansów.
Kulisy tej roszady mówią o polskiej legislacji więcej niż niejeden podręcznik.
Chróstny ocenił, że nie doszacował zuchwałości lobbingu instytucji finansowych, i przywołał usłyszane od jednego z ministrów zdanie: „W tym kraju z bankami jeszcze nikt nigdy nie wygrał”. Minister Maciej Berek odpierał, że powodem było tempo prac i naruszenie rządowej zasady implementacji bez nadprogramowych obciążeń. Ten drugi kierunek wybrzmiał w niedzielę na łamach „Rzeczpospolitej” w tekście prezesa Fundacji Wolności Gospodarczej Marka Tatały: wdrażać dyrektywę według zasady „UE plus zero”, nie dopisywać obowiązków bez rzetelnej oceny skutków — a przy okazji przyjrzeć się, czy projektowane przepisy o raportowaniu danych kredytowych nie umacniają quasi-monopolistycznej pozycji BIK, spółki kontrolowanej przez największe banki, kosztem konkurencyjnych biur informacji gospodarczej. To argument warty odnotowania właśnie dlatego, że pochodzi z obozu deregulacyjnego: nawet tam widać, że projekt potrafił jednocześnie dociskać banki sankcją i wzmacniać ich infrastrukturę danych.
„Zbyt skuteczne przepisy” — zdanie, które obnaża oś sporu
Przeciwny biegun debaty najzwięźlej ujęła prawniczka Karolina Wysmułek, komentując publicznie lekturę kolejnych opinii do projektu: jak mantra wracają w nich ryzyko dla sektora, wzrost kosztów i widmo sporów sądowych — do tego stopnia, że największym problemem nowych przepisów wydaje się nie to, czy ochronią konsumentów, lecz to, że mogą być „zbyt skuteczne”. Jej puenta: dyskutujemy o projekcie ustawy o ochronie sektora bankowego, nie o ustawie o kredycie konsumenckim.
W ocenie redakcji to zdanie jest retoryczną przesadą — ale celuje w rzeczywisty, mierzalny problem. W dokumentach z uzgodnień argumenty o stabilności sektora i lawinie pozwów pojawiają się nieporównanie częściej niż jakakolwiek analiza tego, ile konsumenci realnie tracą na wadliwie skonstruowanych umowach. Ocena skutków regulacji liczy koszty banków z dokładnością do miliona; kosztów po stronie klientów nie liczy nikt.
Miarkowanie sankcji kredytu darmowego: kompromis czy jej rozbrojenie
Kierunek nadchodzącej zmiany rysuje się coraz wyraźniej: zamiast sankcji zerojedynkowej — sankcja miarkowana przez sąd, stosownie do wagi naruszenia. Popierały ją KNF, ZBP i resort finansów; sceptyczni byli minister sprawiedliwości i Rzecznik Finansowy. Z czysto prawnego punktu widzenia miarkowanie ma sens — proporcjonalność to fundament prawa unijnego i identyczna kara za drobną omyłkę i za istotne zaniżenie RRSO broni się słabo.
Tyle że skuteczność SKD nigdy nie brała się z surowości, lecz z przewidywalności. Bank znał cenę naruszenia z góry — i to ona skłaniała do ugód oraz porządkowania wzorców. Sankcja uznaniowa przenosi ryzyko z powrotem na konsumenta: przed procesem nie wiadomo, czy sąd zasądzi całość, połowę, czy uzna uchybienie za nieistotne. Przy sporze o kilkanaście tysięcy złotych taka niepewność potrafi zniechęcić do pozwu skuteczniej niż jakakolwiek zmiana katalogu obowiązków banku. To jest realna stawka tej reformy: nie „czy sankcja przetrwa”, lecz czy przetrwa z niej instrument, którego kredytodawcy nadal będą się obawiać.
Kalendarz i niewiadome: nowe regulacje CCD2 powinny być stosowane od 20 listopada 2026 r., a projekt wrócił do punktu wyjścia — według nieoficjalnych doniesień rozważana jest nawet ścieżka poselska, skracająca konsultacje, podczas gdy rozmówcy money.pl w bankach wątpią, by przed wyborczym rokiem 2027 powstała osobna ustawa o samej SKD. W przeciwną stronę działa Luksemburg: po opinii rzecznika generalnego TSUE z 11 czerwca, zgodnie z którą sąd ma z urzędu badać wszystkie naruszenia zagrożone sankcją, każdy pozew może prześwietlać całą umowę — niezależnie od tego, co wypatrzył pełnomocnik. A świeżo podpisana ustawa frankowa, odciążając sądy z tysięcy spraw wpadkowych, uwalnia moce przerobowe dokładnie wtedy, gdy fala SKD nabiera rozpędu. |
W ocenie redakcji Trzy scenariusze wydają się dziś możliwe. Miarkowanie — najbardziej prawdopodobne: sektor ogłosi zwycięstwo proporcjonalności, a liczba pozwów spadnie z powodu niepewności wyniku, nie poprawy umów. Ugody sektorowe — częściowe uznania w Pekao, Aliorze i VeloBanku wyglądają na przymiarkę do modelu znanego z franków: masowe, tanie porozumienia zamiast drogich wyroków. I rozstrzygnięcie w Luksemburgu, gdzie jeden wyrok o rocznym terminie albo o proporcjonalności może unieważnić dwa lata krajowego kompromisu. Najciekawsze jest jednak to, czego w debacie nie ma: nikt na poważnie nie proponuje, by zostawić sankcję nietkniętą i sprawić, żeby umowy przestały dawać podstawy do jej stosowania. Skoro banki wygrywają 85–90 proc. spraw, ryzyko dotyczy mniejszości portfela — tej pisanej z naruszeniami. Dopóki dyskusja kręci się wokół stępienia przepisu, a nie usunięcia jego przyczyny, trudno uciec od wniosku, że kłopotem nie jest sankcja kredytu darmowego, lecz to, że wreszcie zaczęła działać. |
Dla posiadaczy kredytów gotówkowych i konsolidacyjnych płynie z tego wszystkiego jeden praktyczny wniosek. Jakakolwiek ustawa powstanie, będzie działać na przyszłość — oceny umów już zawartych dokonuje się według przepisów obowiązujących dziś, czyli starego, ostrego art. 45 wzmocnionego wyrokiem C-744/24. To okno jest otwarte, ale nie bezterminowo: uprawnienie wygasa rok po wykonaniu umowy, a „częściowe uznanie” reklamacji podpisane wraz ze zrzeczeniem się roszczeń potrafi je zatrzasnąć wcześniej. Kto ma umowę z kredytowaną prowizją, powinien policzyć jej wartość, zanim policzy ją za niego ustawodawca.





