„Więcej faktów, mniej przekazu marketingowego” — tym postulatem adwokat Wojciech Wandzel kończy opublikowany w Strefie Biznesu tekst, w którym przestrzega konsumentów przed pozwami o sankcję kredytu darmowego. Podpisujemy się pod tym hasłem obiema rękami. Problem w tym, że wywód, który do niego prowadzi, sam nie spełnia stawianego innym standardu: operuje statystyką bez metodologii, cytuje orzecznictwo TSUE wybiórczo i przemilcza kontekst, bez którego czytelnik nie jest w stanie ocenić, czyj właściwie przekaz czyta. Odpowiadamy więc punkt po punkcie — zaczynając uczciwie od tego, w czym autor ma rację.
Do czego się odnosimy 24 lipca 2026 r. serwis Strefa Biznesu opublikował opinię adw. Wojciecha Wandzla pod tytułem „Nie każde naruszenie oznacza wygraną”. Autor ostrzega w niej przed ryzykiem przegranej w sprawach o SKD, ocenia orzecznictwo krajowe jako niekorzystne dla konsumentów, szacuje ponad 500 oddalonych powództw w trzy miesiące i krytykuje „parakancelarie” kontrolujące – jego zdaniem – ponad 90 proc. rynku takich spraw. Kontekst, którego w tekście nie znajdziemy: autor od lat występuje po stronie banków w sporach z kredytobiorcami, m.in. w głośnych procesach frankowych. Nie dyskwalifikuje to żadnego z jego argumentów — ale czytelnik miał prawo tę informację dostać. |
Zacznijmy od tego, w czym mecenas ma rację
Rzetelna polemika wymaga uczciwego wskazania punktów, w których druga strona ma rację, więc zróbmy to bez zgrzytania zębami. Tak, sankcja kredytu darmowego nie działa automatycznie — pisaliśmy o tym na chf24.pl wielokrotnie, także wtedy, gdy studziło to entuzjazm czytelników.
TSUE w wyroku C-472/23 rzeczywiście wymaga od sądu każdorazowej oceny proporcjonalności, a nie odruchowego karania za każde uchybienie. Tak, przegrana kosztuje: zasada odpowiedzialności za wynik procesu jest bezwzględna, a rząd wielkości kosztów przy typowych roszczeniach autor podaje realistycznie. I tak, dominacja podmiotów skupujących roszczenia – których udział w nowych pozwach oficjalna ewidencja Ministerstwa Sprawiedliwości potwierdza na poziomie trzech czwartych – wymaga od konsumenta czujności: sprzedaż roszczenia za ułamek wartości musi być wyborem świadomym, a nie skutkiem telefonu od akwizytora. W tych punktach różni nas co najwyżej rozkład akcentów.
Gdyby tekst mecenasa na tym poprzestał, byłby pożytecznym głosem higieny rynkowej. Nie poprzestał – i tu zaczyna się nasza polemika.
Wyrok C-472/23 cytowany do połowy
Najmocniejszy prawniczo fragment tekstu dotyczy RRSO – i jest zarazem najbardziej wybiórczy. Autor trafnie referuje, że według TSUE rzeczywista roczna stopa oprocentowania obliczona na podstawie warunków umowy nie staje się „zawyżona” tylko dlatego, że któreś z tych postanowień później upadnie jako niewiążące. Tyle że ten sam wyrok – wydany notabene w sprawie przeciwko bankowi – zawiera drugie ostrze, którego w tekście brak: postanowienia o zmianach opłat i prowizji skonstruowane tak, że przeciętny konsument nie jest w stanie ich zweryfikować, mogą stanowić naruszenie obowiązku informacyjnego. Z dwóch rozstrzygnięć tego samego orzeczenia autor eksponuje to korzystne dla kredytodawców, a niekorzystne pomija milczeniem.
Jeszcze bardziej znaczące jest to, jak potraktowano wyrok C-744/24. W tekście pojawia się on wyłącznie jako tło dla statystyki oddaleń – bez jednego zdania o jego treści. A przecież to właśnie tam Trybunał przesądził, że pobieranie odsetek od kwot przeznaczonych na pokrycie kosztów kredytu jest sprzeczne z dyrektywą. Wniosek z zestawienia obu wyroków nie brzmi „RRSO to nie pewnik, sprawa zamknięta”, lecz: sama arytmetyka RRSO rzadko wystarczy, ale konstrukcja z kredytowanymi kosztami i odsetkami od nich otwiera badanie rzetelności informacji o całkowitej kwocie i koszcie kredytu. Sądy oceniają to indywidualnie – i dokładnie dlatego generalizowanie w którąkolwiek stronę jest nadużyciem. Także w stronę, którą wybrał autor.
„Ponad 500 oddalonych powództw” — czyli statystyka, której nie da się sprawdzić
Centralny zarzut tekstu wobec „promotorów” SKD brzmi: pokazują tylko wygrane, ukrywają przegrane. Zarzut ze wszech miar słuszny – selektywna statystyka to plaga tego sporu. Sęk w tym, że autor odpowiada na nią… własną selektywną statystyką: „szacuję”, „z analiz, które prowadzę”, ponad 500 oddaleń w trzy miesiące, zdecydowana większość powództw przegrana. Ani słowa o próbie, źródle, okresie, prawomocności, ani o tym, co liczy się jako oddalenie. Dokładnie te braki metodologiczne, które dyskwalifikują laurki kancelarii, dyskwalifikują też szacunki ich procesowego przeciwnika.
A są już przecież dane, które można cytować z podaniem źródła. Państwowa ewidencja Ministerstwa Sprawiedliwości – pierwsza w historii – odnotowała w I kwartale 2026 r. 449 załatwionych spraw o SKD, w tym dziewięć oddaleń. Dziewięć, nie kilkaset. Zastrzegamy uczciwie: „załatwienie” obejmuje też umorzenia i inne rozstrzygnięcia formalne, a kwartał zamknął się przed wyrokiem C-744/24, więc i ta liczba nie rozstrzyga sporu. Ale właśnie o to chodzi: między „dziewięcioma oddaleniami” w oficjalnym rejestrze a „ponad pięciuset” w prywatnych szacunkach rozciąga się przepaść, której nie zasypie żadna publicystyka – tylko publikacja metodologii. Apelujemy o nią od tygodni do ZBP; dziś ten sam apel kierujemy do pełnomocników banków.
Sprzeczność, której ten wywód nie przetrwa
Jest wreszcie problem, który wykracza poza pojedynczy tekst i dotyczy całej bankowej narracji o SKD. Nie da się bowiem jednocześnie utrzymywać dwóch twierdzeń: że konsumenci masowo przegrywają, bo roszczenia są w zdecydowanej większości bezzasadne – i że ta sama sankcja stanowi ryzyko systemowe, przed którym Komitet Stabilności Finansowej ostrzega od 2025 r., szef KNF rozważa głośno jej usunięcie, a minister sprawiedliwości mówi o widmie milionów spraw. Instrument, który prawie zawsze przegrywa w sądzie, nie zagraża stabilności niczego.
Fakty z ostatnich tygodni podpowiadają, które z twierdzeń bliższe jest prawdy. Alior Bank obniżył wynik jednego kwartału o 96,5 mln zł z powodu skutków wyroku o odsetkach od kredytowanych kosztów.
Jeszcze wymowniejsza jest zmiana zachowania banków wobec samych klientów. Alior Bank, Pekao SA i VeloBank już częściowo uznają reklamacje oparte na sankcji kredytu darmowego: w odpowiedzi na oświadczenia klientów dobrowolnie zwracają odsetki naliczone od skredytowanych kosztów — prowizji czy składek — konsekwentnie odmawiając przy tym pełnej sankcji. Według wyliczeń pełnomocników kredytobiorców takie „częściowe uznanie” opiewa zwykle na 8–15 proc. wartości pełnego roszczenia z SKD. Nazwijmy to zjawisko po imieniu w kontekście tezy polemizowanego tekstu: trzy duże banki płacą z własnej woli – bez wyroku, bez pozwu – w sprawach, o których pełnomocnik sektora pisze, że są w zdecydowanej większości bezzasadne. To się nie skleja.
Instytucja finansowa nie przelewa pieniędzy klientowi, którego roszczenie uważa za chybione; przelewa je, gdy kalkuluje, że taniej jest rozbroić spór, zanim trafi do sądu. Konsumentom należy się przy tym jedno ostrzeżenie, którego w bankowych pismach nie znajdą: podpisanie „częściowego uznania” połączonego ze zrzeczeniem się dalszych roszczeń może zamknąć drogę do pozostałych 85–92 proc. wartości sankcji — dlatego każdą taką propozycję warto policzyć, zanim się ją przyjmie. A gdy dodać do tego przypomnianą niedawno rekomendację zatwierdzoną przez Zarząd ZBP w 2011 r. — w której sam sektor wykładał kluczowy dla sankcji termin dokładnie odwrotnie, niż czynią to dziś bankowi pełnomocnicy w sądach – obraz „bezzasadnych roszczeń nakręcanych przez marketing” zaczyna się mocno rysować.
Marketing działa w obie strony
I uwaga ostatnia, najbardziej zasadnicza. Autor pyta, czy zachęty do pozywania banków to rzetelna informacja, czy materiał marketingowy – i odpowiada, że to drugie. Być może w wielu przypadkach ma rację. Ale ta sama miara obowiązuje w drugą stronę: tekst czynnego pełnomocnika sektora, który zniechęca potencjalnych przeciwników procesowych swoich klientów do występowania z roszczeniami, eksponując ryzyka i własne, nieweryfikowalne statystyki porażek, również nie jest neutralną informacją. Jest głosem strony – w pełni legalnym i wartym lektury, ale głosem strony. Efekt mrożący bywa równie skutecznym narzędziem rynkowym jak billboard „anuluj kredyt”. Różnica polega na tym, że billboard nikt nie bierze za ekspertyzę.
W ocenie redakcji chf24.pl Z tekstem mecenasa Wandzla łączy nas zaskakująco dużo: sprzeciw wobec obietnic pewnej wygranej, przekonanie, że konsument musi znać ryzyko kosztów, i nieufność wobec nieregulowanych podmiotów zarabiających na cudzych roszczeniach. Dzieli nas jedno — standard dowodu. Debata o sankcji kredytu darmowego nie potrzebuje kolejnych „szacunków” ogłaszanych przez strony sporu; potrzebuje trzech rzeczy: pełnej publikacji danych z państwowej ewidencji wraz z rodzajami rozstrzygnięć, ujawnienia metodologii przez każdego, kto ogłasza procenty wygranych – po obu stronach – oraz konsekwentnego oznaczania, kto w tej debacie mówi z pozycji strony. Konsument, którego wszyscy deklaratywnie chronią, zasługuje na to, by odróżnić ekspertyzę od stanowiska procesowego. Niezależnie od tego, czyj podpis widnieje pod tekstem. |
Postulat „więcej faktów, mniej marketingu” pozostaje więc w mocy — rozszerzamy go tylko o adresatów. Bo w sporze, w którym po jednej stronie stoją miliony umów, a po drugiej miliardy złotych, przekaz marketingowy nie ma jednej barwy. Ma dokładnie dwie.
Stan prawny na 27 lipca 2026 r. Materiał ma charakter polemiki redakcyjnej i wyraża oceny redakcji chf24.pl; nie stanowi porady prawnej. |





