Na koniec lipca w polskich sądach toczyło się niespełna 4 tysiące spraw o kredyty hipoteczne z WIBOR-em. Przy 1,5 miliona czynnych umów to – jak mówi prezes Związku Banków Polskich – „kropla w oceanie”. A jednak w jednym wrześniowym tygodniu sektor dostał raport straszący 284 miliardami złotych strat, debatę z udziałem senatora i profesorów, propozycję 95-procentowego podatku dla kancelarii skupujących roszczenia i ujawnienie nieoficjalnego planu ratowania wskaźnika. Kto i po co broni WIBOR-u, skoro – według samych obrońców – nic mu nie grozi?
O co chodzi w sporze o WIBOR
WIBOR to stawka, po jakiej największe polskie banki deklarują gotowość pożyczania sobie pieniędzy na rynku międzybankowym. Wyznacza ją każdego dnia roboczego spółka GPW Benchmark na podstawie kwotowań dziesięciu banków, a na jej podstawie liczy się oprocentowanie większości złotowych kredytów hipotecznych ze zmienną stopą według prostego wzoru: WIBOR plus marża banku. Kiedy w 2022 roku stopy procentowe gwałtownie wzrosły, raty wielu kredytów podskoczyły niemal dwukrotnie.
Część kredytobiorców zaczęła wtedy pytać, czy wskaźnik oparty na deklaracjach banków, a nie na rzeczywistych transakcjach, w ogóle nadaje się do umowy z konsumentem – i czy bank uczciwie wyjaśnił im, co podpisują. Tak powstały pozwy o WIBOR, w których klienci domagają się usunięcia wskaźnika z umowy (kredyt spłacany wyłącznie z marżą) albo unieważnienia całej umowy.
W lutym tego roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-471/24 przesądził część tego sporu. Orzekł, że samo zastosowanie WIBOR-u w umowie nie czyni jej nieuczciwą, ponieważ wskaźnik podlega unijnemu rozporządzeniu BMR i nadzorowi KNF, a sąd cywilny nie może badać metodologii jego wyliczania. Bank nie ma też obowiązku tłumaczyć klientowi, jak WIBOR powstaje. Trybunał pozostawił jednak istotną furtkę: sądy krajowe mają w każdej sprawie oceniać, czy klauzula zmiennego oprocentowania była przejrzysta i czy konsument mógł realnie ocenić ryzyko wzrostu rat. Spór przeniósł się więc z wielkiej narracji o „nielegalnym wskaźniku” na grunt pojedynczych umów i obowiązków informacyjnych banków.
Ile jest spraw i kto je wygrywa
Aktualne liczby podał prezes ZBP Tadeusz Białek podczas debaty zorganizowanej 23 września przez Instytut Sobieskiego. Na koniec lipca w sądach toczyło się 3 841 spraw dotyczących WIBOR-u; można przyjąć, że obecnie jest ich około 4 tysięcy. Zapadło 277 prawomocnych wyroków i wszystkie były korzystne dla banków. Wśród 585 wyroków nieprawomocnych niekorzystnych dla sektora jest zaledwie 10. Dla porównania: w szczytowym momencie fali frankowej przybywało nawet 5,5 tysiąca pozwów miesięcznie. Białek przekonuje, że lutowy wyrok TSUE „znacząco zmniejszył dynamikę” napływu nowych spraw.
Dane z raportów samych banków i ze statystyk sądowych pokazują jednak, że wyhamowała dynamika, a nie napływ. Sześć giełdowych banków, które raportują takie sprawy akcjonariuszom, miało na koniec czerwca łącznie 2 293 pozwy o WIBOR – o 16,3 procent więcej niż kwartał wcześniej, po wzroście o 23,2 procent w pierwszym kwartale. Najwięcej spraw ma PKO BP: 1 070, o 23 procent więcej niż trzy miesiące wcześniej. Do sądów okręgowych w całym kraju wpłynęło w pierwszym półroczu blisko 1,4 tysiąca nowych spraw o kredyty z WIBOR-em, o ponad 90 procent więcej niż rok wcześniej, a sądy wydały w nich ponad 420 rozstrzygnięć – dwa i pół raza więcej niż w pierwszym półroczu 2025 roku.
Co piąta sprawa trafia do Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie swoje siedziby ma większość dużych banków. Rzecznik Praw Obywatelskich w informacji przekazanej ZBP w połowie września również odnotował, że skarg kredytobiorców z WIBOR-em przybywa, a zarzuty dotyczą przede wszystkim tego, jak banki informowały o zasadach działania wskaźnika i o ryzyku wzrostu rat.
Wniosek z tych danych jest dwojaki. Orzecznictwo jest dziś jednoznacznie korzystne dla banków, a zakwestionowanie wskaźnika jako takiego po wyroku TSUE praktycznie nie ma szans. Ale kredytobiorcy nie przestali pozywać – i robią to na innej podstawie niż dwa lata temu. Rzeczywiste pole sporu stanowią umowy, w których bank potraktował obowiązki informacyjne po macoszemu – zwłaszcza te zawarte przed 2018 rokiem, czyli zanim WIBOR wszedł w reżim rozporządzenia BMR i zanim, zgodnie z wytycznymi KNF, banki zaczęły pokazywać klientom na konkretnych przykładach, jak wzrost wskaźnika przełoży się na wysokość raty.
Kredyt sprzed 2018 roku: dlaczego starsze umowy są w innej sytuacji
Data zawarcia umowy ma w tym sporze znaczenie, o którym rzadko się mówi. Do 2018 roku WIBOR-em nie administrowała nadzorowana przez KNF spółka GPW Benchmark, lecz stowarzyszenie ACI Polska, stworzone przez same banki. Dopiero wejście w życie unijnego rozporządzenia BMR wymusiło przekazanie wskaźnika licencjonowanemu administratorowi i objęcie go nadzorem.
Argumentacja TSUE z lutego – że sąd nie może badać metodologii wskaźnika, bo czuwa nad nią organ nadzoru – jest więc najmocniejsza wobec umów zawartych po tej dacie. Sami autorzy raportu Instytutu Sobieskiego przyznają, że ryzykiem pozwu obarczone są także kredyty udzielone przed rozporządzeniem BMR.
Od 2018 roku obowiązują też wytyczne KNF, zgodnie z którymi banki powinny prezentować klientowi na przykładach, jak wzrost wskaźnika wpłynie na ratę – dla wcześniejszych umów tego standardu po prostu nie było, więc pytanie, co bank realnie wyjaśnił klientowi, sąd musi rozstrzygać na podstawie samej umowy i dokumentów z jej zawarcia. Kto ma kredyt z lat 2008–2017 i chce sprawdzić, jak wyglądała jego umowa na tle dzisiejszych wymogów, powinien zacząć od odszukania kompletu dokumentów kredytowych, w tym formularza informacyjnego i wszelkich załączników o ryzyku stopy procentowej – to one, a nie sam wskaźnik, będą przedmiotem oceny.
Raport, który straszy kwotą niemal równą kapitałom sektora
Skoro sytuacja jest tak korzystna dla banków, skąd tak głośna obrona? Odpowiedzią jest opublikowany 23 września raport Instytutu Sobieskiego „Wpływ podważania stawki referencyjnej WIBOR na stabilność sektora finansowego oraz na gospodarkę Polski”. Jego autorami są Leszek Skiba, prezes Instytutu, były prezes Banku Pekao i społeczny doradca Prezydenta RP, oraz Piotr Pawliczak, obecnie zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.
Autorzy wyliczyli, że w latach 1997–2025 banki uzyskały z odsetek od kredytów hipotecznych z WIBOR-em 218,1 miliarda złotych, z czego 100,7 miliarda przypada na kredyty nadal spłacane, a 117,4 miliarda na już zamknięte. Do tego doszło 35,2 miliarda złotych prowizji. Następnie przyjęli dwa niekorzystne dla banków warianty rozstrzygnięć – usunięcie WIBOR-u z zachowaniem marży albo nieważność umowy i tak zwany darmowy kredyt – oraz różne poziomy skłonności klientów do pozywania. Wyszło od 78,7 do 283,7 miliarda złotych kosztów dla sektora. Górna granica to niemal trzykrotność rezerw frankowych, które przekroczyły 100 miliardów złotych, i niewiele mniej niż kapitały własne wszystkich banków, wynoszące na koniec 2025 roku 322 miliardy. Sam Skiba zastrzega, że to scenariusz, który „powinien być uznawany za niemożliwy”, ale jego zdaniem opinia publiczna powinna wiedzieć, co by się stało, gdyby jednak się ziścił.
Jest jeszcze jeden argument, którego przy frankach nie było. Kredyty z WIBOR-em to nie tylko duże banki komercyjne. Około 98 miliardów złotych takich kredytów znajduje się w blisko 500 bankach spółdzielczych, które – jak podkreśla Instytut – mają bardzo zróżnicowaną pozycję kapitałową i żadnego doświadczenia w obsłudze masowych sporów sądowych. Dla wielu z nich nawet umiarkowana fala pozwów byłaby problemem egzystencjalnym.
Podczas debaty ekspert Warszawskiego Instytutu Bankowości Tomasz Pawlonka poszedł jeszcze dalej i doliczył kredyty konsumpcyjne oraz przyszłe koszty sporów – w jego skrajnym scenariuszu rachunek sięga 460 miliardów złotych. Prezes ZBP ujął rzecz krócej: przy kosztach rzędu 280–330 miliardów złotych „sektor bankowy po prostu przestałby funkcjonować”, a przed bankami stanęłaby przymusowa restrukturyzacja.
Kto stoi po stronie wskaźnika
Lista obrońców WIBOR-u jest dłuższa, niż mogłoby się wydawać, i nie ogranicza się do samych banków.
Pierwszy krąg to sektor: ZBP z prezesem Białkiem, Warszawski Instytut Bankowości oraz – jak ujawnił portal money.pl – grupa wysoko postawionych bankowców, którzy po majowej decyzji o wygaszeniu WIBOR-u zlecili ekspertom akademickim przygotowanie planu jego ocalenia. Koncepcja zakładała przeniesienie wskaźnika do Narodowego Banku Polskiego, pozostawienie na rynku trzech konkurujących stawek i – jako zachętę dla klientów – obniżenie marż hipotecznych z około 2 procent do 1,5 procent. NBP miał w zamian zyskać instytucjonalną tarczę w czasie politycznego sporu o jego prezesa. Plan nie wyszedł poza etap koncepcji, bo nikt nie chciał oficjalnie zanieść go do banku centralnego, a sam NBP zaprzecza, by kiedykolwiek go otrzymał.
Drugi krąg to instytucje państwa. Komisja Nadzoru Finansowego i Komitet Stabilności Finansowej od lat konsekwentnie potwierdzają zgodność WIBOR-u z prawem krajowym i unijnym, a Instytut Sobieskiego rekomenduje, by przy tym stanowisku trwały, bo jest ono kluczowe z punktu widzenia ograniczania ryzyka systemowego. Senator Kazimierz Kleina, przewodniczący senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych, mówił podczas debaty, że nie widzi ryzyka spełnienia się czarnych scenariuszy, a sądy „nie negują wskaźnika w sposób zasadniczy”.
Trzeci krąg to środowisko akademickie. Profesor Paweł Szczęśniak z UMCS przekonuje, że obowiązki informacyjne banków sprowadzają się do trzech elementów – nazwy wskaźnika, jego administratora i wskazania potencjalnych skutków umowy – a banki wykonują je „nadmiarowo”. Przywołał wyrok rzeszowskiego sądu okręgowego, w którym stwierdzono, że bank nie jest od tego, by prowadzić konsumentowi wykłady z ekonomii i matematyki. Doktor Jarosław Bełdowski z SGH dodał, że TSUE po raz pierwszy tak wyraźnie dopuścił, iż konsument może działać w złej wierze, co w jego ocenie jest sygnałem dla sądów, by nie pozwalały wykorzystywać ochrony konsumenckiej instrumentalnie.
Dlaczego bronią: trzy powody, o których mówi się głośno, i jeden, o którym ciszej
Pierwszy powód to skala. WIBOR nie jest tylko stawką w umowach hipotecznych. Na koniec 2024 roku wartość wszystkich produktów i instrumentów opartych na tym wskaźniku przekraczała 6 bilionów złotych, czyli około 167 procent polskiego PKB. Na banki i SKOK-i przypada z tego 1,07 biliona złotych, w tym 305,6 miliarda hipotek, 267 miliardów kredytów dla przedsiębiorstw i 280 miliardów papierów wartościowych. WIBOR jest również podstawą rynku obligacji wartego blisko 481 miliardów złotych. Jak podkreślał Białek, masowe podważenie wskaźnika odczułyby więc także przedsiębiorstwa, samorządy i państwo, a wzrost rentowności obligacji o 2,5 punktu procentowego kosztowałby budżet około 40 miliardów złotych rocznie w obsłudze długu.
Drugi powód to lekcja frankowa. Sektor przez lata bagatelizował spory o CHF, przegrał je w sądach i zapłacił ponad 100 miliardów złotych. Tym razem strategia jest odwrotna: uderzyć wyprzedzająco, zanim ukształtuje się jakakolwiek niekorzystna linia orzecznicza, i zbudować w opinii publicznej przekonanie, że pozwy o WIBOR są z góry skazane na porażkę. Białek mówi to wprost – klienci mimo „agresywnego marketingu kancelarii odszkodowawczych” nie dają się nabrać.
Trzeci powód to kancelarie i handel roszczeniami. Raport Instytutu Sobieskiego poświęca im zaskakująco dużo miejsca. Autorzy piszą o podmiotach, które skupują roszczenia ze spłaconych kredytów za kwoty niewspółmiernie niskie w relacji do wartości przedmiotu sporu, i rekomendują, by Ministerstwo Finansów przeanalizowało wprowadzenie podatku od dochodu z takiej działalności w wysokości 95 procent. Do tego dochodzą postulaty uregulowania reklam kancelarii – z obowiązkiem podawania prawdopodobieństwa przegranej, szacowanej długości postępowania i kosztów, na wzór reklam kredytów – oraz jednolitego wzorca umowy o kredyt hipoteczny przygotowanego pod okiem UOKiK. Prezes ZBP pomysł podatku poparł, choć nawet wśród uczestników debaty nie było w tej sprawie zgody: profesor Szczęśniak zauważył, że podatek nie może mieć charakteru wywłaszczeniowego, skoro nawet dochody z nieujawnionych źródeł opodatkowane są stawką 75 procent, a współautor raportu Piotr Pawliczak przyznał, że wysoka stawka miała przede wszystkim pobudzić dyskusję.
I wreszcie powód czwarty, o którym mówi się ciszej: WIBOR jest dla banków po prostu wygodniejszy i tańszy od tego, co ma go zastąpić. Od początku 2027 roku nowe kredyty nie będą już oparte na WIBOR-ze, lecz na stawce POLSTR wyliczanej z rzeczywistych transakcji jednodniowych; stary wskaźnik będzie publikowany dla istniejących umów do końca 2036 roku. PKO BP jako pierwszy bank wprowadził hipoteki oparte na POLSTR 3 września, a we wtorek ING Bank Śląski zapowiedział, że zaoferuje je od 28 września. Tyle że marża w pierwszej ofercie opartej na nowym wskaźniku wynosi według wyliczeń money.pl 2,59 procent, wyraźnie więcej niż w kredytach z WIBOR-em. Autorzy nieoficjalnego planu ratowania WIBOR-u argumentowali, że wskaźnik pod dachem NBP obniżyłby bankom koszty regulacyjne i osłabił jeden z argumentów podnoszonych w sądach – że stawką administruje prywatna spółka. Obrona WIBOR-u jest więc także obroną modelu biznesowego, który przez trzy dekady dobrze bankom służył.
Spłacony kredyt z WIBOR-em: czy nadal można coś odzyskać i dlaczego ktoś chce to kupić
W raporcie Instytutu Sobieskiego jest liczba, obok której łatwo przejść obojętnie: z 218 miliardów złotych odsetek od hipotek z WIBOR-em 117,4 miliarda – ponad połowa – pochodzi z kredytów już spłaconych. To wyjaśnia, dlaczego postulat 95-procentowego podatku dotyczy właśnie skupu roszczeń ze spłaconych umów. Klient, który zamknął kredyt, nie ma już rat do obniżenia, więc rzadziej myśli o sądzie – a jednocześnie ma potencjalne roszczenie o zwrot nadpłaconych odsetek, które ktoś inny może od niego odkupić. Model jest prosty: firma płaci kredytobiorcy ułamek wartości roszczenia, a potem dochodzi całości na własny rachunek.
Jak zauważają autorzy raportu, roszczenia bywają nabywane za kwoty niewspółmiernie niskie w stosunku do tego, o co toczy się spór. Dla byłego kredytobiorcy oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, spłata kredytu nie zamyka drogi do dochodzenia roszczeń o zwrot nienależnie pobranych świadczeń – ale roszczenia te się przedawniają, a przy konsumentach termin wynosi co do zasady sześć lat, liczonych na koniec roku kalendarzowego, więc przy kredytach zamkniętych kilka lat temu część rat może być już nie do odzyskania. Po drugie, sprzedaż roszczenia za gotówkę to decyzja, którą warto poprzedzić choćby orientacyjnym wyliczeniem, ile to roszczenie jest w ogóle warte – bo tym, co Instytut Sobieskiego nazywa problemem systemowym, z perspektywy klienta jest po prostu pytanie, czy nie oddaje za bezcen czegoś, o co mógłby wystąpić sam.
Aneks z POLSTR-em zamiast WIBOR-u: co bank zaproponuje i na co uważać
Reforma wskaźników dotknie nie tylko nowych kredytów. Ministerstwo Finansów skierowało do konsultacji projekt ustawy (numer UC132 w wykazie prac legislacyjnych), który nakłada na banki obowiązek przedstawienia każdemu kredytobiorcy z umową opartą na WIBOR-ze oferty zmiany oprocentowania. Klient ma dostać wybór między stałą stopą a nowym oprocentowaniem zmiennym opartym na POLSTR, a projekt zastrzega, że oferta nie może podnosić dotychczasowej marży.
Nie ma obowiązku jej przyjęcia – umowa bez aneksu działa dalej na WIBOR-ze aż do końca jego publikacji w 2036 roku. Otwartą kwestią pozostaje tak zwany spread korygujący, czyli dodatek wyrównujący różnicę między starym a nowym wskaźnikiem: wiceminister finansów informował w sierpniu, że projekt w obecnym brzmieniu go nie przewiduje, natomiast NBP w odpowiedzi dla PAP Biznes ocenił, że banki powinny mieć możliwość jego stosowania w proponowanych aneksach.
Dla kredytobiorcy z perspektywy sporu o WIBOR liczy się jednak co innego niż sam wskaźnik: treść dokumentu, który dostanie do podpisu. Aneks zamieniający WIBOR na POLSTR sam w sobie nie odbiera prawa do kwestionowania dawnej umowy, ale jeśli znajdą się w nim zapisy o potwierdzeniu ważności umowy, akceptacji dotychczasowych warunków albo zrzeczeniu się roszczeń, mogą one utrudnić lub zamknąć drogę do sądu. Dlatego przed podpisaniem warto przeczytać aneks w całości i porównać, czy oprócz zmiany wskaźnika nie zmienia on czegoś jeszcze.
Co z tego wynika dla kredytobiorcy
Trzeba to powiedzieć uczciwie: kto liczy na powtórkę z franków, ten po lutowym wyroku TSUE i przy 277 prawomocnych wyrokach na korzyść banków powinien poważnie zweryfikować oczekiwania. Argument o wadliwości samego wskaźnika jest w sądzie martwy. Żywe pozostaje natomiast pytanie o konkretną umowę: czy bank pokazał ryzyko wzrostu raty, czy klauzula zmiennego oprocentowania była zrozumiała, czy przy kredytach sprzed 2018 roku spełniono ówczesne standardy informacyjne. To sprawy do wygrania lub przegrania pojedynczo, nie hurtem – a dziesięć nieprawomocnych wyroków niekorzystnych dla banków pokazuje, że pojedynczo bywa to możliwe.
W tej obronie tkwi jednak paradoks, którego sektor nie tłumaczy. Jeśli ryzyko jest tak małe, jak zapewniają prezes ZBP i senator Kleina, to po co raport o 284 miliardach złotych, debata z udziałem urzędnika ministerstwa i pomysł 95-procentowego podatku? Odpowiedź wydaje się następująca: banki nie boją się dzisiejszych 4 tysięcy spraw. Boją się powtórki tego, co stało się z frankami – że wystarczy jedna niekorzystna uchwała Sądu Najwyższego albo jedno pytanie prejudycjalne o obowiązki informacyjne, by 1,5 miliona umów stało się materiałem procesowym. Nieprzypadkowo Bełdowski zaapelował podczas debaty o uchwałę całej izby Sądu Najwyższego, która „da jasne wskazówki, jak orzekać”. Sektor chce zamknąć temat, zanim ktokolwiek zdąży go otworzyć na nowo. I właśnie dlatego broni WIBOR-u głośniej, niż wymagałaby tego kropla w oceanie.





