Na koniec lipca w polskich sądach toczyło się niespełna 4 tysiące spraw o kredyty hipoteczne z WIBOR-em. Przy 1,5 miliona czynnych umów to – jak mówi prezes Związku Banków Polskich – „kropla w oceanie”. A jednak w jednym wrześniowym tygodniu sektor dostał raport straszący 284 miliardami złotych strat, debatę z udziałem senatora i profesorów, propozycję 95-procentowego podatku dla kancelarii skupujących roszczenia i ujawnienie nieoficjalnego planu ratowania wskaźnika. Zbieg okoliczności? Naszym zdaniem nie. Za kilka miesięcy każdy z 1,5 miliona kredytobiorców dostanie od banku list o WIBOR-ze i o tym, czym go zastąpić. Sektor chce, żeby zanim ten list dotrze, odbiorca miał już w głowie jedną odpowiedź na pytanie, czy WIBOR da się podważyć: nie da się, banki wygrywają wszystko. Sprawdzamy, ile w tym prawdy, kto tę odpowiedź podpowiada i dlaczego właśnie teraz.
O co chodzi w sporze o WIBOR
WIBOR to stawka, po jakiej największe polskie banki deklarują gotowość pożyczania sobie pieniędzy na rynku międzybankowym. Wyznacza ją każdego dnia roboczego spółka GPW Benchmark na podstawie kwotowań dziesięciu banków, a na jej podstawie liczy się oprocentowanie większości złotowych kredytów hipotecznych ze zmienną stopą według prostego wzoru: WIBOR plus marża banku.
Kiedy w 2022 roku stopy procentowe gwałtownie wzrosły, raty wielu kredytów podskoczyły niemal dwukrotnie. Część kredytobiorców zaczęła wtedy pytać, czy wskaźnik oparty na deklaracjach banków, a nie na rzeczywistych transakcjach, w ogóle nadaje się do umowy z konsumentem – i czy bank uczciwie wyjaśnił im, co podpisują. Tak powstały pozwy o WIBOR, w których klienci domagają się usunięcia wskaźnika z umowy (kredyt spłacany wyłącznie z marżą) albo unieważnienia całej umowy.
W lutym tego roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-471/24 przesądził część tego sporu. Orzekł, że samo zastosowanie WIBOR-u w umowie nie czyni jej nieuczciwą, ponieważ wskaźnik podlega unijnemu rozporządzeniu BMR i nadzorowi KNF, a sąd cywilny nie może badać metodologii jego wyliczania. Bank nie ma też obowiązku tłumaczyć klientowi, jak WIBOR powstaje.
Trybunał pozostawił jednak istotną furtkę: sądy krajowe mają w każdej sprawie oceniać, czy klauzula zmiennego oprocentowania była przejrzysta i czy konsument mógł realnie ocenić ryzyko wzrostu rat. Spór przeniósł się więc z wielkiej narracji o „nielegalnym wskaźniku” na grunt pojedynczych umów i obowiązków informacyjnych banków.
Ile jest spraw i kto je wygrywa
Aktualne liczby podał prezes ZBP Tadeusz Białek podczas debaty zorganizowanej 23 września przez Instytut Sobieskiego. Na koniec lipca w sądach toczyło się 3 841 spraw dotyczących WIBOR-u; można przyjąć, że obecnie jest ich około 4 tysięcy. Zapadło 277 prawomocnych wyroków i wszystkie były korzystne dla banków. Wśród 585 wyroków nieprawomocnych niekorzystnych dla sektora jest zaledwie 10. Dla porównania: w szczytowym momencie fali frankowej przybywało nawet 5,5 tysiąca pozwów miesięcznie. Białek przekonuje, że lutowy wyrok TSUE „znacząco zmniejszył dynamikę” napływu nowych spraw.
Dane z raportów samych banków i ze statystyk sądowych pokazują jednak, że wyhamowała dynamika, a nie napływ. Sześć giełdowych banków, które raportują takie sprawy akcjonariuszom, miało na koniec czerwca łącznie 2 293 pozwy o WIBOR – o 16,3 procent więcej niż kwartał wcześniej, po wzroście o 23,2 procent w pierwszym kwartale. Najwięcej spraw ma PKO BP: 1 070, o 23 procent więcej niż trzy miesiące wcześniej. Do sądów okręgowych w całym kraju wpłynęło w pierwszym półroczu blisko 1,4 tysiąca nowych spraw o kredyty z WIBOR-em, o ponad 90 procent więcej niż rok wcześniej, a sądy wydały w nich ponad 420 rozstrzygnięć – dwa i pół raza więcej niż w pierwszym półroczu 2025 roku. Co piąta sprawa trafia do Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie swoje siedziby ma większość dużych banków. Rzecznik Praw Obywatelskich w informacji przekazanej ZBP w połowie września również odnotował, że skarg kredytobiorców z WIBOR-em przybywa, a zarzuty dotyczą przede wszystkim tego, jak banki informowały o zasadach działania wskaźnika i o ryzyku wzrostu rat.
Wniosek z tych danych jest dwojaki. Orzecznictwo jest dziś jednoznacznie korzystne dla banków, a zakwestionowanie wskaźnika jako takiego po wyroku TSUE praktycznie nie ma szans. Ale kredytobiorcy nie przestali pozywać – i robią to na innej podstawie niż dwa lata temu. Rzeczywiste pole sporu stanowią umowy, w których bank potraktował obowiązki informacyjne po macoszemu – zwłaszcza te zawarte przed 2018 rokiem, czyli zanim WIBOR wszedł w reżim rozporządzenia BMR i zanim, zgodnie z wytycznymi KNF, banki zaczęły pokazywać klientom na konkretnych przykładach, jak wzrost wskaźnika przełoży się na wysokość raty.
Kredyt sprzed 2018 roku: dlaczego starsze umowy są w innej sytuacji
Data zawarcia umowy ma w tym sporze znaczenie, o którym rzadko się mówi. Do 2018 roku WIBOR-em nie administrowała nadzorowana przez KNF spółka GPW Benchmark, lecz stowarzyszenie ACI Polska, stworzone przez same banki.
Dopiero wejście w życie unijnego rozporządzenia BMR wymusiło przekazanie wskaźnika licencjonowanemu administratorowi i objęcie go nadzorem. Argumentacja TSUE z lutego – że sąd nie może badać metodologii wskaźnika, bo czuwa nad nią organ nadzoru – jest więc najmocniejsza wobec umów zawartych po tej dacie. Sami autorzy raportu Instytutu Sobieskiego przyznają, że ryzykiem pozwu obarczone są także kredyty udzielone przed rozporządzeniem BMR. Nie znaczy to jednak, że umowy z 2018 roku i późniejsze są bezpieczne dla banków – jak pokazuje sierpniowy wyrok z Kalisza, o którym piszemy niżej, sądy badają nie datę, lecz to, co bank realnie wyjaśnił klientowi.
Od 2018 roku obowiązują też wytyczne KNF, zgodnie z którymi banki powinny prezentować klientowi na przykładach, jak wzrost wskaźnika wpłynie na ratę – dla wcześniejszych umów tego standardu po prostu nie było, więc pytanie, co bank realnie wyjaśnił klientowi, sąd musi rozstrzygać na podstawie samej umowy i dokumentów z jej zawarcia. Kto ma kredyt z lat 2008–2017 i chce sprawdzić, jak wyglądała jego umowa na tle dzisiejszych wymogów, powinien zacząć od odszukania kompletu dokumentów kredytowych, w tym formularza informacyjnego i wszelkich załączników o ryzyku stopy procentowej – to one, a nie sam wskaźnik, będą przedmiotem oceny.
Dlaczego właśnie teraz: 1,5 miliona listów o WIBOR-ze
Żeby zrozumieć, skąd nagły wysyp raportów, debat i statystyk, trzeba spojrzeć na kalendarz reformy. W maju GPW Benchmark ogłosił uporządkowaną likwidację WIBOR-u: od początku 2027 roku banki nie będą oferować nowych kredytów opartych na tym wskaźniku, a stawki 1M, 3M i 6M dla istniejących umów będą publikowane najdalej do końca 2036 roku. Ministerstwo Finansów skierowało do konsultacji projekt ustawy (UC132), który nakłada na każdy bank obowiązek przedstawienia każdemu kredytobiorcy z umową na WIBOR oferty zmiany oprocentowania – na stałą stopę albo na nowy wskaźnik POLSTR. Prezes ZBP mówił w czerwcu wprost, że intencją ustawodawcy jest, by istniejące umowy „w jak największym stopniu były dobrowolnie skonwertowane” na POLSTR, a sektor ocenia ten przepis pozytywnie, bo daje ustawowe oparcie dla masowej wysyłki aneksów.
To oznacza, że w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy do 1,5 miliona gospodarstw domowych trafi korespondencja, która po raz pierwszy od lat zmusi je do pomyślenia o WIBOR-ze. Klient dostanie do ręki dokument, w którym bank sam przyzna, że wskaźnik z jego umowy jest wygaszany i proponuje inny. Naturalne pytanie, które się wtedy pojawi – dlaczego bank rezygnuje z WIBOR-u, skoro wszystko było z nim w porządku, i czy przypadkiem nie mam podstaw, żeby coś od banku odzyskać – jest dokładnie tym pytaniem, którego sektor chce uniknąć. Przy frankach nikt nie musiał pisać do klientów: to media i kancelarie uświadomiły im, co mają w umowach. Tu bank sam otworzy temat, listem poleconym, u każdego kredytobiorcy jednocześnie.
W tym świetle wrześniowa fala publikacji nabiera sensu. Raport Instytutu Sobieskiego, którego prezes Leszek Skiba mówi otwarcie o potrzebie „przeprowadzenia działalności edukacyjnej”, by uświadomić kredytobiorcom, że spór o WIBOR nie skończy się jak frankowy; rekomendacja, by reklamy kancelarii musiały podawać prawdopodobieństwo przegranej; liczby powtarzane na każdej konferencji – 277 do zera, 585 do 10 – to nie jest komunikacja skierowana do sądów ani do regulatora. To komunikacja skierowana do kredytobiorcy, który za chwilę otworzy kopertę z aneksem. Sektor chce, żeby zanim ten kredytobiorca zadzwoni do kancelarii, wiedział już, że „banki wygrywają wszystko”. Z punktu widzenia banków to racjonalne. Z punktu widzenia klienta warto po prostu wiedzieć, że statystyka, którą dostaje, jest elementem tej strategii – i że dotyczy spraw wnoszonych na argumentach, których po lutym już nikt poważny nie używa.
Raport, który straszy kwotą niemal równą kapitałom sektora
Opublikowany 23 września raport Instytutu Sobieskiego „Wpływ podważania stawki referencyjnej WIBOR na stabilność sektora finansowego oraz na gospodarkę Polski” jest najważniejszym elementem tej kampanii. Jego autorami są Leszek Skiba, prezes Instytutu, były prezes Banku Pekao i społeczny doradca Prezydenta RP, oraz Piotr Pawliczak, obecnie zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.
Autorzy wyliczyli, że w latach 1997–2025 banki uzyskały z odsetek od kredytów hipotecznych z WIBOR-em 218,1 miliarda złotych, z czego 100,7 miliarda przypada na kredyty nadal spłacane, a 117,4 miliarda na już zamknięte. Do tego doszło 35,2 miliarda złotych prowizji. Następnie przyjęli dwa niekorzystne dla banków warianty rozstrzygnięć – usunięcie WIBOR-u z zachowaniem marży albo nieważność umowy i tak zwany darmowy kredyt – oraz różne poziomy skłonności klientów do pozywania. Wyszło od 78,7 do 283,7 miliarda złotych kosztów dla sektora. Górna granica to niemal trzykrotność rezerw frankowych, które przekroczyły 100 miliardów złotych, i niewiele mniej niż kapitały własne wszystkich banków, wynoszące na koniec 2025 roku 322 miliardy. Sam Skiba zastrzega, że to scenariusz, który „powinien być uznawany za niemożliwy”, ale jego zdaniem opinia publiczna powinna wiedzieć, co by się stało, gdyby jednak się ziścił.
Jest jeszcze jeden argument, którego przy frankach nie było. Kredyty z WIBOR-em to nie tylko duże banki komercyjne. Około 98 miliardów złotych takich kredytów znajduje się w blisko 500 bankach spółdzielczych, które – jak podkreśla Instytut – mają bardzo zróżnicowaną pozycję kapitałową i żadnego doświadczenia w obsłudze masowych sporów sądowych. Dla wielu z nich nawet umiarkowana fala pozwów byłaby problemem egzystencjalnym. Podczas debaty ekspert Warszawskiego Instytutu Bankowości Tomasz Pawlonka poszedł jeszcze dalej i doliczył kredyty konsumpcyjne oraz przyszłe koszty sporów – w jego skrajnym scenariuszu rachunek sięga 460 miliardów złotych. Prezes ZBP ujął rzecz krócej: przy kosztach rzędu 280–330 miliardów złotych „sektor bankowy po prostu przestałby funkcjonować”.
Kto stoi po stronie wskaźnika
Lista obrońców WIBOR-u jest dłuższa, niż mogłoby się wydawać, i nie ogranicza się do samych banków. Pierwszy krąg to sektor: ZBP z prezesem Białkiem, Warszawski Instytut Bankowości oraz – jak ujawnił portal money.pl – grupa wysoko postawionych bankowców, którzy po majowej decyzji o wygaszeniu WIBOR-u zlecili ekspertom akademickim przygotowanie planu jego ocalenia. Koncepcja zakładała przeniesienie wskaźnika do Narodowego Banku Polskiego, pozostawienie na rynku trzech konkurujących stawek i – jako zachętę dla klientów – obniżenie marż hipotecznych z około 2 procent do 1,5 procent. NBP miał w zamian zyskać instytucjonalną tarczę w czasie politycznego sporu o jego prezesa. Plan nie wyszedł poza etap koncepcji, bo nikt nie chciał oficjalnie zanieść go do banku centralnego, a sam NBP zaprzecza, by kiedykolwiek go otrzymał.
Drugi krąg to instytucje państwa. Komisja Nadzoru Finansowego i Komitet Stabilności Finansowej od lat konsekwentnie potwierdzają zgodność WIBOR-u z prawem krajowym i unijnym, a Instytut Sobieskiego rekomenduje, by przy tym stanowisku trwały, bo jest ono kluczowe z punktu widzenia ograniczania ryzyka systemowego. Senator Kazimierz Kleina, przewodniczący senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych, mówił podczas debaty, że nie widzi ryzyka spełnienia się czarnych scenariuszy, a sądy „nie negują wskaźnika w sposób zasadniczy”.
Trzeci krąg to środowisko akademickie. Profesor Paweł Szczęśniak z UMCS przekonuje, że obowiązki informacyjne banków sprowadzają się do trzech elementów – nazwy wskaźnika, jego administratora i wskazania potencjalnych skutków umowy – a banki wykonują je „nadmiarowo”. Przywołał wyrok rzeszowskiego sądu okręgowego, w którym stwierdzono, że bank nie jest od tego, by prowadzić konsumentowi wykłady z ekonomii i matematyki. Doktor Jarosław Bełdowski z SGH dodał, że TSUE po raz pierwszy tak wyraźnie dopuścił, iż konsument może działać w złej wierze, co w jego ocenie jest sygnałem dla sądów, by nie pozwalały wykorzystywać ochrony konsumenckiej instrumentalnie.
Dlaczego bronią: trzy powody, o których mówi się głośno, i jeden, o którym ciszej
Pierwszy powód to skala. WIBOR nie jest tylko stawką w umowach hipotecznych. Na koniec 2024 roku wartość wszystkich produktów i instrumentów opartych na tym wskaźniku przekraczała 6 bilionów złotych, czyli około 167 procent polskiego PKB. Na banki i SKOK-i przypada z tego 1,07 biliona złotych, w tym 305,6 miliarda hipotek, 267 miliardów kredytów dla przedsiębiorstw i 280 miliardów papierów wartościowych. WIBOR jest również podstawą rynku obligacji wartego blisko 481 miliardów złotych. Jak podkreślał Białek, masowe podważenie wskaźnika odczułyby więc także przedsiębiorstwa, samorządy i państwo, a wzrost rentowności obligacji o 2,5 punktu procentowego kosztowałby budżet około 40 miliardów złotych rocznie w obsłudze długu.
Drugi powód to lekcja frankowa. Sektor przez lata bagatelizował spory o CHF, przegrał je w sądach i zapłacił ponad 100 miliardów złotych. Tym razem strategia jest odwrotna: uderzyć wyprzedzająco, zanim ukształtuje się jakakolwiek niekorzystna linia orzecznicza, i zbudować w opinii publicznej przekonanie, że pozwy o WIBOR są z góry skazane na porażkę. Białek mówi to wprost – klienci mimo „agresywnego marketingu kancelarii odszkodowawczych” nie dają się nabrać.
Trzeci powód to kancelarie. Raport Instytutu Sobieskiego poświęca im zaskakująco dużo miejsca – rekomenduje uregulowanie reklam, z obowiązkiem podawania prawdopodobieństwa przegranej, szacowanej długości postępowania i kosztów, jednolity wzorzec umowy o kredyt hipoteczny pod okiem UOKiK oraz analizę 95-procentowego podatku od dochodu podmiotów skupujących roszczenia. Prezes ZBP pomysł podatku poparł, choć nawet wśród uczestników debaty nie było w tej sprawie zgody: profesor Szczęśniak zauważył, że podatek nie może mieć charakteru wywłaszczeniowego, skoro nawet dochody z nieujawnionych źródeł opodatkowane są stawką 75 procent, a współautor raportu Piotr Pawliczak przyznał, że wysoka stawka miała przede wszystkim pobudzić dyskusję. O tym, dlaczego akurat skup roszczeń trafił do raportu o WIBOR-ze, piszemy niżej – bo to wątek, w którym raport miesza dwa różne rynki.
I wreszcie powód czwarty, o którym mówi się ciszej: WIBOR jest dla banków po prostu wygodniejszy i tańszy od tego, co ma go zastąpić. PKO BP jako pierwszy bank wprowadził hipoteki oparte na POLSTR 3 września, a we wtorek ING Bank Śląski zapowiedział, że zaoferuje je od 28 września. Tyle że marża w pierwszej ofercie opartej na nowym wskaźniku wynosi według wyliczeń money.pl 2,59 procent, wyraźnie więcej niż w kredytach z WIBOR-em. Autorzy nieoficjalnego planu ratowania WIBOR-u argumentowali, że wskaźnik pod dachem NBP obniżyłby bankom koszty regulacyjne i osłabił jeden z argumentów podnoszonych w sądach – że stawką administruje prywatna spółka. Obrona WIBOR-u jest więc także obroną modelu biznesowego, który przez trzy dekady dobrze bankom służył.
Skup roszczeń: problem z sankcji kredytu darmowego przeniesiony na WIBOR
Tu trzeba zatrzymać się przy jednym wątku raportu, bo miesza on dwa zupełnie różne rynki. Model, w którym firma odkupuje od klienta roszczenie za ułamek jego wartości, a potem dochodzi całości na własny rachunek, nie rozwinął się w Polsce na kredytach z WIBOR-em. Rozwinął się na sankcji kredytu darmowego, czyli na kredytach konsumenckich do 255 550 złotych, gdzie spraw jest wielokrotnie więcej, kwoty są mniejsze, a procedura – oświadczenie do banku, reklamacja, pozew do sądu rejonowego – daje się zautomatyzować. To tam działają podmioty nabywające wierzytelności w drodze cesji, które – jak wynika z danych przywoływanych przez sam sektor bankowy – odpowiadają za znaczną część pozwów o SKD, i to je bankowcy nazywają „parakancelariami”.
Sprawy o WIBOR wyglądają inaczej: to indywidualne, wieloletnie procesy przed sądami okręgowymi, prowadzone na zlecenie klienta przez kancelarie wyspecjalizowane w sporach z bankami – czyli ten sam model, w którym toczyły się sprawy frankowe. Skup roszczeń ze spłaconych hipotek z WIBOR-em, przed którym ostrzega Instytut Sobieskiego, jest dziś zjawiskiem marginalnym.
Dlaczego więc trafił do raportu o WIBOR-ze? Naszym zdaniem dlatego, że to na sankcji kredytu darmowego banki mają dziś realny, a nie hipotetyczny problem – i przenoszą argumenty z jednego frontu na drugi. Skala jest nieporównywalna: według danych ZBP na koniec czerwca w sądach było 34 tysiące pozwów o SKD i 120 tysięcy reklamacji, a osiem giełdowych banków raportowało 25,2 tysiąca spraw, o połowę więcej niż rok wcześniej. Po kwietniowym wyroku TSUE w sprawie C-744/24, w którym Trybunał uznał naliczanie odsetek od kredytowanych prowizji i ubezpieczeń za niezgodne z dyrektywą, sektor po raz pierwszy przyznał się do błędnej praktyki: ZBP zalecił zwrot odsetek pobranych po dacie wyroku, a pierwsze banki zaczęły rozliczać się z klientami. Bankowcy wciąż twierdzą, że wygrywają około 80 procent spraw o SKD; pełnomocnicy kredytobiorców mówią o 50–60 procentach i o wyraźnie zmieniającej się linii orzeczniczej. Jedno jest pewne: to w sprawach o SKD, nie o WIBOR, banki zaczęły w tym roku oddawać pieniądze bez wyroku. Kiedy więc raport o WIBOR-ze rekomenduje podatek od skupu roszczeń i regulację reklam kancelarii, w praktyce adresuje problem, który sektor ma gdzie indziej – i przy okazji buduje wrażenie, że za pozwami o WIBOR stoi ten sam mechanizm masowego skupu, co za SKD. Nie stoi.
Dla byłego kredytobiorcy z WIBOR-em pozostaje natomiast jedna praktyczna informacja z tego wątku. Z 218 miliardów złotych odsetek od hipotek z WIBOR-em ponad połowa – 117,4 miliarda – pochodzi z kredytów już spłaconych. Spłata kredytu nie zamyka drogi do dochodzenia zwrotu nienależnie pobranych świadczeń, ale roszczenia te się przedawniają: przy konsumentach termin wynosi co do zasady sześć lat, liczonych na koniec roku kalendarzowego, więc przy kredytach zamkniętych kilka lat temu część rat może być już nie do odzyskania. Kto rozważa sprzedaż takiego roszczenia za gotówkę, powinien najpierw wiedzieć, ile jest ono warte.
Kropla drąży skałę: pierwsze wyroki po stronie kredytobiorców
Statystyka 277 do zera jest prawdziwa i warto ją traktować poważnie. Ale warto też pamiętać, jak wyglądała statystyka spraw frankowych, zanim się odwróciła. Przez pierwsze lata sporów o CHF to banki wygrywały większość procesów, a korzystne dla klientów wyroki sądów pierwszej instancji były pojedynczymi wyjątkami, które sektor komentował dokładnie tak samo jak dziś: jako odosobnione pomyłki, które apelacja skoryguje. Przełom przyniósł dopiero wyrok TSUE w sprawie Dziubaków (C-260/18) z października 2019 roku i późniejsze uchwały Sądu Najwyższego – i od tego momentu proporcje odwróciły się niemal całkowicie. Sektor zna tę historię lepiej niż ktokolwiek, bo ją przeżył, i to ona, a nie dzisiejsze 4 tysiące spraw, tłumaczy nerwowość.
W sprawach o WIBOR pierwsze wyłomy już są. Sąd Okręgowy w Suwałkach 22 stycznia 2025 roku (sygn. I C 332/24) ustalił nieistnienie stosunku prawnego z umowy kredytu i pożyczki zawartych w 2015 roku z Getin Noble Bankiem, uznając, że bank nie przekazał klientom wystarczających informacji o WIBOR-ze i o ryzyku zmiennego oprocentowania. Sąd Okręgowy w Jeleniej Górze 20 listopada 2025 roku (sygn. I C 383/24) w sprawie kredytu z 2016 roku wyeliminował z umowy składnik zmiennego oprocentowania – stopę bazową – pozostawiając umowę w mocy z samą marżą. Oba wyroki są nieprawomocne, a według ZBP takich rozstrzygnięć jest dziś dziesięć. To niewiele – ale w sprawach frankowych pierwsze korzystne dla klientów wyroki też liczono na palcach, zanim linia orzecznicza się odwróciła.
Sektor miał na te dwa wyroki wygodną odpowiedź: zapadły przed orzeczeniem TSUE, więc sądy nie znały jeszcze wykładni Trybunału. Ta linia obrony właśnie się skończyła. Z dokumentu opublikowanego w ostatnich dniach w mediach społecznościowych wynika, że 13 sierpnia 2026 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu (sygn. I C 1669/23) wydał wyrok wstępny w sprawie przeciwko Erste Bank Polska, następcy prawnemu Santander Bank Polska. Sąd ustalił bezskuteczność klauzuli oprocentowania w zakresie wskaźnika WIBOR w dwóch umowach o kredyt mieszkaniowy – w tym jednej z rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych” – pozostawiając w mocy oprocentowanie w zakresie marży banku, i uznał roszczenie o zapłatę za usprawiedliwione co do zasady. Wyrok wstępny to orzeczenie, w którym sąd przesądza, że roszczenie jest zasadne, a wysokość kwoty ustala dopiero w dalszym postępowaniu; jest nieprawomocny i bank z pewnością go zaskarży. Dwie rzeczy czynią go jednak ważniejszym od poprzednich. Po pierwsze, zapadł pół roku po wyroku TSUE, a więc sąd orzekał już ze znajomością lutowej wykładni – i mimo to uznał, że w tych konkretnych umowach klauzula WIBOR nie wiąże konsumenta. Po drugie, obie umowy pochodzą z lutego i marca 2018 roku, czyli z okresu, gdy WIBOR podlegał już unijnemu rozporządzeniu BMR. To podważa tezę, że problem dotyczy wyłącznie starych umów sprzed reformy wskaźnika: sąd w Kaliszu ocenił nie sam wskaźnik, lecz to, jak bank wyjaśnił klientowi jego działanie i ryzyko – a tego BMR za banki nie załatwia.
Co istotne, żaden z tych trzech wyroków nie opiera się na tezie o nielegalności wskaźnika, którą TSUE w lutym zamknął. Opierają się na tym, co Trybunał wprost zostawił sądom krajowym: na ocenie, czy konkretny bank w konkretnej umowie rzetelnie wyjaśnił klientowi ryzyko. Innymi słowy, lutowy wyrok nie zamknął sporu o WIBOR – zamknął jego pierwszą, najsłabszą wersję i wskazał, na jakim gruncie toczy się druga. Kalisz jest pierwszym znanym sygnałem, że na tym gruncie sądy potrafią orzec na korzyść kredytobiorcy także po wyroku Trybunału.
Trzy rzeczy z wrześniowej debaty pokazują, że sektor to rozumie i przygotowuje się na tę drugą wersję, a nie na pierwszą. Po pierwsze, apel doktora Bełdowskiego o uchwałę całej izby Sądu Najwyższego, która „da jasne wskazówki, jak orzekać” – w sprawach frankowych to właśnie uchwały SN przesądziły o kierunku orzecznictwa i sektor chciałby tym razem mieć je wcześniej i po swojej stronie. Po drugie, postulat jednolitego wzorca umowy o kredyt hipoteczny pod egidą UOKiK – czyli standardu, który w przyszłości uniemożliwi zarzut nieprzejrzystości klauzuli. Po trzecie, nacisk na „dobrowolną konwersję” istniejących umów na POLSTR lub stałą stopę: każda umowa, w której WIBOR zniknie za zgodą klienta, to jedna umowa mniej w puli potencjalnych pozwów. Banki nie bronią więc WIBOR-u dlatego, że są pewne wygranej. Bronią go dlatego, że wiedzą, jak kończy się scenariusz, w którym kropla drąży skałę – i chcą zamknąć temat, zanim skała pęknie.
Aneks z POLSTR-em zamiast WIBOR-u: co bank zaproponuje i na co uważać
Wróćmy do listu, który dostanie każdy kredytobiorca. Projekt UC132 przewiduje, że bank przedstawi ofertę zmiany oprocentowania z wyborem między stałą stopą a zmiennym oprocentowaniem opartym na POLSTR, a oferta nie może podnosić dotychczasowej marży. Nie ma obowiązku jej przyjęcia – umowa bez aneksu działa dalej na WIBOR-ze aż do końca jego publikacji w 2036 roku. Otwartą kwestią pozostaje tak zwany spread korygujący, czyli dodatek wyrównujący różnicę między starym a nowym wskaźnikiem: wiceminister finansów informował w sierpniu, że projekt w obecnym brzmieniu go nie przewiduje, natomiast NBP w odpowiedzi dla PAP Biznes ocenił, że banki powinny mieć możliwość jego stosowania w proponowanych aneksach.
Z perspektywy sporu o WIBOR liczy się jednak co innego niż sam wskaźnik: treść dokumentu, który klient dostanie do podpisu. Aneks zamieniający WIBOR na POLSTR sam w sobie nie odbiera prawa do kwestionowania dawnej umowy. Ale jeśli znajdą się w nim zapisy o potwierdzeniu ważności umowy, akceptacji dotychczasowych warunków albo zrzeczeniu się roszczeń, mogą one utrudnić lub zamknąć drogę do sądu – a jak pokazaliśmy wyżej, sektor ma dziś jasny interes w tym, by jak najwięcej umów zostało dobrowolnie „przepisanych”. Dlatego przed podpisaniem warto przeczytać aneks w całości i sprawdzić, czy oprócz zmiany wskaźnika nie zmienia on czegoś jeszcze. Kto ma wątpliwości co do swojej umowy, powinien je rozstrzygnąć przed podpisaniem aneksu, nie po.
Ile można zyskać na usunięciu WIBOR-u z umowy? Rachunek na przykładzie
Żeby zrozumieć, dlaczego kredytobiorcy mimo niekorzystnych statystyk nadal idą do sądu, wystarczy policzyć, o co toczy się gra. Weźmy typowy kredyt: 400 tysięcy złotych na 25 lat, marża 2 procent. Przy WIBOR 3M na poziomie 3,84 procent (notowanie GPW Benchmark z 22 września 2026 r.) oprocentowanie wynosi 5,84 procent, a rata około 2 540 złotych. Gdyby sąd usunął z umowy wskaźnik i zostawił samą marżę – tak jak zrobiły to sądy w Jeleniej Górze i w Kaliszu – rata tego samego kredytu spadłaby do około 1 700 złotych, czyli o ponad 840 złotych miesięcznie. W szczycie z 2022 roku, gdy WIBOR przekraczał 7 procent, różnica sięgała 1 700 złotych na jednej racie. Do tego dochodzi zwrot nadpłaconych odsetek za okres wstecz, ograniczony przedawnieniem. Przy unieważnieniu całej umowy – wariant z Suwałk – rozliczenie wygląda jak w sprawach frankowych: strony zwracają sobie to, co otrzymały, a kredytobiorca oddaje sam kapitał. To są kwoty, przy których kilkuletni proces ma dla klienta sens ekonomiczny nawet przy niepewnym wyniku – i to one, a nie „agresywny marketing kancelarii”, tłumaczą, dlaczego pozwów przybywa mimo lutowego wyroku TSUE. Wyliczenie jest orientacyjne i pomija ubezpieczenia oraz opłaty; w konkretnej umowie liczy się jej treść, data zawarcia i to, co bank realnie wyjaśnił przy podpisaniu.
Co z tego wynika dla kredytobiorcy
Trzeba to powiedzieć uczciwie: kto liczy na powtórkę z franków w tym roku, ten po lutowym wyroku TSUE i przy 277 prawomocnych wyrokach na korzyść banków powinien poważnie zweryfikować oczekiwania. Argument o wadliwości samego wskaźnika jest w sądzie martwy. Żywe pozostaje natomiast pytanie o konkretną umowę: czy bank pokazał ryzyko wzrostu raty, czy klauzula zmiennego oprocentowania była zrozumiała, czy przy kredytach sprzed 2018 roku spełniono ówczesne standardy informacyjne. To sprawy do wygrania lub przegrania pojedynczo, nie hurtem – a dziesięć nieprawomocnych wyroków niekorzystnych dla banków, w tym sierpniowy wyrok z Kalisza wydany już po orzeczeniu TSUE, pokazuje, że pojedynczo bywa to możliwe.
W obronie WIBOR-u tkwi jednak paradoks, którego sektor nie tłumaczy. Jeśli ryzyko jest tak małe, jak zapewniają prezes ZBP i senator Kleina, to po co raport o 284 miliardach złotych, debata z udziałem urzędnika ministerstwa, apel o uchwałę Sądu Najwyższego i pomysł 95-procentowego podatku? Odpowiedź wydaje się prosta: banki nie boją się dzisiejszych 4 tysięcy spraw. Boją się 1,5 miliona kopert, które za kilka miesięcy same wyślą – i tego, co ich adresaci zrobią, kiedy po raz pierwszy przeczytają, że WIBOR znika z ich umowy. Cała wrześniowa kampania służy temu, by w tym momencie mieli już gotową odpowiedź. Warto ją znać. Ale warto też wiedzieć, skąd się wzięła.





